piątek, 13 stycznia 2017

Czas: 7


Czy to było irracjonalne? To, jak się czuł? To, że nie potrafił się na niczym skupić? To, że nawalał na lekcjach, na treningach pływackich? To, że ciężko było mu utrzymać uśmiech?
Sporo osób, tak jak on, martwiło się o Virę. Chodziła do akademii od niedawna, ale już zdążyła zdobyć sympatię lub chociaż zainteresowanie sporej części ich rocznika. Ich zdaniem była to niezła sensacja. Nowa uczennica zaginęła! Ale o Colette? Przejmowali się jej zniknięciem w niewielkim stopniu i to w większości tylko ze względu na niego. Jedyną osobą, której w równej mierze jej brakowało, był mały Zach.
Nigdy nie pochwalał przygnębienia. Wolał działać niż popadać w smutek. Ale teraz… naprawdę nie wiedział, co mógłby zrobić, jak pomóc. Utrzymywał kontakt z rodzicami Col, którzy zapewnili go, że nie musi się już o to martwić i że policja robi, co w ich mocy. Zdaniem Urbiego niewystarczająco.
Profesor Patrick wrócił na tydzień do domu; dyrekcja miała dla niego sporo wyrozumiałości i sami zasugerowali, by wziął odrobinę wolnego. Jeśli Urbi był w złym stanie, to nauczyciel we wręcz tragicznym. Przed jego wyjazdem spotkali się, by porozmawiać.
– Dzwoniłem do jej matki, wiesz? Estelle powiedziała tylko, że nic na to nie poradzi. Ma swoje własne problemy. To ja miałem się nią opiekować. – Mężczyzna poprawił okulary, wzdychając. – Czasami nie mogę uwierzyć, że jesteśmy rodziną…
Urbi zacisnął dłonie w pięści i pochylił się do przodu. Siedział na drewnianym krześle w gabinecie profesora Grenouille, w którym panował nieporządek. Mężczyzna przerzucał kartki, szukając czegoś na biurku, robiąc przy tym jeszcze większy bałagan.
– Za to brat Viry bardzo się zmartwił i obiecał, że spróbuje jakoś nam pomóc.
To zainteresowało Urbiego, sprawiając, że chociaż przez chwilę przestał myśleć o zniknięciu dziewczyn.
– To ona ma brata? – spytał mocno zdziwiony.
Patrick zamrugał kilkukrotnie, pakując plik referatów do papierowej teczki.
– Nie mówiła ci o tym? Jean-Louis studiuje w Paryżu medycynę. Ma dwadzieścia jeden lat, więc prawnie mógłby się już opiekować Virą, jednak odmówił, tłumacząc się nawałem nauki i brakiem pieniędzy. – Patrick wzruszył ramionami.
Chłopak opadł na krzesło, znowu czując napływające przygnębienie, mieszające się ze zrezygnowaniem. Okazuje się, że tak naprawdę nic nie wiedział o Virze. Nigdy nie podzieliła się z nim swoimi myślami, nawet podstawowymi faktami o rodzinie. Ale czego on oczekiwał? Nie znali się za długo. To, że on był tak bardzo otwarty, że od razu chciał uczynić z niej swoją przyjaciółkę, należało raczej do przykrych faktów. Zawsze tak miał. Lubił wysłuchiwać innych ludzi, radzić im, od razu wychodząc z założenia, że sam też może im zaufać i powiedzieć o wielu rzeczach. Najwyraźniej normalni ludzie nie byli tacy wylewni.
Chwilę później pożegnał się z profesorem Patrickiem i udał do pokoju Zacha, któremu obiecał, że wytłumaczy historię.
Chłopiec mieszkał na pierwszym piętrze, w części męskiej. Jako jedyny miał swój stały pokój, którego nie zmieniał wraz z nowym rokiem szkolnym jak inni uczniowie.
Jak to się stało, że zaczęli się ze sobą trzymać całą trójką? Zach miał wielu nauczycieli, którzy uczyli go prywatnie, ale nigdy nie przepadał za historią i to z nią posiadał największy problem. Przydzielono mu do nauki bardzo surowego nauczyciela, który uczył tylko jedną klasę w ich szkole. Chłopiec kompletnie sobie nie radził, ale jego ojciec, dyrektor szkoły, nie wyraził zgody, by to Patrick go uczył. Miał wielkie ambicje, jeśli chodziło o jego syna. Zach był bystrym dzieckiem. Trochę powęszył i dowiedział się, że Urbi jest bardzo dobry z historii i udziela korepetycji. Tak rozpoczęła się ich znajomość, która trwała już drugi rok.
W kieszeni Urbiego zawibrował telefon. Wzdrygnął się, kiedy zobaczył, że to wiadomość od Katie. Ta dziewczyna nie dawała mu ostatnio spokoju. Chyba chciała mu pomóc, kierując jego myśli na pracę w samorządzie, jednak on nie miał na to teraz ochoty. Nie odpisał.
Zach przywitał go z entuzjazmem godnym prawdziwego dziewięciolatka. Od razu zaczął opowiadać o swoich dzisiejszych zajęciach i o nowym filmie Marvela, na który koniecznie musieli razem pójść. Urbi uśmiechał się tylko słabo, ale chłopcu to nie przeszkadzało. Zajęli się historią i dopiero ciekawa uwaga malca spowodowała, że chłopak się ożywił.
– Może pójdziesz do pokoju Colette i czegoś tam poszukasz? W filmach detektywistycznych zawsze tak robią. Nawet dr House zawsze tak robił! – Wyszczerzył do niego zęby i zapisał coś w swoim zeszycie.
– Powinni odciąć ci kablówkę – wymamrotał Urbi, ale później zamyślił się. Może to wcale nie był taki zły pomysł? Pewnie przeszukiwali już jej pokój, ale to on znał Colette i mógł znaleźć coś, co im umknęło.
– Nah. Wtedy zanudziłbym się na śmierć. A tak to mam przynajmniej filmy i powtórki seriali! Chociaż niektórych rzeczy chyba nie powinienem oglądać… – Zamyślił się, ale łobuzerski uśmiech na jego ustach mógł wskazywać, że nie zamierzał z nich rezygnować.
Urbi pokręcił tylko głową, ale sam się uśmiechnął. Miał sporą słabość do Zacha. Zawsze chciał mieć rodzeństwo; zazdrościł Colette, która posiadała starszą i młodszą siostrę. Może dlatego tak łatwo przywiązał się do małego Hoffmanna?
Posiedzieli jeszcze chwilę nad historią – choć niedługo, gdyż Zach jako dziecko nie potrafił długo skupić swojej uwagi. Zresztą omawiali dość łatwe tematy, więc szybko i przyjemnie zleciał im czas.
Urbi, kiedy określił już sobie cel, poczuł się od razu lepiej. Może to było głupie, ale nie lubił bezczynności i nawet taka drobna rzecz, jak włamanie się do pokoju Col, poprawiła mu humor. Jak ona by się na niego gniewała, gdyby się dowiedziała! Miał nadzieję, że szybko wróci, bo chyba trochę już nie potrafił bez niej żyć.
Chyba jednak nie można było nazwać tego włamaniem. Wystarczyło, że poszedł do jednej z wychowawczyń, uśmiechnął się i powiedział, że pożyczył Colette podręcznik od języka francuskiego i nie ma jak go odzyskać. Nauczycielka bez problemu dała mu klucz od pokoju dziewczyny i życzyła powodzenia w poszukiwaniach. Jednak bycie grzecznym uczniem miało swoje zalety.
Czuł się odrobinę niezręcznie, przechodząc przez korytarz pełen koleżanek z jego rocznika. Było akurat po kolacji, więc pewnie większość z nich kierowała się do pokoju integracyjnego lub biblioteki. Wiele z nich go zaczepiały, zagadywały – oczywiście nie potrafił przejść obok nich obojętnie i musiał z każdą porozmawiać. W końcu stanął przed drzwiami pokoju Colette i mógł bezpiecznie schronić się za nimi. Odrobinę bolał go uśmiech na jego twarzy – naprawdę miał trudności, by szczerze się uśmiechać, odkąd zaginęły dziewczyny.
Dawno nie był u niej w pokoju, jednak co roku, w każdej ze szkół, wyglądał on praktycznie tak samo. Każdą półkę, przestrzeń na biurku, nawet jedno z wolnych łóżek zajmowały książki. Na ziemi leżał gruby, miękki, zielony dywan. Łóżko było nieposłane – walały się na nim koce i liczne poduszki – tak jakby dziewczyna wstała tylko na moment i zamierzała za chwilę ponownie się w nim położyć. Porządnie złożone ubrania na krześle także sprawiały takie wrażenie. Na drewnianych drzwiczkach szafy wisiało kilka zdjęć – Colette ze swoimi siostrami, na innym z babcią, ale większość to były ich wspólne zdjęcia przedstawiające różne etapy ich dorastania. Coś ścisnęło go w środku na ich widok. Zazwyczaj to on ją zmuszał do ich zrobienia. Obejmował ją ramieniem, szczerzył zęby i krzyczał, że ma się uśmiechnąć. Dlatego też na większości zdjęć mina Colette była albo bardzo zdziwiona, albo odrobinę zirytowana. Ale mu to nigdy nie przeszkadzało. To miłe, że i tak je zachowała.
Zaczął przeszukiwać jej pokój. Nie wiedział, czego dokładnie powinien szukać. Tak naprawdę chciał po prostu się czymś zająć i może też odrobinę poczuć bliskość Colette, otaczając się rzeczami, które do niej należały? Jak bardzo porąbany był?
Przeglądał książki, zaglądał do szuflad, szukając czegoś interesującego. Zerknął nawet do szafy dziewczyny, znajdując w niej sporo podobnych do siebie ubrań. W końcu rzucił się zrezygnowany na łóżko dziewczyny. Po co on w ogóle tutaj przychodził? Wtedy poczuł, że coś wbija mu się w plecy. Spod jednej z poduszek wyciągnął notes. Miał zwyczajną brązową okładkę i był bardzo gruby – w wielu miejscach wystawały z niego kartki – powycierane rogi mogły wskazywać, że dziewczyna chętnie z niego korzystała. Urbi, o dziwo, widział go po raz pierwszy. A miał wrażenie, że już wszystko wie o swojej ukochanej. Usiadł na łóżku i otworzył na pierwszej stronie…
~~*~~*~~*~~
– Jesteście dość młodziutkie, co?
Stella postanowiła przygotować im coś do jedzenia, chociaż twierdziła, że zrobiła tak dużo kanapek, ponieważ zawsze na kacu była głodna. Siedziały w trójkę przy drewnianym stole w kuchni. Podobno Thérese wciąż narzekała na niewielkie rozmiary mieszkania i na brak jadalni, jednak Vira uważała, że jedzenie posiłków w kuchni nie jest niczym złym. Była raczej przyzwyczajona do takich warunków.
Pytanie Stelli sprawiło, że dziewczyny wymieniły się spojrzeniami. Zapomniały o tym. Miały szesnaście lat, a nagle wylądowały na progu mieszkania Thérese, czego nie dało się tak łatwo wytłumaczyć. Powinny wcześniej ustalić jakąś wersję. Teraz zostało im tylko granie.
– Jesteśmy zaledwie o rok od ciebie młodsze. To chyba nie aż taka duża różnica wieku, prawda? – Colette zachowała spokój. Niezła była z niej kłamczucha, co według Viry miało sens. Jako podróżniczka w czasie pewnie często musiała naginać prawdę.
Stella uniosła brwi, patrząc na nie znad kanapki, którą właśnie gryzła. Elvire lubiła jej oczy – pięknie niebieskie, czyste, prawdziwe. Nie potrafiła jeszcze z nich za dobrze czytać, ale czasami tak się zdarzało. Nie każdego dało się łatwo przejrzeć.
– Tak? Ja bym wam dała szesnaście, nie osiemnaście lat, ale to może tylko ja. – Blondynka wyszczerzyła się na widok ich min. – Spokojnie, spokojnie. To nic takiego. Każda z nas miała ochotę zwiać ze szkoły i rozpocząć samodzielne życie. To normalne. Wasz sekret jest ze mną bezpieczny! – Puściła im oczko i upiła swoją herbatę.
Vira nie mogła się powstrzymać i zachichotała pod nosem, kiedy Colette zachowała kamienny wyraz twarzy i powiedziała, że nie wie, o czym ona mówiła.
Stella miała na sobie tylko satynowy szlafrok, ale ani trochę nie była skrępowana swoim wyglądem. Vira trochę jej się nie dziwiła. Jakby miała takie ciało… Colette jednak czuła się odrobinę nieswojo w towarzystwie dziewczyny. Elvire już wcześniej zauważyła, że podróżniczka raczej ograniczała kontakty z innymi ludźmi i czuła się swobodnie, jak na razie, tylko w towarzystwie Urbiego, Zacha i swojej babci.
Skończyły posiłek, chociaż to Vira i Stella zjadły najwięcej, Colette tyko skubała swoją porcję. Dziewczynie to nie mieściło się w głowie. Sama tak mocno kochała jedzenie, że nie wyobrażała sobie, że ktoś może tak mało jeść.
Przeniosły się do salonu, gdzie Stella rzuciła się od razu na kanapę, przeciągając się jak kotka i ziewając.
– Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że się pojawiłyście! Może przynajmniej z wami będzie ciekawiej. Solo to straszna nudziara. Wciąż na mnie narzeka. – Naburmuszyła się, oglądając swoje paznokcie. – Idziemy wieczorem gdzieś?
Spojrzała na nie z tak wielką nadzieją, że Vira naprawdę nie wiedziała, jak odmówić. Zerknęła na Colette, która także wyglądała na zakłopotaną.
– Może nie dzisiaj… Dopiero co przyjechałyśmy, powinnyśmy jednak najpierw się zaaklimatyzować. I nie wydaje mi się, żeby Thérese’ie się to spodobało – odpowiedziała z namysłem Lacroix, przysiadając na fotelu.
Stella znowu się naburmuszyła.
– Dobra. Ale to jeszcze nie koniec! Ja się tak łatwo się poddam. – Dziewczyna zaczęła bawić się swoimi włosami, przyglądając się im uważnie. – Wy dwie jesteście przyjaciółkami, a co z Tessą? Skąd ją znacie?
Vira powstrzymała się, żeby prychnięciem nie skomentować swojej przyjaźni z pewną damulką.
– To kuzynka Colette – powiedziała pewnie, bo to akurat zdążyły ustalić. – I skończ z tymi pytaniami. Jesteś strasznie wścibska.
Blondynka wybuchnęła głośnym śmiechem, gdy Lacroix tylko westchnęła i pokręciła głową z politowaniem.
Vira wzruszyła ramionami. Taka była prawda. Czemu miała tego nie mówić?
– O raju! Niesamowite. Mówisz to, co myślisz. Nie często spotykam takich ludzi.
Stella wydawała się być naprawdę zachwycona, co odrobinę zdezorientowało Virę. Zazwyczaj ludzie nie pochwalali tej cechy u niej. Raczej im nie odpowiadała.
– Proszę cię. Nie zachęcaj jej. – Colette próbowała chyba brzmieć jak zwykle niemile, jednak tym razem nie za bardzo jej wyszło. – My musimy się zbierać.
Elvire próbowała nie wyglądać na zdziwioną. Kiwnęła tylko głową, choć pierwsze o tym słyszała.
– Już mnie opuszczacie? Co z was za przyjaciółki?
Dziewczyny znieruchomiały. To bardzo dobre pytanie. Były chyba najgorszymi przyjaciółkami dla swoich bliskich, jakie widział ten świat. Ton Stelli charakteryzował się odrobinę prześmiewczą nutką, więc oczywiście żartowała, jednak dała im do myślenia.
– Musimy iść na zakupy. Niedługo wrócimy. – Colette poprawiła włosy i uśmiechnęła się delikatnie. – Mogłabyś mi może pożyczyć jakąś torebkę?
– Jasne! – Stella porwała się na równe nogi i pobiegła do swojego pokoju. Po sekundzie wróciła, niosąc w dłoniach brązową, starodawną torebkę (choć w tych czasach była pewnie jak najbardziej nowoczesna). – Mogę ci ją oddać. Już jej nie używam. – Rzuciła ją Colette, która odwróciła się od nich, by opróżnić zawartość swoich kieszeń. – Ale w takim razie musicie kupić mi coś ślicznego. Bawcie się dobrze! – pożegnała je i zatrzasnęła za nimi drzwi. Nagle jednak ponownie je otworzyła. – Tutaj macie klucz. – Podała im przedmiot i ponownie zniknęła.
– Ciekawa osóbka, co? – powiedziała Vira, zerkając na Colette, która wydawała się być zmęczona.
– Aż za bardzo – mruknęła i pogładziła się po czole. – Chodźmy.
Vira podreptała za swoją towarzyszką, która szła normalniejszym tempem. Tym razem nigdzie im się nie śpieszyła.
– Naprawdę idziemy na zakupy? – spytała, gdy wyszły na ulicę.
Uderzył w nie dość chłodny wrześniowy wiatr, a także gwar życia. Było po piętnastej, więc większość sklepów jeszcze funkcjonowało. W pobliskiej kwiaciarni starszy pan wybierał z kwiaciarką kwiaty, po chodniku przebiegła grupka dzieci, ulicą jeździły nieliczne samochody. Vira żałowała, że nie miała aparatu. Aż ją palce świerzbiły, by zrobić jakieś zdjęcie.
– Musimy. Podobno przyjechałyśmy tutaj z własnej woli, a nawet nie mamy ze sobą żadnych bagaży. – Zaczęły kierować się w kierunku głównej ulicy. – To podejrzane. Stella łatwo wyłapała nawet najdrobniejsze szczegóły, gdy ja dopiero zaczynałam o nich myśleć. Musimy to zmienić.
– Dobrze, mamo – mruknęła, za co otrzymała wściekłe spojrzenie swojej towarzyszki. Mogła się tylko na to wyszczerzyć. Wciąż nie przepadała za Colette, ale powoli zaczynała ją rozumieć i wiedziała, że w przeszłości musi na niej polegać. Nie miała wyboru.
Mieszkanie babci Colette znajdowało się niedaleko Placu Bastylii, a one kierowały się do dzielnicy Le Marais, więc nie musiały iść za daleko. W oddali majaczyła sylwetka katedry Notre Dame, gdy wchodziły do pierwszych butików. Vira nie była przyzwyczajona do tego, że skupiała na sobie całą uwagę obsługi. Nie mogła sama sobie niczego wybrać, gdyż było to zadanie ekspedientki, która z największym zainteresowaniem ją obsłużyła. I tak w każdym sklepie. Wróciły do domu obładowane zakupami. Vira nawet nie chciała się zastanawiać, ile Colette musiała wydać franków – na których zresztą kompletnie się nie znała, jako że teraz przecież obowiązywało euro we Francji. Odłożyły zakupy i dopiero wtedy im się przypomniało, że przecież nie kupiły Elvire butów – wciąż chodziła w za dużych.
– Mogłaś powiedzieć.
Colette nie była zadowolona. W równej mierze męczyły ją zakupy. Było już po osiemnastej, więc musiały się pośpieszyć. O siódmej, najpóźniej o dwudziestej zamykano większość sklepów. W domu nie zastały dziewczyn; Thérese jeszcze nie skończyła pracy, a Stella pewnie poszła na kolejną randkę.
Vira wzruszyła ramionami, przegryzając kawałek bagietki, którą kupiły na kolację.
– Zapomniałam. Po prostu chodźmy.
Tym razem nie miały czasu na dłuższy spacer, ale na szczęście znalazły w okolicy sklep z butami. Wcześniej nie miały ochoty na zbytnie pogaduchy, teraz jednak Vira zamierzała zadać kilka pytań.
Nagle na Colette wpadł jakiś chłopak, przewracając ją na ziemię. Dziewczyna wydała cichy okrzyk i upadła na cztery litery. Virze rzuciło się w oczy tylko to, że osobnik ten ubrany był w czarny garnitur i miał na głowie kapelusz. Za chwilę zniknął im z oczu.
– Hej! Uważaj, jak leziesz! – warknęła za nim, pomagając Colette wstać. Zrobiła to automatycznie, jednak szybko ją puściła. Przecież nie chciała się z nią spoufalać.
Dziewczyna wytrzeszczyła na nią oczy.
– Do kogo ty to powiedziałaś? Przecież sama upadłam. – Otrzepała swoją spódnicę i zaplotła ramiona na piersi, patrząc wyczekująco na swoją towarzyszkę.
Vira zamrugała, zdziwiona.
– Wcale nie. Wpadł na ciebie jakiś koleś. To przez niego upadłaś. – Była pewna tego, co widziała. Czyżby Colette się z niej nabijała?
Lacroix westchnęła i jako pierwsza się poddała.
– Ja nikogo nie widziałam, ale może się zamyśliłam lub coś. Po prostu chodźmy.
Szły przez chwilę w ciszy, widząc już szyld przedstawiający parę kozaków.
– Słuchaj, Colette. Co z tym wrogiem podróżników w czasie? Miałaś mi o tym powiedzieć. – Wolała nie poruszać tego tematu w mieszkaniu, gdzie mogła to usłyszeć Stella.
Zatrzymały się na środku chodnika. Słońce już zaszło, wokół nich nie było za wiele osób. Usiadły na ławeczce, niedaleko butiku, do którego się kierowały.
Colette wydawała się zdenerwowana; tak jakby nie chciała o tym mówić. Wzięła jednak głęboki wdech i zaczęła opowiadać.
– GT’a nie musiało kiedyś aż tak bardzo chronić podróżników. Kiedyś po prostu służyli do zapewniania odpowiednich warunków do podróży, a także dostarczali stroje z danej epoki, pieniądze, broń… Jest bardzo starą organizacją, ponieważ cofamy się w różne czasy i zawsze potrzebujemy pomocy ludzi z przeszłości. Dlatego stworzono GT’a. Odnajdują podróżników i im pomagają. Mają także kontakt z Immor. Chyba nikt nie rozumie, jaki związek z tym wszystkim mają te nieśmiertelne istoty. Jednak jeśli istnieją podróżnicy w czasie, to czemu i nie inne zjawiska nadnaturalne? Może na świecie jest więcej uzdolnionych ludzi, o których po prostu nie wiemy? Problem robi się wtedy, gdy widza o podróżach w czasie wpadnie w nieodpowiednie ręce… I tak się właśnie stało. To zaczęło się jakieś dwadzieścia lat temu. Pojawił się on. Jedni mówią, że był kiedyś jednym z Horo… tak nazywamy śmiertelnych pracowników GT’a… inni, że ktoś z jego otoczenia został podróżnikiem i tak się o tym dowiedział. – Colette objęła się ramionami, jakby poczuła chłód. Miała przyciszony głos. – Nikt do końca nie zna prawdy. Nie wiemy, kim jest, ani jak funkcjonuje. Nie mamy pojęcia, co oferuje podróżnikom, że ci nie mają wyboru i przechodzą na jego stronę. Wiemy tylko, że znalazł on sposób na odbieranie podróżnikom ich umiejętności. Nie tylko podróży w czasie, ale także cech. Podobno może cofać się w czasie. Dlatego jest tak niebezpieczny. Ma swoich ludzi nie tylko w teraźniejszości, ale także w przeszłości. Ja na szczęście nigdy jeszcze na niego nie trafiłam. Byłam dobrze strzeżona. Ale mam wrażenie, że to wszystko, co mnie teraz spotyka, w jakiś sposób się z nim łączy…
Vira zamyśliła się. Kiepska sprawa. Inaczej nie umiała tego skomentować. Zaintrygowała ją ta postać. Była niebezpieczna, ale dlaczego w takim razie bezpośrednio nie skonfrontowała się jeszcze z Colette?
– A jak się nazywa? Stella ci wtedy przerwała – przypomniała sobie.
Dziewczyna zagryzła wargi i jak zwykle powoli odpowiedziała:
– Mroczny Cień.
Miała wrażenie, że to jakiś żart. Kto siebie tak nazywał lub kogoś innego? Sama potraktowałaby tę nazwę z pobłażaniem, ale Colette wydawała się być naprawdę wystraszona. Wiedziała coś więcej, czego jej nie powiedziała.
– No dobrze. Na razie nie mamy się czym przejmować. Jesteśmy bezpieczne, prawda? – zadała to pytanie, ale od razu znała odpowiedź. Wyczytała ją z oczu podróżniczki. Nie była ona tego taka pewna.
Poszły w końcu do sklepu, gdzie młody ekspedient zaczął wybierać buty Virze. Dziewczyny nie rozmawiały już ze sobą. Colette wyciągnęła książkę z torebki i zajęła się lekturą, siedząc na krzesełku obok. Elvire kręciła głową na wszystkie buty na obcasie. W końcu zrezygnowany mężczyzna przyniósł jej płaskie obuwie, które przypominało zwyczajne balerinki, które można było kupić w normalnych czasach. Vira przymierzyła je i od razu się w nich zakochała. W tym momencie mężczyzna przeprosił je i udał się na zaplecze, by odebrać telefon. Dziewczyna chodziła w nowych butach, a Colette znajdowała się w zupełnie innym świecie. Oprócz nich w sklepie przebywała elegancka, ubrana w szary kostium kobieta, która trzymała na smyczy dość dużego czarnego psa. To był chyba polski ogar.
Gdy ekspedient wyszedł na zaplecze, zaczęły dziać się dziwne rzeczy. W jednej chwili Vira zerkała na swoje nowe buty, by w następnej unieść głowę i ze zdziwieniem stwierdzić, że kobieta zniknęła, chociaż nie słyszała, by ktoś wychodził przez drzwi. Przed sekundką jeszcze tutaj była. Jednak jej pies został i zaczął głośno warczeć. Zaniepokoiło to Virę. Zwłaszcza, gdy skóra na grzbiecie zwierzęcia zaczęła pękać, odchodząc obrzydliwymi płatami, sprawiając, że przybywało mu masy. Pies robił się coraz większy.
– Colette! – pisnęła, tak jak jeszcze w życiu jej to się nie zdarzyło.
Cofnęła się powoli, gdyż znajdowała się najbliżej psa. Colette dawno już stała i wpatrywała się w zbliżające się zwierzę. Z umięśnionych łap wyskoczyły mu wielkie pazury; pysk rozszerzył się pod wpływem ogromnych i zapewne bardzo ostrych kłów. Warczał, roztaczając wokół ślinę. Wzrok miał utkwiony tylko w Virze.
– Spokojnie… – mruknęła wystraszona Lacroix.
Jednak nie miały czasu na zachowanie spokoju, bowiem pies rzucił się na Elvire. Dziewczyna wrzasnęła i odskoczyła na bok, upadając na ziemię. Chwyciła leżące w pobliżu buty, rzucając nimi w psa, który kierował się w jej stronę. Colette pobiegła w tym czasie po ekspedienta.
– Zrób coś! – wrzasnęła Vira, po raz kolejny odsuwając się od psa, który przez swoje wielkie rozmiary był trochę niezgrabny. Jednak silny – rozwalił już większą część półek z butami. – Cokolwiek!
– Ten facet zniknął! – Lacroix wróciła zasapana z zaplecza. – I odłączył telefon!
W tym momencie pies przestał bawić się w podchody i powalił Virę, szarpiąc ją zębami za nogę. Dziewczyna poczuła palący ból; została potraktowana jak zabawka. Uderzyła głową o posadzkę i już po chwili była poderwana w górę. Pies puścił jej nogę i rzucił się w kierunku twarzy dziewczyny. Vira próbowała ochronić się przedramionami, które od razu zostały poranione przez zęby zwierzęcia. Nagle coś uderzyło psa w głowę. Usłyszała krzyk Colette, że ma zamknąć oczy i wstrzymać oddech. Zdążyła uczynić tylko pierwszą z tych rzeczy. W powietrzu uniósł się słodkawy brązowy proszek, a na Virę opadły odłamki szkła. Po chwili wielkie ciało opadło nieprzytomne na dziewczynę.
Czuła tak wielki ból i nie mogła oddychać przez ciężar zwierzęcia. Colette szybko złapała ją za ramiona i wyciągnęła, nie bez wysiłku, spod psa. Miała zawroty głowy i nie wiedzieć dlaczego, czuła się senna…
~~*~~*~~*~~
– Przepraszam! – sapnęła Lacroix, gdy szarpnęła Virę za zranioną nogę. Porwała koszulę dziewczyny, robiąc z nich prowizoryczny opatrunek. – Musimy się stąd wynosić. Uśpiłam go, ale oni pewnie wrócą, by sprawdzić, czy wykonał swoje zadanie.
Elvire nie protetowała, gdy Colette wyprowadziła ją na zewnątrz. Sklep został zrujnowany, jednak to nie był teraz ich problem. Podróżniczka wyszła z tej potyczki bez żadnego uszczerbku w przeciwieństwie do Viry, która wyglądała strasznie. Na całych rękach miała zadrapania, włosy rozsypały się, zasłaniając twarz, a noga… Colette nie potrafiła nawet na nią spojrzeć. Na razie zasłaniała ją spódnica, jednak na chodnik kapały z niej kropelki krwi, których nie mogła zignorować.
Nie spodziewała się ogara czasu tutaj. Uczyła się o nich na zajęciach przygotowawczych do bycia podróżnikiem czasu. Ale one były czymś w rodzaju legendy. Dlaczego je zaatakował? Czyżby Mroczny Cień…?
Nie wiedziała, jak się zachować. Nie potrafiła walczyć. Na szczęście miała fiolkę z piaskiem czasu – substancją, która była w stanie uśpić każdego. W każdej ze skrytek podróżników można było je znaleźć. Naprawdę się przydają, gdy podróżnik, tak jak Colette, nie najlepiej radził sobie z walką.
Vira zaczęła przysypiać, wsparta na jej ramieniu. Piasek zadziałał także na nią.
– Cio to bylo? – spytała niewyraźnie. – Ona wypalowała jak podroźnićka. Puf! I jej nie bylo!
Na szczęście zapadł już zmrok i nikt wokół nich się nie znajdował. Dziewczyna specjalnie wybierała mniej uczęszczane drogi, by na nikogo nie wpaść. Niestety Colette nie pomyślała o tym, że na świecie istnieją także ludzkie potwory…
Znajdowały się przecznicę od kamienicy, kiedy drogę zagrodziło im trzech mężczyzn. Vira wciąż niewyraźnie mamrotała, więc w półmroku mogła uchodzić za pijaną. Colette poczuła palący niepokój.
– Co tutaj robicie, ślicznotki? – spytał jeden z nich, najwidoczniej przywódca grupy.
Nie wyglądali wcale tak bardzo podejrzanie. Ubrani byli w zwyczajne luźne spodnie od garnituru i niepasujące do nich marynarki. Najbardziej barczysty z nich miał na głowie czapkę, która kojarzyła się z golfiarzami. Zagrodzili im drogę.
Colette ledwo trzymała się pod ciężarem Viry i wiedziała, że dziewczyna potrzebowała pomocy. Naprawdę nie miała teraz czasu na użeranie się z podpitymi zwyrodnialcami.
– To nie wasza sprawa. Przepuście mnie – warknęła i spróbowała koło nich przejść.
Jeden z facetów złapał ją za ramię. Colette próbowała się wyrwać, przez co wyślizgnęła jej się Vira, której nie potrafiła dłużej utrzymać. W oczach pojawiły jej się łzy i naprawdę zaczęła się bać. Miała tego wszystkiego dość. Podjęła ostatnią próbę, by złapać Elvire, którą chwycił najgrubszy z mężczyzn i wyrwać się napastnikowi. Delikwencie zaczęli rechotać, gdy Colette szarpała się, by się uwolnić. Chciała zacząć krzyczeć, jednak na jej ustach wylądowała szorstka dłoń. To był koniec. Nie dość, że naraziła na niebezpieczeństwo Virę, która została zaatakowana przez ogara czasu, to w dodatku nie potrafiła obronić ich przed tymi facetami i teraz oni…
– Hej, ta laleczka krwawi! – wrzasnął grubas, puszczając Virę.
Dziewczyna jednak nie upadła, bowiem ktoś ją złapał.
– Radziłby zostawić je w spokoju, panowie – powiedział spokojnie jakiś chłopak. Colette nie znała tego głosu, po chwili jednak usłyszała bardziej znajomą osobę.
– Życie wam niemiłe?! Zboczeńcy! Dewianci! Pedofile! Wynoście się stąd, bo wezwę policę!
Colette została oswobodzona przez bardzo wkurzoną Stellę, która wyglądała tak, jakby naprawdę miała ochotę ich pobić. Mężczyźni szybko się zmyli, a Lacroix nie mogła uwierzyć, że to już koniec. Nic im się nie stało. Nie wiedziała nawet kiedy, ale zaczęła płakać. Cały stres, napięcie, strach – wszystko się w niej nagromadziło. Od lat nie płakała.
– Oj, biedactwo. – Stella przyciągnęła ją do siebie i wzięła w ramiona, pozwalając jej się wypłakać. – Już wszystko dobrze. Jesteście bezpieczne. – Zaczęła głaskać ją uspakajająco po włosach.
– Nie chcę wam przeszkadzać, ale ta dziewczyna nie wygląda najlepiej.
Colette gwałtownie się odwróciła, wlepiając wzrok w chłopaka, który im pomógł. Trzymał Virę w ramionach tak, jakby nic nie ważyła; dziewczyna spała lub straciła przytomność, opierając głowę o jego ramię. Przykrył ją swoją marynarką.
– Zaatakował nas pies i bardzo mocno ugryzł ją w nogę – powiedziała pospiesznie, postanawiając, że musi wziąć się w garść.
Chłopak wyglądał na rówieśnika Stelli. Razem zadecydowali, że zabiorą je do mieszkania, a panna Valery w tym czasie pobiegnie po lekarza.
Thérese o mało nie zemdlała na ich widok, jednak szybko się uspokoiła. Kazała im położyć Virę na kanapie i poleciała do toalety po miskę z wodą.
Elvire była wyjątkowo blada, co mocno odznaczało się na tle jej ciemnych włosów. Koszulę miała porwaną i poplamioną w wielu miejscach krwią, choć rany na rękach nie wyglądały aż tak niebezpiecznie. Za to prawa noga dziewczyny… Prowizoryczny opatrunek, który zrobiła Colette, dawno przesiąknął krwią. Zdecydowanie powinien zobaczyć to lekarz.
– Miałyście wyjątkowo pechowy dzień, co? – zagadnął tajemniczy chłopak i delikatnym ruchem odgarnął włosy z czoła Viry. Colette pomyślała, że to odrobinę dziwny gest, biorąc pod uwagę, że właśnie się poznali.
Dopiero teraz, w świetle, mogła zwrócić uwagę na to, jak wyglądał. Był bardzo wysoki i raczej szczupły, może wręcz chudy, choć wydawało jej się, że widzi wyraźnie rysujące się mięśnie pod połami koszuli. Miał typowo chłopięcą fryzurę – ciemne włosy, ani za długie, ani za krótkie. Jego twarz ozdabiały liczne piegi – chyba nigdy wcześniej nie widziała tak piegowatego chłopaka, który nie byłby rudzielcem – a oczy… nie dało się jednoznacznie określić ich koloru. Raz wyglądały na niebieskie, raz na brązowe, a jeszcze pod innym kątem na zielone. I był niesamowicie przystojny, choć posiadał odrobinę odstające uszy, które jednak nie odbierały mu urody.
– Można tak to ująć – powiedziała i opadła na fotel. – A ty jesteś…?
Noël Miratte – przedstawił się i uścisnął dłoń Colette, gdy ta podała mu swoje imię.
– Umawiasz się ze Stellą? – spytała, gdy wróciła jej babcia.
Thérese uklękła przy kanapie i zaczęła przemywać zadrapania na ramionach Viry. Wydawała się bardzo zmartwiona. Colette czuła wielkie wyrzuty sumienia. To wszystko jej wina. Gdyby nie ona…
Noël parsknął śmiechem.
– Masz mnie za masochistę? Tylko się przyjaźnimy.
Nie miała sił, by dłużej rozmawiać. Oczy jej się kleiły. Ostatnie dwa dni były bardzo intensywne.
Wróciła Stella z lekarzem, który zajął się obrażeniami Viry. Założył jej kilka szwów i stwierdził z humorem, że będzie żyła. Był sympatycznym mężczyzną po pięćdziesiątce, którego skronie przyprószyła już siwizna. Kazał zmieniać dziewczynie regularnie opatrunek. Zostawił także tabletki przeciwbólowe, obiecując, że niedługo zajrzy do niej.
Colette przysypiała w tym czasie na fotelu. Wcale nie protestowała, gdy babcia wzięła ją za rękę i położyła w swoim łóżku. To był zbyt męczący dzień. Nie miała już na nic sił.
~~*~~*~~*~~
Wspomnienie numer 1
Sypialnię oświetlały promienie wschodzącego słońca. Na podwójnym łóżku siedział ciemnowłosy mężczyzna, trzymając w dłoni przenośną słuchawkę od telefonu stacjonarnego. Widać było, że tylko po jednej stronie łóżka ktoś spał tej nocy.
Mężczyzna westchnął. Mógł mieć z trzydzieści parę lat. Miał na sobie tylko spodnie od dresu.
W tym momencie do pokoju wbiegła trzyletnia dziewczynka, bosymi stópkami wystukująca rytm na panelach. Ciemne włosy miała poczochrane – z jednej strony odstawały bardziej niż z drugiej. Na ustach tkwił szeroki uśmiech.
– Papa! – krzyknęła, wdrapując się na łóżku i wskakując na kolana swojego ojca.
Mężczyzna otrząsnął się z zamyślenia, odłożył telefon na nocną szafkę i chwycił swoją pociechę w ramiona.
 – A co to za słodka żabka odwiedziła mnie z samego rana? – spytał i zaczął łaskotać dziewczynkę, która w odpowiedzi zaśmiała się, próbując uciec od jego palców.
– Nie żabka, nie! Tylko Vila – wysepleniła, wciąż chichocząc.
Do pokoju zajrzał ośmioletni chłopiec z burzą jasnych włosów na głowie. Ubrany był, tak samo jak jego siostra, w piżamę. Ziewnął, patrząc na nich gniewnie.
– Obudziliście mnie – mruknął, ale przyłączył się do nich na łóżku. Po chwili także został ofiarą łaskotek.
– Śniadanko! – zadecydowała w końcu dziewczynka i ześlizgnęła się z łóżka, patrząc na nich wyczekująco.
Mężczyzna chciał podążyć za swoją córką, jednak zatrzymał się, słysząc pytanie syna:
– Mama znowu nie wróciła na noc, prawda?
Patrzył uważnie na ojca, ignorując jęki siostry, że ona jest tak bardzo i strasznie głodna.
– No cóż. Nic nie umknie twojej uwadze, co, mądralo? – Spróbował się uśmiechnąć, jednak nie wyglądało to zbyt przekonująco. – Nie martw się tym. Wszystko jest w porządku.
Ale najwyraźniej nie było.

~~~~~~~~~~~~~~~~
W końcu skończyły mi się próbne matury i mogłam dokończyć rozdział. Następny pojawi się za miesiąc. Mam nadzieję, że dobrze spędziliście Święta i Sylwestra :D
Zdjęcie Noëla pojawiło się w zakładce bohaterowie. Jak może się domyślacie, odegra on istotną rolę w życiu pewnej dziewczyny… Hehe
Jeśli znaleźliście jakieś błędy, to piszcie. I w ogóle piszcie, co myślicie? Wiem, że na początku akcja powoli się toczyła, teraz jednak będzie się sporo działo.
Pozdrawiam Was, Podróżnicy w Czasie!


8 komentarzy:

  1. Czyżbym była pierwsza? Co za niespodzianka :D Ale to nie ważne, przejdę do sedna czyli rozdziału.
    No nie powiem, zaskoczył mnie ten atak psa na Virę. Kto by pomyślał, ze niebezpieczeństwo może czyhać w sklepie z butami? widac nigdzie nie jest bezpiecznie i dziewczyny musza bardzo uważać. I jeszcze te "francuskie dresy z przeszłości" jakby było mało. Na szczęście Stella dała im popalić. I oczywiscie Noël, książę ratujący z opresji :D Już go lubię, chociaż czekam aż poznamy go lepiej.
    Jestem mega ciekawa dlaczego Vira widziała tego gościa co wpadł na Colette a sama Colette nie. Czyżby miała jakiś specjalny dar? W sumie to ze się dostała do przeszłości jest już niezwykle, może jest coś jeszcze? Tak myśle, ile w tym prawdy to nie wiem i pewnie jeszcze trochę minie aż się dowiem xD
    Urbi znalazł notes Colette, teraz pewnie się dowie prawdy... a przynajmniej mam nadzieje, bo szkoda mi go jak jest w takim stanie jak teraz. Tylko zeby nie wpadł w tarapaty. Och, pewnie wpadnie w tarapaty. E tam, poradzi sobie :D Chociaż chyba za bardzo wybiegam w przyszłość xD
    Co mogę jeszcze napisać? Podobało mi się i czekam na kolejny :D Skoro "będzie się sporo działo" to ja nie mogę się doczekać :D Pozdrowionka i weny życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Druga :D
    Ojej, ojej, ileż akcji! Atak ogara dość niespodziewany (chociaż przyznaję, że gdy tylko pojawiło się to słowo, od razu wiedziałam, że zaraz będzie jakiś atak, ale przed pojawieniem się psa bym nie podejrzewała :D). Jednak mnie najbardziej przeraziła scena w zaułku, z tymi trzema mężczyznami. Fajnie zbudowane napięcie i strach, a także już taka rezygnacja i przerażenie Colette, aż mnie dreszcz przeszedł... poczułam dreszczyk, serio :D
    Noel (w ogóle jego nazwisko jest podlinkowane, ale link nie działa) zapowiada się intrygująco i ośmielę się podejrzewać, że połączą go jakieś więzi z miłośniczką jedzenia (szkoda, że nie widzisz moich brwi, bo falują znacząco :D).
    No i tajemniczy jegomość, którego widziała tylko Vira. Kurczę, kurczę! Podejrzewam, że Vira jest kimś więcej niż zwykły śmiertelnik, ciekawe, kim... może podróżnikiem? A może w ogóle kimś innym?
    W ogóle uniwersum się rozrasta, więcej o nim wiemy i to jest bardzo fajne. Te nieśmiertelne istoty mnie intrygują, jestem ich bardzo ciekawa. No i cały system GT, ich biurokracja, pomoc podróżnikom... to robi się coraz bardziej interesujące!
    Stella jest ostra, he, he :D Rozwala mnie prawie tak samo jak Vira. Tworzą niezły duet ;)
    A skąd Colette miała pieniądze na te zakupy? Chyba, że po prostu nie doczytałam, to też jest możliwe :D
    No i wspomnienie. Postać ojca Viry wydaje się ciekawa, może ma on coś wspólnego z tym wszystkim?
    Oooch, Urbi! On jest taki kochany. Może w końcu, dzięki enigmatycznemu notesowi, dowie się, co się, u licha, dzieje.
    Jedna rzecz troszkę mi zgrzytała: pierwszy fragment, ten o Urbim, gdzie nie jest wspomniane jego imię. Czasem troszkę gubi się podmiot, np. ,,Jedyną osobą, której w równej mierze jej brakowało, był mały Zach.
    Nigdy nie pochwalał przygnębienia. " - już można się trochę zagubić, czy to Urbi nie pochwalał przygnębienia, czy Zach. W sensie, można się domyślić, że Urbi, ale to wprowadza takie lekki zagubienie właśnie.
    I wyłapałam jedną literówkę: policę
    Robi się coraz bardziej ciekawie, coraz barwniej i coraz bardziej intrygująco! Czekam na ciąg dalszy :)
    Pozdrawiam cieplutko!
    P.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej frędzelku!
    Fajny czas. Ładnie przedstawiłaś starych bohaterów i wprowadziłaś nowego.
    Coś czuję że Noël będzie z Virą😊
    Swatamy swatamy 😊
    Pa
    Meg

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A i jestem trzecia
      Pa
      Meg

      Usuń
  4. Cześć Gabsonku :) *przepraszający uśmiech*
    Przepraszam, że nie zostawiłam komentarzy pod wcześniejszymi rozdziałami (a raczej czasami) i że tak jakby wyparowałam na pól roku, ale od wakacji nie weszłam na żadnego bloga i no... troche je zaniedbałam. Jak nadrobię czasy to spodziewaj się mojego dłuuuugiego komentarza. Mam nadzieję, że się nie gniewasz i że mnie pamiętasz.
    Mrs. Unicorn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oki nadrobiłam :D
      Te komentarz nie będzie długi, ale pod ósmym czasem spodziewaj się naprawdę długaśnego.
      Ogólnie rzecz biorąc: Historia piękna, wszystko ładnie się rozwija i nadal kocham twój styl :).
      Oki na razie tyle, czekam na ósmy czas.
      Całuski,
      Twoja Mrs. Unicorn

      Usuń
  5. Kupiłaś mnie zakładką "Opis", uwielbiam jak wszystko jest wyjaśnione i ma sens. Takie zakładki na moich blogach potrafią mieć objętość czterech stron w wordzie:P
    Bardzo podoba mi się ten motyw podróży w czasie, pierwszy raz widzę takie internetowe opowiadanie. Do tego masz coś, co widuję się nieczęsto - poprawną polszczyznę i interpunkcję (a przynajmniej tak mi się wydaje, bo z tego to akurat jestem cienka:P) Z niecierpliwością czekam na więcej:)
    PS. Też jestem tegoroczną maturzystką. Powodzenia życzę:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ocena Twojego bloga jest już gotowa i dostępna pod adresem: http://recenzowisko-blogow.blogspot.com/2017/03/142-zaroczny-czas-niszczy-wszystko.html
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń