niedziela, 4 grudnia 2016

Czas: 6



Po przebudzeniu zawsze potrzebowała kilku sekund, by zorientować się, gdzie się znajdowała. Czy to budziła się w swoim pokoju w akademii, czy w rodzinnym domu lub w zupełnie nowym miejscu. Przez te kilka sekund była nikim – nie znała siebie, nic nie pamiętała. A potem nagle dopadała ją rzeczywistość, zalewając umysł obrazami.
Tym razem nie były one za przyjemne. Budziły w niej mieszane uczucia – zdezorientowanie, niepokój, strach, obawę… aż trudno uwierzyć, że mogła to wszystko pomieścić w swoim wnętrzu. Miała wrażenie, że niedługo pęknie, a wszystkie jej tajemnice w końcu przeobrażą się w prawdę. Może poczułaby wtedy ulgę? Spokój? Wyzwolenie?
Skupiła się na swoich zmysłach. Nogi jej zdrętwiały, kark bolał, jakby spała na kamieniach, a nie na łóżku, a do nosa dolatywał zapach lawendy. Otworzyła oczy i tylko westchnęła ze zrezygnowania, widząc przed sobą rozsypane na poduszce ciemne kosmyki. Vira spała odwrócona do niej plecami, wydychając powietrze z cichym świstem.
Colette już dawno zaczęłaby przeklinać swój los, gdyby istniał chociaż cień szansy, że to coś da. Ale wiedziała, że wobec wielu faktów była po prostu bezradna. Nieźle została pokarana obecnością Elvire. Ktoś mógłby przypuszczać, że poczuje się lepiej, mogąc się komuś wygadać. Ale nie Virze! Ta dziewczyna nie wyglądała na zdolną do odczuwania jakiegokolwiek współczucia. Tak jakby nic ją nie obchodziło; ani inni ludzie, ani ona sama. Czego Colette zupełnie nie rozumiała – i nie wiedziała, czy chce zrozumieć. Zazwyczaj ufała swoim przeczuciom, a one w tym momencie mówiły jej, że powinna uważać na tę dziewczynę.
Usiadła na łóżku, przeciągając się. Vira najwyraźniej miała mocny sen, bo nawet nie drgnęła, gdy Colette wstała i zaczęła krzątać się po niewielkiej izbie. Wyjęła sobie jednego sucharka i wodę do picia. Gdy się stresowała, nie potrafiła za wiele jeść. Siadła przy stoliku i odrobinę bezmyślnie wlepiła wzrok w Elvire, która rozwaliła się teraz na całym łóżku.
Dziewczyna wyglądała paskudnie z czerwonym śladem na policzku, zapewne od poduszki, i lekko rozchylonymi ustami. Włosy przypominały rozwalone mrowisko, co zupełnie odejmowało jej punkty za urodę. Ale to nie była obiektywna ocena; Colette zbyt mocno oceniała ją na podstawie opinii, którą zdążyła wyrobić sobie na jej temat. Może ktoś inny stwierdziłby, że nie należała wcale do grona brzydkich dziewczyn i że miała w sobie odrobinę uroku?
Colette aż za dobrze znała zasady. Musiała za wszelką cenę chronić swój sekret. Nie mogła nikomu wspominać o swoich umiejętnościach. Powinna cofać się w odosobnionym miejscu – raz na tydzień, by uniknąć choroby. Pogorszenie stanu zdrowia tłumaczyli tym, że podobno podróżnicy tak naprawdę należeli do przeszłości – w której czuli się najlepiej – więc po dłuższym czasie bez czynienia przez nich najnaturalniejszej dla nich czynności, ich ciało zaczynało się buntować, atakować samo siebie. Nie mogła zakochać się w nikim z przeszłości, ani interesować się tożsamością innych podróżników… Lista zakazów i nakazów ciągnęła się i ciągnęła.
Dotychczasowym najdłuższym zablokowaniem w przeszłości była jej pierwsza podróż w czasie. Wtedy nie potrafiła wrócić przez dwa tygodnie. Do dzisiaj nie miała pojęcia, jak tam przeżyła. Nigdy nie zapomni lęku, który wtedy czuła, tej bezradności. Przecież miała zaledwie dwanaście lat i mimo że od dziecka wiedziała, kim była, to jednak ta wiedza nie przygotowała ją na to. Nigdy wcześniej samotność tak mocno jej nie zaszkodziła. Miała wrażenie, że to koniec, że już nigdy więcej nie zobaczy swojej rodziny, Urbiego…
Oczywiście później przywykła do podróży i do tego, że musiała być sama. Martwiła się tym, że nie było jej przez tak długi okres czasu, ale kiedy wróciła, okazało się, że nikt tego nie pamiętał. Podobno zauważono jej nieobecność – jednak gdy powróciła do teraźniejszości, ich pamięć została zmodyfikowana. Na początku nie chciała w to uwierzyć, ale później wielokrotnie widziała, jak Horo w ten sposób rozwiązywali problemy. Tłumaczyli to tym, że przecież mieli dostęp do technologii przyszłości, a zresztą Immor, jako nieśmiertelne istoty, posiadali wiele magicznych umiejętności…
Ale czuła, że Urbi za dobrze nie zniesie jej ponownego zniknięcia. Chociaż GT potrafili wymazać wspomnienia, Colette miała wrażenie, że nie byli w stanie do końca usunąć uczuć. Do dzisiaj pamiętała, jak zachowywał się Urbinus po jej pierwszym zniknięciu. Nie chciał odstępować przyjaciółki ani na krok – tak jakby się bał, że ponownie ją straci. Łaził za nią wszędzie, wkradał się także po nocy do jej pokoju w akademiku szkoły, do której wtedy uczęszczali, co nie było aż tak straszną zbrodnią, biorąc pod uwagę, że mieli po dwanaście lat. Lubiła ich wspólne noce. To, że mogła się w niego wtulić i w końcu poczuć spokój. Oczywiście, tak jak do przyjaciela, którego znało się prawie całe życie.
Colette w końcu stwierdziła, że ma dość czekania, aż Vira sama się obudzi, więc stanęła nad dziewczyną i kazała jej wstać. Zmarszczyła brwi, kiedy te słowa nie wywołały żadnej reakcji. Szturchnęła więc kilkakrotnie ramię dziewczyny, co spowodowało, że ta jęknęła.
– Jejku, daj mi spać! – zawyła, odwracając się na brzuch i wtulając twarz w poduszkę.
Colette wywróciła oczami. Mogła się spodziewać, że nawet budzenie Elvire wywoła w niej irytację.
– Wstawaj, leniu. Musimy się zbierać.
Dopiero po sporej ilości jęków Viry, warczenia Colette i odebrania tej pierwszej koca, dziewczyny zaczęły szykować się do wyjścia.
Nie rozmawiały ze sobą za wiele, co odrobinę zdziwiło Lacroix. Przypuszczała, że Vira zasypie ją gradem pytań, na które ona niechętnie, bo niechętnie, ale odpowie. Może miała małą nadzieję, że to będzie kolejna okazja, by zrzucić następną warstwę ciężaru, który dźwigała. Elvire znowu jednak przybrała luzacką pozę osoby, którą niewiele rzeczy interesuje i siedziała cicho.
Nagle jednak, kiedy Colette wychodziła z toalety, Virze udało się kompletnie zaskoczyć dziewczynę. Elvire ścieliła łóżko i śpiewała po cichu, kiwając głową do taktów muzyki, która siedziała jej w głowie. Lacroix ze sporym zdziwieniem wlepiła w nią wzrok, po chwili rejestrując, że znała piosenkę, którą ta śpiewała.
– I'm steppin' around in a desert of joy, baby, anyhow I'll get another toy. And everything will happen - and you'll wonder.*
Śpiewała tak, jakby miała dobry humor – i to chyba tak bardzo zdezorientowało Colette. Zupełnie się tego nie spodziewała. Dziewczyna posiadała dość ładną barwę głosu, choć nie była ona jakaś wyjątkowa. Taka, by bez wstydu móc pozwolić sobie na publiczne śpiewanie ulubionych piosenek.
– Serio? – Nie mogła się powstrzymać; prychnęła, patrząc spod uniesionych brwi na dziewczynę, która się do niej odwróciła. – Lemon tree?
Vira najpierw znieruchomiała, ale po chwili otrząsnęła się; na jej ustach pojawił się wyjątkowo bezczelny uśmiech.
– Jakbyś czekała na kogoś w nudnym pokoju, też zaczęłabyś to śpiewać. – Wzruszyła ramionami. – Oczywiście musiałaś przerwać mi przed refrenem. Typowo.
Colette próbowała przełknąć gorzki posmak złości, który osiadł na jej języku. Czy teraz o wszystko będą się kłóciły? Jak jakieś małe dzieci? Miała tego zupełnie dość. To, jak dla niej, było zbyt męczące.
– Może po prostu już chodźmy? – Odwróciła się, kładąc dłoń na klamce. – I błagam cię, zachowuj się przyzwoicie.
Chłodne powietrze uderzyło dziewczynę, gdy wyszła na zewnątrz. Vira udała się za nią, posyłając jej zirytowane spojrzenie.
– A co to niby ma znaczyć?
Wzięła głęboki oddech, by się uspokoić. Uważała się za opanowaną osobę, dlatego nie rozumiała, dlaczego tak łatwo dawała wyprowadzić się z równowagi, zwłaszcza, że zazwyczaj była zbyt leniwa i zmęczona na takie rzeczy.
– To znaczy, byś dała sobie spokój ze zgrywaniem rozwydrzonego dzieciaka. Teraz jesteśmy po tej samej stronie. W tych czasach musisz chociaż udawać, że masz jakieś obycie i potrafisz zachowywać się kulturalnie. Nie możemy się wyróżniać.
Colette mocniej otuliła się marynarką; nie miała przy sobie zegarka, więc nie mogła dokładnie określić godziny, ale po pustkach na ulicy przypuszczała, że było dość wcześnie. Zerknęła na Virę.
Dziewczyna miała zaciśnięte usta i z lekko przekrzywioną głową intensywnie wpatrywała się w jej oczy. Milczała. Wyglądała całkiem nieźle w białej koszuli, włożonej w dopasowaną w pasie, brązową, rozkloszowaną spódnicę i ze związanymi włosami.
– Jesteś w stanie to zrobić? – spytała Lacroix, głośno ziewając.
– Potrafię się zachować – rzekła w końcu spokojnie.
Szły chodnikiem, ich obcasy wystukiwały równy rytm. Wokół nich budziło się życie. Mężczyzna z miotłą zamiatał ulicę, jakaś kobieta gdzieś się śpieszyła, otwierano sklepy, rozstawiano krzesła w kawiarniach. Z pobliskiej piekarni dochodził zapach świeżego pieczywa. Vira zapatrzyła się w witrynę z wypiekami; Colette miała ochotę zawiązać jej pod szyją śliniaczek. Pokręciła głową na zachowanie dziewczyny, ale weszła do piekarni i kupiła w niej kilka croissantów.
Elvire nie podziękowała, ale nie zdołała ukryć uśmiechu, który uniósł w górę jej kąciki ust – i tym razem wyglądało to szczerze. Colette nie mieściło się w głowie, że można tak kochać jedzenie.
Lubiła lata pięćdziesiąte – często się do nich cofała. Były bezpieczne; po wojnach, gdzie kobiety miały sporo swobody. Ale wciąż panowały zasady dobrego wychowania, przyzwoitości, czego w wielu sytuacjach brakowało jej w teraźniejszości.
Gdzie się wybierały? Do jedynej osoby, której Colette mogła zaufać. Można by uznać ją za paranoiczkę, ale tak jak znała zasady, wiedziała także o zagrożeniu…
– Tamten koleś zrobił nam właśnie zdjęcie – powiedziała cicho Vira, wyrywając tym swoją towarzyszkę z zamyślenia.
Colette cała się spięła na te słowa. Zazwyczaj nie denerwowała się tak łatwo, jednak ostatnio za dużo w jej życiu było stresu, a teraz… Tak jakby myślenie o nim, sprawiło, że naprawdę znalazły się w niebezpieczeństwie. Spróbowała dyskretnie spojrzeć w miejsce, w które Elvire bez skrępowania się wpatrywała. Zobaczyła młodego mężczyznę w białej koszuli, czarnym garniturze i kapeluszu, który w rzeczy samej trzymał w dłoniach aparat tak, jakby to właśnie im robił zdjęcia.
– Przestań się na niego gapić – syknęła, gdy Vira wciąż nie odrywała od tego faceta wzroku. – Teraz spokojnie się wycofamy. Jeżeli za nami pójdzie, zgubimy go w uliczkach tak jak ostatnio policjantów, dobrze?
Serce pod wpływem adrenaliny zaczęło szybciej bić. Powoli odwróciła się i zaczęła się oddalać, nie oglądając się na Virę. Od razu założyła, że ta jak zwykle podąży za nią. Za późno zorientowała się, że tym razem tak nie było.
Zerknęła za siebie i potknęła się, kiedy zauważyła, co wyprawiała ta dziewucha. Oblał ją mdlejący strach, w piersi poczuła dziwny ucisk. Znieruchomiała, nie wiedząc co począć.
Elvire, nie zważając na polecenia Colette, nie dość, że nie podążyła za nią, to zrobiła coś zupełnie nieracjonalnego i niedorzecznego. Podeszła do niego i zaczęła z nim rozmawiać! Gdzie ona miała rozum? Jeśli to jeden z jego ludzi...
Miała ochotę po prostu odejść, ale w pewien sposób czuła się odpowiedzialna za Virę; nie mogła jej porzucić.
Uczucia strachu i gniewu mieszały się w niej, kiedy zbliżała się do nich. Nie wiedziała, czy ma ochotę ratować Elvire, czy po prostu urwać jej głowę.
Im bliżej była, tym lepiej ich słyszała i ze zdumieniem zarejestrowała, że rozmawiali o fotografii.
– … model aparatu. Zazdroszczę. Chciałabym taki mieć – mówiła Vira, oglądając aparat mężczyzny ze wszystkich stron. Po chwili zwróciła mu jego własność i dodała: – To doskonała pora do robienia zdjęć.
– Prawda? Widzę, że zna się panienka na tym.
Colette z bliska zauważyła, że mężczyzna był starszy niż się wydawało. Mógł być po trzydziestce. Wokół oczu zaczęły mu się robić zmarszczki, a na ustach tkwił delikatny uśmiech. Chciała wciąż się go bać, ale robił zbyt miłe wrażenie. To nie znaczyło, że wcale nie był niebezpieczny!
– Elvire – powiedziała ostro – musimy już iść. Pożegnaj się z panem.
Zapewne brzmiała teraz jak matka, ale była zbyt zdenerwowana, by się tym przejmować. Vira, o dziwo, tym razem wykonała polecenie dziewczyny. Pożegnała się, życząc mężczyźnie miłego dnia i udanych zdjęć, i dała się pociągnąć Colette w dół ulicy.
Kiedy kawałek się oddaliły, Elvire wyrwała rękę z jej ucisku, sycząc lekko. Na skórze dziewczyny zostały czerwone półksiężyce. Colette nawet nie zauważyła, że wbiła jej paznokcie w skórę.
– Co to miało być? Oszalałaś?! – spytała głośniej niż zwykle (aż sama była zdziwiona; nigdy nie krzyczała), nie mogąc się dłużej powstrzymać. – On mógł być niebezpieczny! Co ty w ogóle sobie myślałaś?
Vira spojrzała jej w oczy i mruknęła tak cicho, że Colette nie była pewna, czy nie przesłyszała się:
– Coraz więcej okazujesz…
– Co? – spytała, patrząc na nią jak na wariatkę.
– Nieważne – powiedziała już głośniej. – Wiedziałam, że nie był zły. Dobrze mu z oczu patrzyło.
Colette naprawdę była spokojną osobą. Opanowaną, obojętną na zaczepki innych dziewczyn, dogryzania chłopaków. Potrafiła odciąć się od ludzi, zdystansować. Wymyślić chłodną inteligentną odpowiedź. Ale teraz? Czuła, że chwila śmierci Elvire była coraz bliżej... chociaż nigdy wcześniej nie posiadała zapędów na zostanie mordercą. Morderstwo wydawało się zbyt pracochłonną czynnością.
– Tak, Vira. Tak właśnie stwierdzamy, na oko, czy ktoś jest pedofilem, gwałcicielem lub mordercą – mruknęła z sarkazmem i ruszyła dalej. Na szczęście znajdowały się coraz bliżej celu.
Elvire wzruszyła ramionami, ale po chwili dodała:
– Czy jakimś dziwnym wrogiem podróżników? – podsunęła na pozór znudzonym tonem.
Colette rzuciła jej uważne spojrzenie. Może jednak Vira nie była taka głupia…
– Pogadamy na miejscu.
Minęły kawiarnię znajdującą się na rogu i skręciły w jedną z uliczek. Jednak tym razem zatrzymały się w połowie, pod jedną z beżowych kamienic, jak określała je, gdy była dzieckiem. Colette pchnęła ciemne drzwi i weszła do środka. Vira podążała za nią jako dziwnie milczący cień. Lacroix od razu udała się po schodach w górę i zatrzymała się pod jednym z mieszkań. Zapukała do drzwi i nie czekała długo, kiedy otwarły się i ukazała się w nich młoda dziewczyna.
Colette doskonale wiedziała, że miała ona dziewiętnaście lat. Znała piwne oczy, które skupiły się na jej postaci, a także brązowe włosy, które sięgały do ramion. Pieprzyk na policzku, piękne kości policzkowe, szlachetne rysy twarzy. Ponadczasową urodę, która w każdym wieku zachwycała. Oraz ciemnozieloną, nową marynarkę, która była taka sama jak jej znoszona.
Oby mnie znała. Oby pamiętała. Oby kochała.
Jak zwykle powtórzyła swoją mantrę. Po chwili znalazła się już w ramionach dziewczyny i mogła szepnąć tylko bezgłośnie:
– Babciu…
~~*~~*~~*~~
Wcale ją tak mocno nie zdziwił fakt, że Colette zaprowadziła je do swojej babci. W sumie wydawało jej się to dość dobrym posunięciem – gdyby była podróżniczką w czasie, zapewne także udałaby się do jakiegoś bliskiego członka rodziny po pomoc.
Podobno Colette cofnęła się w czasie po raz pierwszy, gdy miała dwanaście lat; na wieść o śmierci swojej babci. Emocje spowodowane stratą w pewien sposób wywołały skok. Colette cofnęła się do czasów, gdzie Thérese obchodziła piętnaste urodziny. Tak zaczęła się ich dziwna znajomość.
Mieszkanie, w którym się znalazły, było dla Viry dość osobliwe. Nie przywykła do mebli, które w swoich czasach określiłaby mianem zabytkowych. Ciężkich, drewnianych, imponujących. Składało się z dwóch pokoi – w jednym spała Thérese, w drugim jej współlokatorka, która jeszcze nie wróciła do domu z randki – z saloniku, toalety i kuchni. Barwy pomieszczeń prezentowały się odrobinę ponuro, choć na kanapie w salonie i fotelach ktoś ułożył kolorowe, eleganckie poduszki. Sporą część pomieszczenia zajmowała przeszklona biblioteczka, na której półkach piętrzyły się egzemplarze książek. Na ścianach wisiały dwa olejne obrazy; jeden przedstawiał typową martwą naturę – miskę z owocami – drugi wzgórze, z jednym drzewem, skąpane w pomarańczowym blasku zachodzącego słońca.
Zanim się zorientowała, już siedziała na ciemnozielonej kanapie, z parującą filiżanką czarnej herbaty. Thérese krzątała się, stawiając na niskim stoliku herbatniki, cukierniczkę i srebrne łyżeczki.
Potrafiła dostrzec rodzinne podobieństwo między dziewczynami, mimo że nie było aż tak mocno widoczne. Może to ich gestykulacja, mimika twarzy to sprawiały? Chociaż ruchy Thérese nie były tak bardzo ospałe i flegmatyczne jak u Colette. Posiadała także dostępniejsze oczy – wiele rzeczy mogła z nich wyczytać. Troska o Lacroix, lekki niepokój spowodowany ich pojawieniem się. Ale robiła miłe wrażenie.
Kiedy w trójkę już siedziały wokół stolika, zapadła cisza, przerywana tylko tykaniem zegara, którego wskazówki pokazywały, że było siedem minut po siódmej rano.
Vira w końcu się zniecierpliwiła i spytała o pierwszą rzecz, która przyszła jej do głowy:
– Co by się stało, gdybyś teraz zabiła swoją babcię? – zwróciła się do Colette.
Thérese zakrztusiła się herbatą. Wnuczka ostrożnie poklepała ją po plecach i posłała wściekłe spojrzenie Elvire.
– Co to w ogóle za pytanie? – spytała Lacroix, odstawiając z brzdękiem filiżankę na talerzyku. Vira zauważyła, że dziewczyna uspokoiła się, odprężając się w towarzystwie znajomej osoby, wracają do swojej typowej formy.
– Czysto fizyczne. Chodzi mi o paradoks dziadka. – Wiedziała, o czym mówiła. Kiedyś była na wykładzie dotyczącym podróży w czasie. Nauczycielka od fizyki w jednej ze szkół lubiła zabierać ich na tego typu zajęcia. Vira nie pamiętała wszystkich szczegółów, ale ten akurat zapadł jej w pamięci, bo był bardzo interesujący. – Cofasz się w czasie i zabijasz swojego dziadka, w tym przypadku babcię – Wskazała łyżeczkę na Thérese, która zrobiła się czerwona na twarzy z oburzenia – więc wychodzi na to, że się nie urodziłaś, czyli nie mogłaś się cofnąć w czasie, by zabić babunię. Wtedy dochodzimy do paradoksu.
Miała nadzieję, że w miarę dobrze to wytłumaczyła. Kwestia podróży w czasie w przeszłość była w sposób fizyczny niewykonalna – za pomocą teorii względności dało się wykazać, że teoretycznie można by udać się w przyszłość; choć na ziemi nie posiadano do tego odpowiednich warunków. A na pewno człowiek nie mógłby sam tego dokonać. Kiedy wrócą do teraźniejszości, będzie musiała o tym jeszcze poczytać.
Colette wlepiła w nią odrobinę zdumione spojrzenie, które Vira już kilka razy widziała. Tak jakby nie potrafiła uwierzyć, że Elvire coś mogła wiedzieć. A ona przecież nie była głupia. Może nie miała zapędów na geniusza, nie przepadała za literaturą, francuskim i historią, ale od dłuższego czasu uczyła się fizyki, chemii i matematyki. A za pomocą ścisłej wiedzy także można postrzegać świat.
– Hm… to w sumie nie jest aż tak głupie pytanie. – Vira wywróciła oczami na jej słowa. Colette prychnęła i kontynuowała: – Paradoks ten wystąpiłby tylko wtedy, gdybyśmy założyli, że istnieje wyłącznie jedna przeszłość i jedna przyszłość. Ale prawda jest taka, że oprócz naszej rzeczywistości istnieje wiele, nawet nie wiemy ile dokładnie, wszechświatów, światów? Nie wiem, jak dokładnie je nazwać. Gdybym cofnęła się w czasie i zabiła swoją babcię, wtedy narodziłaby się nowa przyszłość, bez mojej rodziny, beze mnie. Ale ja wróciłabym do moich normalnych czasów. A później znowu cofnęła do właściwej dla mnie przeszłości z moją babcią. Jeśli za bardzo namieszałabym w przeszłości, to to i tak nie miałoby znaczenia. Dlatego też nie mogłabym zmieniać przeszłości. Chyba że w niewielkim stopniu, co nie wywołałoby diametralnych zmian w przyszłości. Tak jak przyjaźń z moją babcią.
– Ale jak to działa? Jakim cudem nie trafiasz do innych rzeczywistości? – Vira pochyliła się do przodu, wlepiając wzrok w dziewczynę. Naprawdę ją to zaintrygowało.
Colette jednak ją rozczarowała, wzruszając ospale ramionami.
– A bo ja wiem? Jakoś. – Odchrząknęła, ucinając temat i skierowała wzrok na babcię. – Przepraszam, że tak wpadłyśmy. Ale nie wiedziałam co robić.
Thérese uśmiechnęła się łagodnie, co Virze w dziwny sposób przypominało odrobinę bardziej ciepłą wersję uśmiechu Mony Lisy. Pochyliła się, chwytając dłoń wnuczki i ściskając ją mocno.
– Przecież wiesz, że to żaden problem. Po prostu opowiedz mi, co się stało. I dlaczego jesteś z tą dziewczyną?
Jakby ktoś inny to powiedział, to pewnie by się obraziła, ale w jej głosie, ani w oczach nie zauważyła pogardy. Chociaż nie. Nie obraziłaby się. Pewnie miałaby to gdzieś.
Odrobinę wyłączyła się, gdy Colette opowiadała ich historię. Wiedziała, że zajmie to sporo czasu. Wyłapywała tylko szczegóły, o których wcześniej dziewczyna tylko wspominała. W głowie wciąż leciało jej Lemon tree. A wcale jakoś tak bardzo nie przepadała za tą piosenką. Gdy Colette skończyła, wskazówki wskazywały już za dziesięć ósmą.
– Wciąż ciebie nękają? – Na pięknej twarzy Thérese odbijało się zmartwienie.
Virę w pewien sposób zadziwiała szczerość dziewczyny, bowiem w jej oczach odzwierciedlenie znajdywały uczucia, które okazywała. Nieczęsto spotykała takie osoby.
– Może w końcu powiesz mi, kogo się tak boisz? Wiem, że byłaś przez kogoś duszona i że nękano cię podczas twoich podróży, ale mam wrażenie, że nie mówisz wszystkiego.
Na twarzy Colette pojawił się niepokój. Thérese piskliwym głosem powtórzył: duszona?! A Vira po prostu splotła ramiona na klatce piersiowej, czekając na odpowiedź.
 – Masz rację. Podróżnicy mają jednego wroga. To dlatego zgadzamy się na wszystkie zasady GT. Ponieważ oni zapewniają nam bezpieczeństwo. Jest mężczyzna, który przeciąga innych podróżników na swoją stronę, który im grozi… A nazywa się…
Wtedy rozległ się huk. Wszystkie trzy podskoczyły. Wcześniej nie zdawały sobie sprawy z ciężkiej atmosfery, która zapanowała w salonie. Drzwi od mieszkania gwałtownie się otwarły, a do środka wtoczyła się nowa osoba.
Była to dziewczyna, która wyglądała na rówieśniczkę Thérese; babcia Colette na jej widok jęknęła, więc musiała ją znać. Dopiero po sekundzie Vira zorientowała się, że była ona kompletnie pijana. Okrywał ją pudrowo-różowy płaszczyk, na stopach miała czarne pantofle, nogi opinały ciemne spodnie, w które wpuszczona została biała bluzka. Falowane, blond włosy rozsypywały się na ramionach – w niektórych miejscach widać było ledwo trzymające się spinki. Urodę miała zadziwiającą – jak perfekcyjna lalka Barbie, z delikatnym noskiem, niebieskimi oczami i idealnej wielkości, pełnymi wargami, które nie prezentowały się w tym momencie najlepiej pod zaschłą, nikłą warstwą rozmazanej, czerwonej szminki.
Uwiesiła się na drzwiach, przytrzymując się klamki i mruknęła:
– Wygrałam, paskudo! Otworzyłam ciebie, a ty mnie nie! – Wybuchnęła głośnym śmiechem i zatrzasnęła w końcu drzwi, wchodząc do mieszkania.
Zataczając się, zdjęła płaszczyk, ukazując idealne wcięcie w talii, które podkreśliła wysokim stanem spodni, a także sporej wielkości biust, ukryty za bluzeczką. Buty dodawały jej kilku centymetrów, ale wydawało się, że nie była jakoś specjalnie wysoka. Na pewno niższa od Colette, która przerastała Virę i swoją babcię.
Na twarzy Lacroix widniało zdumienie, za to Thérese wyglądała, jakby miała ochotę zapaść się ze wstydu pod ziemię. Vira tylko się uśmiechnęła.
– Współlokatorka wróciła z randki? – spytała i zachichotała na widok skonsternowania i zdegustowania swoich towarzyszek.
– Ranki, randki…. – mruknęła nowa dziewczyna, rzucając się na fotel. Spróbowała skupić na nich spojrzenie. – Okazał się słaby w łóżku, więc musiałam sporo wypić, by mieć choć trochę rozrywki.
– Stella! – wykrzyknęła oburzona Thérese i zaczęła się wachlować dłonią. Cała się zarumieniła.
– Stella-srella – zanuciła dziewczyna, odgarniając jasne włosy z twarzy. – Wiem, że jesteś świętoszką, Solo. I może dobrze. Jednak nie musisz mnie tak ciągle obrażać. Twoje koleżanki nie pomyślą przez to o tobie źle.
Mimo pijanego stanu, jej mowa nie była mocno zniekształcona. Vira nie mogła się powstrzymać i wybuchnęła śmiechem. Dawno nie miała tyle radochy. Colette posłała jej karcące spojrzenie, za to Thérese zaczerwieniła się jeszcze mocniej.
– Wcale ciebie nie obraziłam – mruknęła i wlepiła spojrzenie w swoje splecione dłonie.
– Bo jesteś damą – mlasnęła Stella. – Ale na pewno to i owo sobie pomyślałaś. – Puściła jej niezgrabnie oczko i wtuliła się w poduszkę, przytulając się do niej policzkiem.
– Mieszkasz z nią? – spytała Colette, nie okazując za wiele uczuć. Wydawała się po prostu zmęczona w tym momencie.
Thérese niechętnie kiwnęła głową.
– Pracujemy razem. Potrzebowałam współlokatorki, więc zaproponowałam, by się wprowadziła… – urwała, wlepiając zrozpaczony wzrok w Stellę.
– Teraz tego żałuje, moja kochana Solo – powiedziała z pewnością w głosie pijana dziewczyna.
– Solo? Jak Han Solo? – spytała bezmyślnie Vira i od razu sama miała ochotę sobie przywalić.
Colette sapnęła z oburzenia, Thérese rzuciła jej nic nierozumiejące spojrzenie, za to Stella chrapnęła głośno w poduszkę. Elvire odetchnęła z ulgą. Chyba tego nie usłyszała…
– Tak mam na nazwisko – odpowiedziała spokojnie babcia Colette, która spróbowała zamaskować wpadkę Viry.
– No tak – mruknęła i porwała ze stołu herbatnika, wgryzając się w niego pośpiesznie. Było jej strasznie głupio. Przecież obiecała, że będzie się zachowywała. Nie chciała nawet patrzeć na niezadowoloną minę Colette.
– Zaprowadzę ją do pokoju. – Thérese wstała i podeszła do swojej współlokatorki. – Chodź, Stello Valery. Ile ja mam z tobą problemów…
Blondynka zaczęła mruczeć pod nosem, gdy była podnoszona:
– Nienawidzę facetów. Wiecie, co? Rzucę pracę i wyjadę do Stanów. Na plantację bawełny! Tam znajdę prawdziwego faceta! A może na plantację bananów? – Zatrzymała się na chwilę i uniosła twarz, odgarniając włosy. Rzuciła zdziwione spojrzenie Thérese, która ją przytrzymywała. – Tess, jadłaś kiedyś banana? Są słodkie. To ich potrzebujemy. Bananów. Nie facetów…
Vira usłyszała jeszcze wiele bzdur wypowiadanych przez Stellę, ale nie skupiła się na nich, bo Colette w końcu zmusiła ją, by na nią spojrzała. Dokładnie to szarpnięciem. I to ręki, która już została zmaltretowana przez paznokcie podróżniczki. Lacroix była niepozorna jak kobra, która wyleguje się ospale, by po chwili zaatakować z prędkością światła – tak w przybliżeniu oczywiście.
– Co to miało być? – syknęła jak zwykle powoli, pochylając się do niej. W oczach płoną jej gniew, który coraz bardziej roztapiał wzniesioną w nich barierę. – Miałaś się zachowywać!
– Przepraszam… – Odwróciła wzrok. Nie potrzebowała moralizowania; sama wiedziała, że źle postąpiła.
– Nie. Posłuchaj mnie. Wiem, że lubisz zachowywać się jak jakaś dziwaczka. Zdążyłam też już odkryć, że jesteś dość impulsywna i bezmyślna, ale nie możesz nawiązywać do rzeczy, które pochodzą z naszych czasów! Ta dziewczyna nie powinna wiedzieć o Gwiezdnych Wojnach, które zostały stworzone prawie trzydzieści lat później!
Vira spięła się, chociaż nie chciała pokazywać, że słowa Colette odrobinę ją zabolały. Zresztą nie powinna się tym przejmować. Była dziwaczką i dobrze jej z tym przydomkiem. Przynajmniej nie zgrywała panny perfekcyjnej.
Wywróciła oczami i mruknęła:
– Zrozumiałam, damulko. Będę już bardziej ostrożna.
Colette pewnie miała ochotę jeszcze na nią ponarzekać, ale powstrzymała się, bo wróciła Thérese. Dziewczyna zamknęła drzwi od pokoju swojej współlokatorki i posłała im przepraszający uśmiech.
– Wybaczcie. Ona zazwyczaj… – zacięła się i westchnęła. – Cóż… Stella nie jest łatwą osobą. Teraz pewnie będzie spała, dopóki nie wytrzeźwieje. – Zmarszczyła nos, zdegustowana.
Vira trochę współczuła Stelli – pewnie nie tylko Thérese potępiała postępowanie dziewczyny. W latach pięćdziesiątych taka postawa nie mogła być pochwalana. Nawet w ich czasach nie mówiło się za dobrze o dziewczynach, które wskakiwały innym kolesiom do łóżka. Chociaż było to bardziej zrozumiałe i przez wielu praktykowane…
Elvire wciąż chciała dowiedzieć się o tym zagrożeniu, ale po minie Colette widziała, że lepiej teraz o to nie pytać. Dlatego też spuściła wzrok na swoją spódnicę i udawała, że strząsa z niej jakieś okruszki. Nie przepadała za sukienkami, ale tym razem nie zamierzała narzekać. Bardziej przeszkadzały jej za duże buty, ale cóż poradzić? Musiała zacisnąć zęby i po prostu jakoś to znieść.
– Co teraz zamierzacie? Miesiąc to bardzo długi okres czasu – powiedziała Thérese, sprzątając ze stolika.
– Właśnie nie wiem – mruknęła Colette, przegryzając powolnie ostatniego herbatnika. – Wciąż zastanawiam się, czy nie udać się do GT. Ale boję się.
– Rozumiem. – Thérese kiwnęła głową i wygładziła prostą, granatową sukienkę, w którą była ubrana. Poprawiła też swoje wymodelowane włosy, które kojarzyły się Virze z fryzurami, które próbowały osiągnąć na starość starsze panie. – To mam dla was propozycję. Możecie tu na razie zostać, ale nie wiem co na to właściciel. A tak się składa, że w mojej pracy szukają kelnerek; mogłybyście popracować odrobinę, zarobić pieniądze i może wtedy uda mi się wybłagać właściciela, by udostępnił nam większe mieszkanie na jakiś czas.
Colette znieruchomiała na chwilę, więc Vira wykorzystała to, by włączyć się do rozmowy.
– Dla mnie super. Mogę pracować.
Skierowały swoje spojrzenia na Colette, która wydawała się być niepewna. Bawiła się włosami i skubała zębami wargi.
– No nie wiem – mruknęła w końcu. – Nie jestem dość dobra w kontaktach międzyludzkich. Ani w pracowaniu.
Vira miała ochotę prychnąć tak, jak często podróżniczka to robiła. Jednak powstrzymała się, bo wiedziała, że Colette powiedziała to tylko do swojej babci; z Elvire na pewno nie podzieliłaby się swoimi obawami.
– Poradzisz sobie. – Babcia poklepała ją po głowie i skierowała się do swojego pokoju. – Wybaczcie mi, ale muszę iść do pracy. Porozmawiamy jeszcze, jak wrócę.
Thérese wyszła po chwili z mieszkania, ubrana w czarnobiały uniform kelnerki – okazało się, że pracowała wraz ze Stellą w kawiarni na rogu, którą dziewczyny mijały. Powiedziała, że mają się czuć jak u siebie w domu i obiecała, że upichci im coś na kolację.
Dziewczyny nie rozmawiały ze sobą po jej wyjściu. Colette zwinęła się w kłębek na kanapie z książką z biblioteczki w dłoniach. Vira nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Nie chciała czytać, nie miała przy sobie telefonu, by bezmyślnie móc surfować po Internecie, sprawdzić Facebooka i Snapa – już zaczynała za tym tęsknić. Tak jak i za swoimi ukochanymi trampkami i dżinsami, które Colette kazała jej zostawić w niewielkim pokoju, gdzie spędziły poprzednią noc. W mieszkaniu nie było też telewizora, co kazało jej przypuszczać, że jeszcze nie nadeszła era bezmyślnego ślęczenia przed odbiornikiem. Znalazła tylko radio, którego nie potrafiła obsłużyć i czarny telefon z obrotową tarczą – trochę się nim pobawiła, jednak i tak nie miała do kogo zadzwonić, więc szybko jej się to znudziło. Colette także nie pozwoliła opuścić jej mieszkania, więc Vira naprawdę nie wiedziała już, co mogłaby porobić. Tak się chyba działo, gdy dziecko dwudziestego pierwszego wieku trafiało do przeszłości…
W końcu znalazła stary album ze zdjęciami, nad którym przesiedziała kilka godzin, obserwując członków rodziny Colette, a także zastanawiając się, jakimi aparatami były wykonane. Bardzo chciałaby móc wziąć do teraźniejszości jakiś stary model aparatu. Była jednak pewna, że Colette nigdy nie wyrazi na to zgody. Co od razu ją zirytowało – kiedy zaczęła się tak słuchać tej dziewczyny?
Powstanie ze zmarłych Stelli rozwiało nudę, którą odczuwała Vira. Od razu odnalazły wspólny język; Elvire wciąż nie rezygnowała ze swojej zasady, że nie szuka przyjaciół, nie przywiązuje się do innych. Ale wiedziała, że tylko przez miesiąc będzie znała tę dziewczynę. Przez tak krótki okres czasu nie można przecież stworzyć jakiejś wielkiej przyjaźni. I tym razem to Vira będzie tą, która porzuci, a nie porzucaną…

* Tekst piosenki, którą śpiewała Vira: http://www.tekstowo.pl/piosenka,fool_s_garden,lemon_tree.html


sobota, 5 listopada 2016

Czas: 5

Czas: 5

Nigdy tak boleśnie nie odczuła płynącego czasu, mijanych sekund.
Tik-tak.
Tik- jest wieczór, cisza nocna, znajdują się na korytarzu akademii Mirandel. Tak- zapada ciemność.
Mrugnięcie powiekami.
Tik- czuje lekki wiatr na skórze, oślepia ją słońce, słyszy gwar rozmów. Tak- oczy przyzwyczajają się do nowego otoczenia.
Tik- wciąż przytrzymuje Colette. Tak- zauważa wytrzeszczone oczy kobiety, która znajduje się zaledwie kilka centymetrów od niej; ich nosy dzieli niewielka odległość.
Rozlega się wrzask. Robi się zamieszanie.
 I w tym momencie świat znów nabrał tempa. Vira nie miała czasu na myślenie, rozumienie sytuacji. Kobieta stojąca przed nimi swoim wrzaskiem ściągnęła na nie uwagę. Ludzie zaczęli się wokół nich zbierać. Niespokojni, przerażeni, niektórzy zaciekawieni. Dopiero w tym momencie zdała sobie sprawę, że coś było nie tak. Pomijając fakt, że przed chwilą znajdowała się w zupełnie innym miejscu. Ale ludzie… wyglądali inaczej. Jak ze starego filmu. Elvire w swoich dżinsach i koszuli w kratę zupełnie do nich nie pasowała i bardzo się wyróżniała. Kobiety ubrane były bez wyjątku w spódnice lub sukienki, a mężczyźni w luźne garnitury…
Ale nie miała czasu, by się nad tym zastanawiać, bowiem przez tłum gapiów przepychali się dwaj policjanci.
– Proszę się zatrzymać – powiedział jeden z nich. Niższy, młodszy, z rudymi włosami.
Pomimo tego, że przecież stały, były otoczone. Te słowa sprawiły jednak, że Colette się poruszyła. Chwyciła Virę mocno za nadgarstek. Ich oczy się spotkały. Bez słów się zrozumiały – ten jeden jedyny raz. Nie mogły się zatrzymać. Rzuciły się do ucieczki.
Może i nie rozumiała sytuacji, w której się znalazła, ale czuła, że wydarzy się coś złego, jeśli zostaną zatrzymane. Po swojej stronie miały element zaskoczenia; zdołały przebić się przez tłum, zanim ludzie zorientowali się, co się działo.
Uścisk Colette, przecież tak słabej jeszcze przed chwilą, był silny. Zdawało się, że dziewczyna wiedziała, dokąd powinna się udać. Policjanci gonili je, ale po pewnym czasie zgubiły ich w paryskich uliczkach. Bo Vira znała miasto, w którym się znalazły. Czuła palący strach i zdezorientowanie na widok starodawnych samochodów, dziwacznie ubranych i uczesanych ludzi. Colette w swoim stroju nie wyróżniała się aż tak bardzo co Elvire. Ale to nie miało znaczenia. Wciąż biegły. Ledwo łapały oddechy, mięśnie paliły, policjanci dawno zniknęli, ale one parły przed siebie.
– Colette… – wysapała po pewnym czasie, gdy znalazły się w mniej uczęszczanej dzielnicy. – Gdzie-
– Po-poczekaj chwilkę. – Także miała trudności z mówieniem. Ścisnęła ją jeszcze mocniej. – Już prawie…
Okazało się, że ich celem był zaułek, w którym się zatrzymały. Vira, mimo że nie posiadała wcale takiej najgorszej kondycji, miała wrażenie, że jej płuca zaraz odmówią współpracy, a co dopiero roztrzęsione nogi. Musiała oprzeć się o ścianę budynku.
Zaułek nie wyglądał ani trochę przerażająco. Kończył się murkiem, na którym ktoś poustawiał kolorowe doniczki, w których rosły różnego rodzaju rośliny. Znajdował się pomiędzy dwoma budynkami, z czego jeden wyglądał na jakiś zakład, a drugi na zwyczajną kamienicę. Przy jednej ze ścian stały kubły na śmieci, za to w drugiej znajdowały się zwyczajne drzwi – domu, który wyglądał na mieszkalny.
Colette, która także miała problem z ustaniem na nogach, dopadła do murku i zaczęła mocować się z jedną z cegiełek. Jej ruchy były pewne. Wydawało się, że posiadała cel i wiedziała, co powinna zrobić. Po chwili w dłoniach dziewczyny znajdowała się cegła. Colette przełamała ją na pół; Vira aż sapnęła ze zdumienia. W środku znajdował się kluczyk – to była tylko skrytka. Panna Lacroix odłożyła ją na miejsce i dopadła do drzwi, otwierając je bez problemu. Nie oglądając się na swoją towarzyszkę, weszła do środka. Vira szybko udała się za nią.
Wnętrze było bardzo skromne. Może należało do jakiegoś stróża, dozorcy? Składało się tylko z jednego, bardzo zakurzonego pomieszczenia, w którym znajdował się niewielki stolik, krzesło, szafa i łóżko. U sufity wisiała goła żarówka, oświetlająca pomarańczowym światłem izbę bez okien. Colette przysiadła na burym kocu, który znajdował się na łóżku; Vira opadła na brudne od kurzu krzesło. Ich oddechy powoli się wyrównywały.
Elvire zerknęła na swoją towarzyszkę. Na policzkach miała czerwone plamy, ale nie wyglądała już na tak bardzo chorą. Włosy tworzyły jeden wielki kołtun, a na wargach widniały ślady, jakby za długo i za mocno je skubała lub przygryzała.
Dopiero po sekundzie zrozumiała, że powinna czuć się, czuć się… sama nie wiedziała jak. Co czuła? Bieg przysłonił wszystkie myśli, emocje. Czy się bała? Przeraźliwie. Ale był to rodzaj białego strachu, który wypala się pod powiekami, zostawia swoje piętno w piersi. Jeżeli teraz się rozsypie, nie pozbiera się za szybko. Potrzebowała faktów. Nie wierzyła w magię. Ale… jak to wszystko wytłumaczyć?
– Co się stało? – Jej głos zabrzmiał szorstko; od biegu miała wysuszone gardło.
Colette uniosła na nią spojrzenie, które wcześniej utkwiła w swoich dłoniach. Oczy dziewczyny, tak jak zwykle, nie wyrażały za wiele. Vira miała ochotę nią potrząsnąć – może wtedy zaczęłaby coś okazywać?
– Cofnęłyśmy się w czasie. Ale to nie powinno być możliwe. Nie z tobą – zaczęła cicho, marszcząc brwi i wpatrując się w nią w skupieniu.
Virę zdecydowanie kusiło, by zadać jakąś krzywdę Colette. Może nie zdawała sobie z tego sprawy, ale Elvire znajdowała się na krawędzi swojej wytrzymałości. Flegmatyczny sposób mówienia w takich momencie naprawdę drażnił.
– Co to, do cholery jasnej, ma oznaczać? – Chciała pokazać swój gniew i irytację, ale głos ją zdradził, wyrażając tylko rozpacz i prośbę… o pomoc? o wyjaśnienie?
– Spokojnie. Już ci tłumaczę. – Colette objęła się ramionami i zagryzła swoje zmaltretowane wargi. – Jestem podróżniczką w czasie. Zazwyczaj kontroluję moją umiejętnością, ale stan mojego zdrowia i to, że wyprowadziłaś mnie z równowagi, sprawiły, że straciłam nad sobą panowanie. Ale prawda jest taka, że to ja sama powinnam się cofnąć. Nie można zabierać ze sobą żadnej żywej istoty w przeszłość. To jest niemożliwe.
Vira czuła nadchodzącą migrenę; ucisnęła palcami skronie.
– Właśnie mi powiedziałaś, że jesteś podróżniczką w czasie, co przecież należy do rzeczy niewykonalnych, ale uważasz, że fakt, iż cofnęłaś się w czasie ze mną, jest czymś dziwnym? Ja chyba zwariowałam.
Colette przez kilka sekund nic nie mówiła. Po chwili westchnęła i podniosła się z łóżka.
– Zaraz o tym porozmawiamy. Pewnie jesteś tak bardzo głodna i spragniona jak ja – mówiąc to, podeszła do szafy, którą zaczęła przesuwać.
Mebel z oporami, ale dał się odsunąć. Za nim znajdowały się kolejne drzwi. Colette otworzyła je, ukazując niewielki schowek i zaczęła wyciągać z niego rzeczy.
– Proszę. Tutaj masz ubrania. – Rzuciła do Viry tobołek, który składał się z rozkloszowanej spódnicy, pończoch i koszuli. – Tam jest toaleta.
Elvire dopiero teraz zauważyła kolejne drzwi, które wcześniej ukryte były za drzwiami wejściowymi.
– Gdzie jesteśmy?
Ręce wciąż jej drżały; przyjęła od Colette kanister z wodą. Próbowała nie myśleć o tym, że to pierwszy raz, gdy normalnie z nią rozmawiała. Biorąc pod uwagę, co się wydarzyło i w jakiej sytuacji się znalazły, ich wcześniejsze relacje i kłótnia schodziły na drugi plan.
– To jedna z kryjówek podróżników. Nie możemy zostać tu za długo. – Colette wyciągała kolejne rzeczy ze skrytki. Była denerwująco spokojna i opanowana. – Jaki masz rozmiar stopy?
– 37 – odpowiedziała; stała na środku pokoju, czując się tak dziwacznie jak jeszcze nigdy w życiu.
– Z damskich są tylko 38. – Colette mocowała się teraz z wielką skórzaną torbą.
– Mogą być – mruknęła Vira i w końcu się ruszyła, udając się do toalety, by się przebrać.
Gdy wróciła, Colette zdążyła przebrać się w dłuższą spódnicę i ogarnąć włosy, które upięła spinkami, by tworzyły bardziej odpowiednią, jak na te czasy, fryzurę. Koło niej rozłożone były jakieś papiery, pieniądze w banknotach i jedzenie w konserwach.
Vira opadła na łóżko i przyjęła puszkę, którą podała jej dziewczyna. Była tak głodna, że zjadłaby cokolwiek. A potrawka mięsna, którą dostała, wcale nie należała do najgorszych rzeczy, jakie jadła w swoim życiu. Colette przegryzała sucharki.
– Jest 1951 rok. Znajdujemy się w Paryżu. Dwudziesty ósmy września. To dzisiaj Seth Barnes Nicholson odkrył księżyc Jowisza, Ananke. – Ostatnią rzeczą, którą wyciągnęła z torby, był pistolet i kilka fiolek z jakimś proszkiem. – Pewnie masz dużo pytań – powiedziała w końcu, przenosząc na nią zmęczone spojrzenie.
– Nie możemy po prostu wrócić? – Już od dłuższego czasu zastanawiała się nad tą kwestią.
Colette prychnęła pogardliwie.
– Myślisz, że nie spróbowałam tego od razu? To była pierwsza rzecz, którą usiłowałam zrobić. Jednak nie mogłam.
– Takie rzeczy się zdarzają? Jakim cudem w ogóle potrafisz przenosić się w czasie? Jesteś jedyną podróżniczką? Jak to w ogóle działa? – spytała z pełnymi ustami, zakładając pasma ciemnych włosów za uszy, by nie przeszkadzały jej w jedzeniu.
– Chyba nie mam wyboru. Muszę ci wszystko opowiedzieć. – Oparła się plecami o łóżko, siedząc na podłodze. – Wiele, wiele wieków temu sto osób otrzymało dar podróży w czasie. Nie wiemy, w jaki sposób zostali wybrani. Nie wiemy, jak dokładnie to się stało, jak wyglądało. Wiadomym jest tylko, że były to osoby w różnym przedziale wiekowym. Oprócz podróży w czasie, każdy podróżnik otrzymywał specjalną cechę – pewną umiejętność, która wyróżniała go na tle innych podróżników i zawsze w pewien sposób wiązała się z czasem. Niektórzy uważają, że to sam Czas pobłogosławił tych ludzi, przekazując im cząstkę siebie. Po pewnym czasie odkryto, że wraz ze śmiercią podróżników, ich umiejętność nie umiera, ale jest przekazywana. Jednak nie za sprawą genów. W przypadkowy sposób. Co roku, gdy umiera jeden z podróżników, gdzieś na świecie rodzi się nowy. Zazwyczaj we Francji i Anglii, choć nie wiadomo dlaczego. Ile masz lat? – spytała nagle i napiła się wody. Taka długa wypowiedź musiała nieźle ją zmęczyć, biorąc pod uwagę, jak powoli i długo mówiła.
– Szesnaście – odpowiedziała, próbując równocześnie przeanalizować dopiero co usłyszane informacje.
– Tyle samo co ja… Czyli nie możesz być podróżniczką, bo na każdy rok przypada tylko jedna osoba. – Zamyśliła się na chwilę. – Jak widzisz, jest nas wielu. Jednak nie znamy się nawzajem. Znam tylko podróżników, którzy żyli w przeszłości i którzy zakończyli już swój żywot. W teraźniejszości nie możemy utrzymywać kontaktów. To zbyt niebezpieczne.
– Od kiedy cofasz się w czasie? Możesz podróżować też do przyszłości? – spytała, gdy Colette znowu zamilkła na dłuższą chwilę.
– O tym, że jestem podróżniczką, dowiedziałam się, gdy byłam małym dzieckiem. Mniej więcej znają przyszłość, więc szybko nas znajdują. Moja najbliższa rodzina także o tym wie. Byłam wychowywana w taki sposób, by poradzić sobie w każdych czasach. Jeździłam na zajęcia, uczyłam się wielu rzeczy. Podróże objawiają się między dziesiątym a trzynastym rokiem życia. Ja miałam dwanaście lat, gdy po raz pierwszy cofnęłam się w czasie. Gdy tak się stało, zaczęłam spotykać się z podróżnikiem z przyszłości, który nauczył mnie, jak panować nad moją umiejętnością. Nie mogę udać się w przyszłość. Może to jedna z cech któregoś z podróżników. Nie wiem. – Wzruszyła ospale ramionami.
– A jaka jest twoja cecha? – Czuła ciarki na myśl, że to może być prawda, ale odczuwała też pewnego rodzaju zaciekawienie.
– Nie znam jej. A raczej nie znałam. Tak myślę, że wiąże się z tym, co się wydarzyło. Z tobą. O cholera!
Gwałtownie odwróciła się do Viry, łapiąc ją za ramiona, wbijając w nie boleśnie palce. Dziewczyna pisnęła, przestraszona. Nie spodziewała się po Colette takiej prędkości.
– Hej! – krzyknęła zaskoczona.
Colette mocno zacisnęła powieki. Dopiero po upływie dwóch minut poddała się, wracając na swoje poprzednie miejsce i do swojego normalnego tempa.
– Co się stało? – Vira ponownie zajęła się jedzeniem. W konserwie prawie nic nie zostało, a ona wciąż była głodna.
– Nie potrafię wrócić – szepnęła Colette i pobladła.
– To nie jest normalne, prawda?
– Nie. Nigdy nie miałam z tym problemów. To oznacza, że naprawdę odkryłam swoją cechę. Podobno wtedy podróżnicy blokują się w przeszłości.
Vira kiwnęła powoli głową. Coraz bardziej miała tego dość i czuła frustrację, bo nie mogła nic na to poradzić.
– To kiedy się odblokujesz? – spytała rzeczowo. Nie zamierzała się załamywać.
– To może potrwać nawet z miesiąc – powiedziała i tym razem brzmiała, jakby próbowała ją przeprosić.
– Ile?! – Vira nie potrafiła zachować spokoju. – No pięknie, damulko. Ale nas urządziłaś! Nie mogłaś jakoś powstrzymać się przed podróżą?
Colette zmarszczyła gniewnie brwi. Zachowywała się odrobinę bardziej żywiołowo niż zwykle. Jej ruchy wciąż były ospałe, słowa wolniejsze, ale nie wyglądała już ani trochę na chorą. Może to dlatego.
– Och, proszę cię. To niby moja wina? To ty byłaś tą, która napadła na mnie, gdy szłam do pielęgniarki. To ty mówiłaś te wszystkie okrutne rzeczy. Jesteś w równym stopniu odpowiedzialna za to, co się stało! – Dziewczyna zaczęła chować niepotrzebne rzeczy z powrotem do schowka za szafą.
– Ale nigdy nie przypuszczałam, że będziesz jakąś cholerną podróżniczką w czasie! – Czuła, że była coraz bliżej wybuchu, ale po chwili ogarnęło ją tak wielkie zmęczenie, że postanowiła to na razie zostawić. – Zresztą… nieważne. Co zrobimy?
– Istnieje pewna organizacja, która zajmuje się podróżnikami. Są naszymi strażnikami. Zarówno zwykli ludzie, zwani Horo, jak i nieśmiertelne istoty, Immor. My mamy kontakt tylko z Horo, całe szczęście. To oni nam pomagają. Mają swoje siedziby tutaj, w Paryżu i nazywają się Gardiens de temps, a także w Londynie, gdzie są znani jako Guards of time. W skrócie po prostu GT.
– Czyli wystarczy, że do nich pójdziemy? – Vira ukradła kilka sucharków z tych, które jadła wcześniej podróżniczka.
Colette powoli pokręciła głową.
– Nie możemy.
Elvire naprawdę musiała ze sobą walczyć, by nie rzucić się na swoją towarzyszkę.
– Niby czemu? – jęknęła, kładąc się na łóżku. Kichnęła, gdy drobinki kurzu dostały się do jej nosa.
– Bo nie powiedziałam ci wszystkiego. Podróżnik w czasie musi odbywać przynajmniej jedną podróż na tydzień. W przeciwnym razie staje się słaby, choruje. Ja nie podróżowałam od dwóch tygodni. Bo nie mogłam. – Virę korciło, by jej przerwać, zmusić do szybszego mówienia, ale wiedziała, że to na nic. – Od pewnego czasu ktoś mnie prześladuje, próbuje mi zaszkodzić, chce mnie skrzywdzić. – Colette objęła się ramionami; wydawała się o wiele drobniejsza, słabsza. – Zgłosiłam to do GT, ale potem było jeszcze gorzej. Powiedzieli mi, że nie mają o tym żadnych raportów, że ani w mojej przyszłości, ani w przeszłości nie widzą nic niepokojącego, więc mam przestać panikować. Chyba myśleli, że zaczyna mi odbijać. Sama zaczęłam w to wierzyć. Ale ja sobie tego nie wymyśliła. Zbyt wiele dziwnych rzeczy mi się przytrafiło. Ostatnim razem poczułam zaciskające się na mojej szyi palce. Nie wiem, dlaczego ten ktoś mnie nie zabił. Porzucił mnie nieprzytomną; może myślał, że mnie wykończył? A to zawsze działo się podczas moich podróży w czasie. Każda moja podróż jest zaplanowana. Dostaję od GT rozpiskę, kiedy i w jakie czasy mogę bezpiecznie się cofnąć. Ale miałam wrażenie, że to tylko wszystko pogorszyło. To pierwsza, od dłuższego czasu, niezaplanowana podróż. Nie mogę się zwrócić do GT. Boję się, że to wszystko tylko pogorszy.
Vira nie wiedziała, co powinna powiedzieć. Colette w pewien sposób się otworzyła. Ale ona nie zamierzała pocieszać dziewczyny. Nie były przyjaciółkami, wręcz by rzekła, że stały się swoimi wrogami. Nie miały ze sobą nic wspólnego. Posiadały cechy, które nawzajem drażniły je u drugiej. Jedynym, co je łączyło, był Urbi. Jakim cudem znalazły się w takiej sytuacji?
– No dobrze. To co robimy?
Wlepiła wzrok w ospale dyndającą żarówkę. Colette milczała przez pewien czas. Gdy się odezwała, znowu brzmiała na wyzbytą ze wszelkich emocji.
– Możemy udać się do pewnej osoby. Ale to jutro. Powinnyśmy odpocząć.
Elvire przytaknęła. Innej opcji nie było. Musiała zupełnie zdać się na tę dziewczynę. Przesunęła się na łóżku, sama się sobie dziwiąc, robią jej miejsce. Może jednak odrobinę współczuła Colette?
Nie odzywały się, gdy leżały obok siebie. Wszystko zostało jak na razie powiedziane, chociaż Vira wciąż znajdywała nowe pytania, na które chciałaby poznać odpowiedź. To jednak mogło poczekać. Była zbyt zmęczona, zbyt przytłoczona tym wszystkim. Colette musiała czuć się podobnie.
Przez dłuższy czas nie mogły zasnąć. Jednak nie rozpoczęły ze sobą rozmowy. Może myślały o tym samym? Że to jakaś pomyłka? Że były ostatnimi osobami, które powinny skończyć w swoim towarzystwie?
Tuż przed zaśnięciem Vira jeszcze zapytała:
– A tutaj jesteśmy bezpieczne?
Nie czekała długo na odpowiedź i nie była nawet zbyt mocno zaskoczona, gdy usłyszała proste: – Nie mam pojęcia.
~~*~~*~~*~~
Na śniadaniu jeszcze tego nie czuł. Myślał, że Colette została u pielęgniarki lub śpi w swoim pokoju, a Vira przecież zawsze przybiegała na ostatnią chwilę. Normalnie zajął się jedzeniem, rozmawiał z ludźmi z klasy, dostał ochrzan od swojej zastępczyni z Rady Uczniowskiej, Kate, że zaniedbuje swoje obowiązki. Zwyczajny poranek.
Elvire nie pojawiła się na śniadaniu, co było odrobinę dziwne, biorąc pod uwagę jej miłość do jedzenia. Może po prostu zaspała? Niestety nie miał jak tego sprawdzić. Dopiero na trzeciej godzinie lekcyjnej, na literaturze, powinni się spotkać.
Odczuł pewnego rodzaju ulgę, gdy Colette nie przyszła na zajęcia. To musiało oznaczać, że w końcu go posłuchała i zaczęła dbać o swoje zdrowie. Odwiedzi ją po lekcjach, da notatki, potroszczy się.
Trzecia godzina nadeszła i szybko minęła. Po Virze ani śladu. Urbi popytał się i dowiedział od ludzi z ich rocznika, że nie widzieli jej od rana. Próbował wydobyć coś od jej współlokatorki, jednak Stephanie zignorowała go, zanurzając się w zapewne écru muzykę, wydobywającą się ze słuchawek.
Dopiero wtedy to odczuł. Niepokój. Jednak nie zamierzał panikować. To zapewne nic takiego. Może Vira pojechała spotkać się ze swoimi rodzicami lub kimś z rodziny? Urbi zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nic przecież nie wiedział o dziewczynie. Tylko tyle, że była spokrewniona z profesorem Patrickiem, że miała specyficzny charakter, że nie przepadała za innymi ludźmi, nie szukała przyjaciół, uwielbiała fotografię, kochała jeść, posiadała dziwną obsesję na punkcie oczów i wolała nauki ścisłe od humanistycznych. Jak na razie na tym kończyła się jego wiedza. Ale to nic. Dopiero zaczęli się przyjaźnić. Z Colette też tak było.
Postanowił zostać po historii i porozmawiać z profesorem Patrickiem.
– Vira? Widziałem się z nią wczoraj wieczorem – odpowiedział, gdy chłopak spytał o nią. – A coś się stało?
– Nie przyszła dzisiaj na zajęcia.
Mężczyzna zmarszczył zmartwiony brwi.
– Naprawdę? To niedobrze, bardzo niedobrze. – I nerwowym gestem poprawił okulary, jak zwykle zostawiając na nich zatłuszczony odcisk palców.
Urbi cenił profesora za jego bogatą wiedzę historyczną, wielokrotnie bronił go przed innymi uczniami. Widział, że mężczyzna miał pewne problemy w kontaktach międzyludzkich. Ale był dobrym facetem. Co z tego, że lekkim dziwakiem? I widać, że szczerze martwił się o Elvire.
– Może pojechała się z kimś spotkać? Na przykład z rodzicami? – Od razu jak wypowiedział te słowa, poczuł, że popełnił jakiś błąd.
Profesor Grenouille zrobił się dziwnie nerwowy – bardziej niż zwykle. Szybko pokręcił głową.
– Jesteś jej przyjacielem, prawda? – spytał i kontynuował, gdy Urbi mu przytaknął. – Można powiedzieć, że Vira nie ma już rodziców. Ojciec rozwiódł się z jej matką, moją siostrą, gdy była mała, porzucając ich. A Estelle… wyjechała niedawno z kraju, zostawiając z nami Virę.
Urbinusa odrobinę zatkało. Może to był powód, dla którego Elvire tak mocno odpychała od siebie innych ludzi, bała się przywiązania?
– Nie wiedziałem – mruknął i zdał sobie sprawę, że na moment przestał się uśmiechać. A to rzadkość. Po chwili jednak wrócił do normalnego siebie.
– Może złapała to samo co Colette? Bo ona też jest dzisiaj nieobecna, prawda? Wyglądała na chorą ostatnio.
Urbi przytaknął, nie do końca przekonany. Zdziwił go odrobinę fakt, że profesor zauważył stan zdrowia jego Col. Zazwyczaj był zbyt nierozgarnięty na takie rzeczy.
– No nic! Sprawdzę co z nimi po zajęciach. Dziękuję, profesorze, za poświęcenie mi uwagi.
Wyszedł z sali od historii, pogrążając się w myślach. Miał ochotę odpuścić sobie pozostałe lekcje i pobiec, by sprawdzić, czy nic im nie było. Ale nie mógł tego zrobić. Colette pewnie pogniewałaby się, że nie robił dla niej notatek, a Vira… może znowu by go odepchnęła? Nie mógł przestać myśleć o tym, co powiedział jej wujek o rodzicach dziewczyny. Przecież ona musiała czuć się strasznie samotnie! Czemu tego nie zauważył? Może dlatego, że Elvire normalnie gadała z innymi uczniami, tylko dla niego była jakaś inna od początku? Ale on posiadał wprawę w zdobywaniu przyjaźni osób bardzo zamkniętych w sobie. Vira tak bardzo przypominała mu jego Col, że nie potrafił zostawić jej w spokoju tak, jak sobie tego życzyła. I nie żałował tej decyzji.
Zupełnie nie mógł się skupić na swoim treningu pływackim. Drużyna pewnie miała do niego żal, że uwaga ich kapitan była tak rozproszona. Ale usłyszał, jak szeptali, że to pewnie dlatego, że Colette się rozchorowała. Jednak dobrze go znali. Chociaż nie wiedzieli, że jeszcze jedna dziewczyna zaprzątała obecnie jego myśli…
Poszedł do nich od razu po treningu. Chłopacy śmiali się, że nie może się doczekać spotkania ze swoją ukochaną. Pokazał im tylko język i poleciał przed siebie.
Pokój Colette był zamknięty. Jako jedna z nielicznych uczennic mieszkała sama, więc nie mógł nikogo zapytać, o co chodziło. Zresztą u Viry sytuacja nie wyglądała lepiej. Nie znalazł dziewczyny w jej pokoju, a Steph nie chciała z nim rozmawiać.
– Stephanie… Steph… Panno écru… – mruczał, stojąc obok krzesła, na którym siedziała współlokatorka Viry i dźgał ją palcem w ramię.
Dziewczyna w końcu się poddała. Odwróciła powoli do niego głowę, zdjęła słuchawki z uszu i nie zmieniając wyrazu twarzy, rzekła:
– Nie wróciła na noc. Nie wiem, gdzie jest.
I znów przestała zwracać na niego uwagę.
– Jak to nie wróciła?! Żartujesz, prawda? Dlaczego tego komuś nie zgłosiłaś?! Mogło się jej coś stać.
Jednak dziewczyna powróciła do swojego świata.
Niepokój powoli przeradzał się w strach. Pośpiesznym krokiem skierował się do gabinetu pielęgniarki, gdzie poinformowano go, że Colette nie dotarła tam poprzedniego wieczoru… Tego było już za wiele. Urbi udał się do nauczycieli.
Rozpoczęły się poszukiwania. Większość uważała, że to nic takiego. Może dziewczyny wymknęły się gdzieś razem? Urbinus musiał milion razy im powtarzać, że one nie przepadały za sobą. Profesor Patrick wydawał się naprawdę zmartwiony – całym sobą zaangażował się w poszukiwania. Musieli czekać dwadzieścia cztery godziny, by zgłosić to na policję. Urbi biegał po szkole, pytając się każdego, czy ktoś ich nie widział. To wyglądało tak, jakby po prostu się rozpłynęły. Zniknęły.
W szkole nie posiadali monitoringu – znajdował się on tylko na zewnątrz. Jednak nie znaleźli żadnego nagrania, na którym widać by było, by opuściły teren szkoły.
– Mówiły ci, czy coś planują? Dzieliły się z tobą swoimi uczuciami?
Wszystko spadło na Urbiego. Był jedynym przyjacielem zarówno Colette jak i Viry.
– Nie. Colette miała pójść do pielęgniarki. Vira podobno była porozmawiać ze swoim wujkiem i powinna wrócić do swojego pokoju – odpowiedział policjantowi, który patrzył się na niego, jakby próbował przeniknąć do jego umysłu.
Był środek nocy. Znajdowali się w gabinecie dyrektora. Policja została zawiadomiona. Niedługo mieli przyjechać rodzice Colette, którzy chcieli się z nim zobaczyć. Podobno wynajęli najlepszego detektywa, by odnalazł ich córkę.
– A co z uczuciami?
Urbi nie wiedział, co odpowiedzieć na to pytanie. Nie mógł zalać go opowieścią o dwóch zamkniętych w sobie dziewczynach, których nawet on nie potrafił zrozumieć.
Pokręcił tylko głową.
Policjant westchnął. Miał szarą twarz, ściągniętą zmęczeniem, pod oczami wory. Nie dało się określić jego wieku. Był staro-młody. Jego osoba nie wyróżniała się niczym szczególnym. Urbi miał przeczucie, że nie zapadnie mu w pamięci.
– Dobrze. Ktoś jeszcze chce z tobą porozmawiać.
Podniósł się z fotela, jeszcze raz westchnął i opuścił pomieszczenie.
Gabinet dyrektora robił wrażenie. Był równie wielki co większość sal lekcyjnych. Przy ścianach od góry do dołu stały regały, które wypełniały przepiękne wydania książek. Podobno dyrektor zajmował się odnajdywaniem białych kruków i puszczaniem ich w obieg, oprócz swojej pracy w szkole. W pomieszczeniu znajdował się też kącik z niskim stolikiem idealnie pasującym do kawy lub herbaty i fotelami, stojącymi wokół niego. Także monumentalne, drewniane biurko, na którym wyryte były biblijne sceny: raj, Adam i Ewa, Kain i Abel, Hiob, Dawid w jaskini lwów, uwięziony Samson itd. Przed nim stały dwa, dość proste krzesełka.
Urbi siedział na jednym z foteli. Oczy już mu się kleiły; nigdy nie czuł się aż tak zmęczony. Od kilkunastu godzin nie potrafił zmusić się do ani jednego uśmiechu. Tak bardzo się martwił…
Drzwi otworzyły się, a do pomieszczenia wsunęła się młoda kobieta. Mogła mieć z dwadzieścia parę lat. Na głowie miała brązowy kapelusz, który kolorystycznie pasował do burzy, tej samej barwy, loków; ubrana była w luźną białą koszulę, brązowe spodnie, które trzymały się na szelkach i czarne tenisówki. Zauważył jeszcze, że posiadała piwne oczy – to przez Virę zaczął zwracać na takie rzeczy uwagę?
Kobieta podeszła do niego i usiadła na fotelu, który jeszcze przed chwilą należał do pana policjanta. Może siedzenie wciąż było ciepłe?
– Nazywam się Amita Morin, jestem detektywem. Zadam ci kilka pytań, dobrze?
Urbi kiwnął tylko głową. Miał tego wszystkiego dość. Chciał tylko wiedzieć, co stało się z jego przyjaciółkami, a nie odpowiadać wciąż na te same pytania.
– Przyjaźnisz się z Colette od dziecka, prawda?
Nie spodziewał się tego pytania. Sprawiło ono, że lekko się rozbudził.
– Tak. Chodziłem z nią do przedszkola. A potem do wszystkich szkół i klas.
Amita utkwiła w nim badawcze spojrzenie. Urbi dopiero teraz zauważył, że mimo niepewności w jej głosie, wzrok kobiety emitował spokojem i pewnością siebie.
– Czy ostatnio działo się z nią coś niepokojącego?
To było już bardziej typowe pytanie.
– Nie. Była tylko chora. Miała pójść do pielęgniarki…
– Nigdy wcześniej nie chorowała, prawda?
Urbi zmarszczył brwi.
– Prawda. Ale jaki to ma związek z jej zniknięciem? Ze zniknięciem dziewczyn?
Nie odpowiedziała na jego pytanie.
– W tym tygodniu pojawiła się jej choroba? Czy wcześniej?
Po chwili namysłu odparł, że w tym.
– Dziewczyny były w tym samym wieku, prawda?
Po raz kolejny odpowiedział, że tak.
Kobieta wyjęła z kieszeni kartkę, którą szybko przejrzała.
– Hm… To ciekawe – mruknęła bardzo cicho. – Colette nigdy wcześniej tak nie znikała?
Urbi wzruszył ramionami.
– Czasami zaszywała się w bibliotece lub w swoim pokoju. Ale to dlatego, że lubiła być sama. I lubiła czytać.
– Przez te wszystkie lata? Jesteś pewien? Nie znikała?
Chłopak, mimo że zawsze starał się być miłym dla innych, poczuł lekkie rozdrażnienie.
– Co to za pytania? Oczywiście, że nie.
– Wybacz. Już kończę. Ostatnie pytanie. – Pochyliła się lekko do przodu i spojrzała mu prosto w oczy. – Bała się czegoś? Wydawała się zaniepokojona?
Urbi długo zastanawiał się nad odpowiedzią. Może ta kobieta myślała, że ktoś zrobił krzywdę Colette? Tylko czemu pytała się tylko o Col, a o Virę nie?
– Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Nic mi nie mówiła.
Kobieta kiwnęła głową, poprawiła kapelusz i podniosła się.
– Dziękuję za rozmowę. Postaramy się zrobić wszystko, co w naszej mocy, by dziewczyny wróciły.
Chłopakowi przemknęło przez myśl, że użyła dziwnego sformułowania. Nie, że się odnajdą, tylko że wrócą. Ciekawe…
Kobieta w drzwiach minęła się z rodzicami Colette. Urbi porwał się na równe nogi i po chwili był ściskany przez jej mamę. Yolande, a raczej Yola, jak kazała na siebie wołać, należała do grona aktywnych ludzi, działaczy, których zabijała nuda i bezruch. Była niska, drobna, posiadała wręcz ptasie rozmiary. Colette odziedziczyła po niej karmelową barwę włosów, które kobieta miała bardziej falowane i piękne rysy twarzy. Ale z charakteru bardziej wdała się w ojca, który, tak jak jego córka, robił wszystko powoli, z namysłem, ospale. Był wysokim, barczystym mężczyzną, o jasnych włosach i takich samych oczach co Col.
Urbi widział ich kilka razy do roku; ostatnim razem, gdy spędzał wakacje u Colette – długo o to walczył zresztą.
Myślał, że jej rodzice będą bardziej zdruzgotani. Yola emanowała smutkiem i wciąż wzdychała, jak na artystkę przystało. Jednak nie zalewała się łzami – a to bardziej byłoby w jej stylu. Tata Colette za to zachował spokój. Niesamowite. Nawet zaginięcie córki nie było wstanie wyprowadzić go z równowagi.
– Urbi, mój drogi chłopcze! O nic się nie martw. Oj, jak ty się martwisz! Przestań, bo zaraz się popłaczę! – zaczęła trajkotać Yola, wciąż go obejmując.
Tata Colette poklepał go po głowie.
– Spokojnie. Nie wierzę, by mojej córce mogło się coś stać. Jest twardą dziewczyną. Po prostu lubi nas straszyć – powiedział jak zwykle powoli.
Urbi poczuł, jak zbierają mu się łzy pod powiekami.
– Strasznie spokojnie to znosicie – mruknął cicho, odsuwając się od kobiety.
Rodzice Colette wymienili się spojrzeniami.
– Bo wierzymy, że nic jej się nie stało. To chyba lepsze niż rozpacz, prawda? – Obecność Didiera zawsze działała na niego uspakajająco. Może to dlatego, że tak bardzo przypominał Col? – Powinieneś iść się przespać. Wyglądasz strasznie.
– Właśnie, właśnie. Bardzo cię wymęczyli, prawda? – Yola zacmokała ze współczuciem.
Urbi potarł powieki, próbując ukryć swoje łzy. To było zawstydzające. Zaśmiał się smutno.
– Chyba mają państwo rację. W takim razie dobranoc.
Yola ucałowała go w oba policzki, a pan Lacroix mocno ścisnął za ramię.
Urbi wrócił do swojego pokoju, ale długo nie mógł zasnąć. Nie przeszkadzało mu nawet tak bardzo chrapanie jego współlokatora. Miał na głowie inne zmartwienia…
~~*~~*~~*~~
 Amita nie mogła bardziej wszystkiego zepsuć. Ktoś by mógł powiedzieć, że to wcale nie była jej wina. Ale kto zapomniał schować kartoteki Colette? Ona. Kto nie zdążył spotkać się z dziewczyną, by ją ostrzec? Ona. Kto zgubił gdzieś w przeszłości dwie dziewczyny? Ona.
Ciężko jej się rozmawiało z tym młodym chłopakiem. Wiedziała, że on nie był wtajemniczony. Bardzo ją kusiło, by po prostu mu o wszystkim opowiedzieć – może to by ulżyło mu w cierpieniu? Ale nie mogła tego zrobić. Takie prawo, takie zasady.
Wyglądało na to, że Colette sama odkryła, że nie powinna cofać się w czasie przez pewien czas. Amita postanowiła, iż zrobią wyjątek i przydzielą dziewczynie do towarzystwa innego podróżnika, najlepiej zbliżonego do niej wiekiem, który posiadał większe doświadczenie w walce i który by ją chronił. Znalazła już nawet idealnego kandydata. Ale nie zdążyła. Colette zniknęła. Co ciekawe – wraz ze swoją koleżanką ze szkoły. Czyżby to była specjalna cecha dziewczyny? Amita kojarzyła tylko dwie cechy, który by tutaj pasowała. Pierwsza to po prostu zdolność zabierania innych osób w swoją podróż, druga to odnalezienie życiowego towarzysza podróży – tylko jedną osobę. Dopóki Lacroix nie wróci, nie będą mogli tego sprawdzić. Ale jak ją odnaleźć? Jeśli odkryła swoją cechę, to na pewno zablokowała się w przeszłości. Tak za każdym razem się działo. Na szczęście Amita nie została zupełnie bez niczego… Miała jeszcze jeden, drobny plan…