czwartek, 30 listopada 2017

Czas: 9


Kanapa nie należała do najwygodniejszych miejsc do spania, więc Vira postanowiła zmienić miejsce swojej bytności z salonu na jedną z dwóch sypialń, a konkretnie na tę Stelli. Nie powinna tego robić, biorąc pod uwagę jej stan – niesprawną prawą nogę, całe posiniaczone i zadrapane ciało – ale miała dość bezczynności. Mogła zawołać Thérese lub Colette, które zamknęły się w drugiej sypialni, gdy panna Solo wróciła z randki, ale była na to zbyt dumna. Czuła się już wystarczająco upokorzona po dniu spędzonym z Noëlem, kiedy wciąż musiała korzystać z jego pomocy; nie chciała bardziej pogarszać sobie humoru.
Mogła się spodziewać, że jednak tam nie dotrze. Elvire udało się usiąść, z trudem wstać, ale zrobiła tylko dwa kroki, kiedy ciało odmówiło posłuszeństwa i padła na ziemię. Nie miała już sił, by się podnieść. W takim stanie znalazła ją Stella, która wróciła do domu o pierwszej w nocy.
– Co robisz, słonko? – spytała tak, jakby leżenie na podłodze mogło być zwyczajnym i świadomym wyborem dziewczyny. Uklękła koło głowy Viry, uśmiechając się przyjaźnie.
Salon pogrążony był w półmroku; pomarańczowe światło latarni docierało przez okna, niewiele oświetlając. Sprawiało, że pokój wydawał się bardziej osobliwy, może odrobinę straszny.
– Oglądam gwiazdy. Zobacz, jakie są piękne – burknęła, wskazując na sufit.
Myślała, że Stella pomoże jej wstać. Ta jednak zdjęła płaszczyk wraz z butami i położyła się obok Viry.
– Masz rację. Nie znam się na konstelacjach, ale to naprawdę najpiękniejsze gwiazdy, jakie w życiu widziałam – westchnęła z rozmarzeniem, krzyżując nogi w kostkach i podkładając ręce pod głową. – Spadająca gwiazda! Pomyśl życzenie, słonko!
Miała ochotę wyśmiać dziewczynę, ale przecież sama to zaczęła. Sufit wciąż był tylko pustym sufitem, ale mogła skorzystać z wyobraźni.
– Pomyślałam, pomyślałam. Mam nadzieję, że ty także. Może załapiemy się na deszcz meteorów. – Zacisnęła zęby, gdy ból w nodze znowu się odezwał.
– Byłoby cudownie, ale chyba nie mamy aż tak wielkiego szczęścia. Wiesz, co sobie zamarzyłam? Chciałabym zaznać prawdziwej miłości. – Parsknęła śmiechem, sama siebie wyśmiewając. – Dlatego marzenia na zawsze pozostaną tylko marzeniami.
To zastanowiło Virę. Stella była tak piękną dziewczyną, a w dodatku zabawną i inteligentną. Wciąż chodziła na randki, mogła mieć każdego faceta i marzyła o prawdziwej miłości? Co stało na przeszkodzie, by ją zdobyć? Elvire nie byłaby sobą, gdyby o to zapytała. W ostateczności nie lubiła mieszać się w sprawy innych ludzi, a nie przyjaźniły się, więc nie miała prawa być wścibska.
– Jeśli mówisz na głos swoje marzenie, to jasne, że się ono nie spełni. Nie znasz podstawowych zasad? Dlatego ja nie powiem ci, co sobie zamarzyłam. – Zwłaszcza, że tak naprawdę o niczym nie pomyślała.
– Nie musisz mówić. Kiedyś i tak się dowiem. – W głosie Stelli była niebywała pewność siebie, ale ona nawet o największej bzdurze potrafiła mówić jak o świętej prawdzie.
Przez chwilę panowała kompletna cisza. Vira dopiero teraz zauważyła, że brakuje typowych dźwięków towarzyszących miejskiemu życiu; nie słyszała ani żadnego samochodu, ani śmiechu i krzyków pijanych ludzi, ani klubów, barów. Ta noc była naprawdę przyjemna i tak różna od innych, które spędziła wcześniej w Paryżu.
– Randka się nie udała? – spytała domyślnie, wciąż wpatrując się w sufit.
Dziewczyna obok Elvire westchnęła.
– Umówiłam się z trzema chłopakami, bo myślałam, że coś zabawnego z tego wyniknie. Ale gdy się z nimi spotkałam, okazało się, że są kumplami i tak naprawdę mogą się mną podzielić. Wyobrażasz sobie?! Tak jakbym była przedmiotem! Pogoniłam ich oczywiście, a później poszłam do mieszkania Noëla, by utopić swoje smutki w butelce dobrego wina… Miratte to naprawdę jedyny mężczyzna, który mnie rozumie i z którym mogę się przyjaźnić…
Virze coś strzyknęło w szyi, gdy gwałtownie odwróciła głowę, by spojrzeć na Stellę.
– Był w swoim mieszkaniu? Przez cały czas? Z tobą? – spytała, wyrzucając pospiesznie słowa.
– Dokładnie tak. Chwilę musiałam na niego poczekać, bo wracał od ciebie, ale tak to spędziliśmy razem ten wieczór. Dlaczego pytasz? – Obróciła się na bok, podpierając ręką głowę, by móc obserwować dziewczynę.
Trafiła na wielką niezgodność. Ktoś tutaj kłamał i bardziej obstawiałaby Noëla. Ale dlaczego miałby to robić? Powiedział, że idzie na randkę z narzeczoną, a później poszedł do swojego mieszkania, gdzie dorwała go Stella. Chciał po prostu spławić Virę? Gdyby naprawdę zależało mu na wiarygodności, poleciłby swojej przyjaciółce, by o niczym jej nie mówiła. Może pragnął, by Elvire się dowiedziała, żeby ją zranić i upokorzyć? Ale to nie miało żadnego sensu! Przecież dopiero dzisiaj się poznali, więc skąd to perfidne zagranie? Była jeszcze opcja, że z jakiegoś powodu narzeczona odwołała spotkanie, ale w tych czasach nie mogła wysłać smsa, ani tak szybko zadzwonić do niego.
– Wychodząc ode mnie, powiedział, że umówił się z narzeczoną – słowa wyrwały się z ust dziewczyny, chociaż nie chciała poruszać tego tematu. To przecież nie jej sprawa. Noël mógł robić i mówić, co mu się podobało.
– Pierwsze słyszę. Mówię prawdę, kochana.
Vira wiedziała, że Stella nie kłamała; wyczytała to z niebieskich oczu panny Valery. A to oznaczało, że Noël to naprawdę paskudna osoba.
Kolejnym pytaniem, które pragnęła zadać, to czy on w ogóle posiadał tą narzeczoną, a jeśli tak, to jaka ona była. Ale nie mogła się o to spytać. To by za bardzo ją odsłoniło – pokazało, że się interesowała. Zresztą nie chciała tego słyszeć. Znała siebie i wiedziała, że nawet niewielka ilość informacji o tej dziewczynie sprawiłaby, że Elvire wciąż porównywałaby się do niej. Nie potrzebowała tego.
– Idziemy spać? – Stella wstała, na szczęście nie kontynuując tematu. – Zabieram cię do mojego pokoju. Mam dwuosobowe łóżko. Ale nie obiecuję, że w nocy  ciebie nie pokopię.
Było to o wiele trudniejsze niż z Noëlem, który posiadał na tyle sił, by móc nieść Virę. Stella pomogła podnieść się dziewczynie, a później przytrzymywała ją, gdy małymi kroczkami kierowały się do sypialni. Elvire strasznie cierpiała, ale nie chciała tego po sobie pokazać, więc tylko zagryzała wewnętrzne strony policzków, by skupić się na innym bólu i nie stracić przytomności.
Sypialnia panny Valery wyglądała inaczej, niż sobie wyobrażała. Panował w niej straszny bałagan, wszędzie walały się ubrania, ale było zaskakująco mało ozdób czy jakichś przedmiotów osobistych, które nadałyby charakteru pomieszczeniu. Oprócz wspomnianego już wielkiego łóżka, w pokoju znajdowały się szafa, toaletka obładowana kosmetykami, krzesło i dwie szafki nocne – większość mebli, tak jak i podłoga, ginęły pod tonami sukienek, spódnic, koszul, staników…
Gdy Vira w końcu ułożyła się na łóżku, Stella zaczęła się rozbierać, nawijać włosy na wałki i zmywać makijaż.
– Nie będę przepraszała za bałagan, bo naprawdę bywało gorzej. Dopiero niedawno się wprowadziłam, więc ten pokój jeszcze nie jest w najgorszym stanie.
Elvire nic nie odpowiedziała; nie miała już zupełnie sił. W głowie dziewczyny wciąż tkwił Noël, choć za wszelką cenę starała się go z niej wyrzucić. Ani trochę nie słuchała trajkotania Stelli.
To nie ma sensu. Dlaczego mnie okłamał?
~~*~~*~~*~~
Notes Colette zmotywował go do działania. Urbi nigdy nie był za dobry z literatury; nie rozumiał większości wierszy, które się tam znajdowały, ale dowiedział się jednej bardzo ważnej rzeczy… był dla niej ważny, może nawet ważniejszy niż sama przed sobą chciała przyznać. Czuł się tak szczęśliwy, że gdyby dziewczyny teraz wróciły, to chyba padłby od nadmiaru tych wszystkich emocji. Problem nie zniknął, ale Urbinus postanowił, że nie będzie bezczynnie czekał, aż ktoś inny podejmie jakieś działanie. Musiał coś zrobić, inaczej by zwariował.
Postanowił, że nie wplącze w to Zacha. Sprawa za bardzo śmierdziała – tak naprawdę to mogło być wszystko, począwszy od zwykłej ucieczki, skończywszy na porwaniu, mafii, morderstwie… Urbi przy całej swojej beztroskości i naiwności nie był na tyle głupi, by mieszać w to dziewięciolatka.
Postarał się o wyjściówkę na weekend i w sobotę rano ruszył do Paryża. Pod koniec tygodnia uczniowie mogli wracać do domów, jechać na zakupy do miasta i tak dalej. Tak naprawdę nie miał żadnego konkretnego planu. Tylko numer telefonu oraz adres zdobyty od profesora Grenouille oraz informacje przekazane od rodziców Colette. Ale od czegoś musiał zacząć.
Jadąc autobusem, spróbował dodzwonić się do pierwszej osoby, z którą planował się spotkać. Nie żeby ona o tym wiedziała lub chociażby znała Urbiego… Ale to nie miało znaczenia. Liczyło się tylko to, by odnaleźć dziewczyny.
Wysiadł na Porte Maillot. Z przystanku autobusowego udał się na główną ulicę, gdzie panował spory ruch samochodów oraz pieszych. W oddali widać było kawałek Łuku Triumfalnego. Urbi szybko odnalazł swój cel – wejście do metra. Zbiegł po schodkach i już znalazł się pod ziemią, czując nieprzyjemny zapach moczu. Wrzucił euro do kapelusza mężczyzny grającego na skrzypcach i przeszedł przez bramki. Podróż była dość typowa – spokojne kołysanie wagonu, tabuny ludzi, głośne rozmowy.
Wysiadł na stacji Charonne; na ulicy o tej samej nazwie znajdował się jego cel. Wiedział, że to dość nienormalne wyczekiwać pod drzwiami nieznanej osoby, ale co innego miał zrobić? Próbował się do niego dodzwonić i wciąż był przekierowywany na pocztę głosową. Jego podróż do Paryża nie mogła pójść na marne.
Uśmiechając się do jakiejś młodej kobiety, udało mu się dostać do klatki budynku, w którym znajdowało się mieszkanie, do którego Urbi zmierzał; pani ta przytrzymała mu drzwi, nie zadając zbędnych pytań.
I tak tkwił od godziny, stojąc na wycieraczce z napisem Welcome. Wziął ze sobą plecach, do którego zapakował rzeczy na zmianę, portfel oraz butelkę wody, z której ubyła już połowa. Miał ze sobą także notes Colette, którego jeszcze do końca nie udało mu się przejrzeć ani zrozumieć. Oprócz wielu wierszy były tam strony zapisane szyfrem; Urbi nie znał się na tym, ale wiedział, że to nie żaden język obcy. Tylko dlaczego Colette posługiwała się szyfrem? Co chciała ukryć? I przed kim?
W momencie kiedy znowu chciał wyjąć notes, na klatce schodowej rozległ się dźwięk kroków i po chwili przed Urbim stanął człowiek, na którego czekał.
– Niczego nie chcę kupić, religia też za bardzo mnie nie obchodzi, nie interesują mnie mężczyźni, a jeśli to ty jesteś tym stalkerem, który wydzwania do mnie od kilku godzin, to masz minutę na wyniesienie się, zanim zadzwonię po policję.
Urbinus Aleksander VI de Nómina zrobił to, co najlepiej potrafił. Uśmiechnął się, mając nadzieję, że przez brata Viry nie wyląduje za kratkami…
~~*~~*~~*~~
Następny dzień pracy skończył się w podobny sposób – znowu potłukła sporo naczyń, Lou co chwila na nią krzyczała – ale Colette czuła się o wiele lepiej. Tym razem Stella miała wolne, więc została z Virą w mieszkaniu, a zamiast niej pracowała Dora. Isadora dotrzymała słowa i zrobiła poprawki w stroju, który teraz miał odpowiednią długość i był bardziej dopasowany.
Colette opowiedziała swojej babci o tym, kogo spotkała poprzedniego dnia. Wciąż nie mogła uwierzyć, że rozmawiała z prawdziwym Immor. Dużo o nich słyszała, uczyła się na zajęciach, które przeprowadzał z nią jeden z podróżników w czasie, ale nie sądziła, że kiedykolwiek go zobaczy.
Nazywał się Aeter i przybył, by poinformować ją, że była w niebezpieczeństwie. Tego Colette zdążyła się już domyślić. Nie mógł jej powiedzieć więcej, ale obiecał, że następnego dnia znowu się z nią spotka w bardziej bezpiecznym miejscu. Dlatego od razu po pracy pożegnała się z Thérese, wymuszając na niej obietnicę, że o niczym nie powie dziewczynom i pobiegła do Ogrodu Luksemburskiego – a raczej powoli poszła, bo czego jak czego, ale biegania strasznie nienawidziła.
Pomimo tego, że zaczął się już październik, pogoda wciąż była przyjemna i nie potrzebowała wierzchniego okrycia. Jej ulubiona zielona marynarka w zupełności wystarczała.
Czekał na nią w głębi parku na samotnej, pomalowanej na zielono ławeczce znajdującej się niedaleko fontanny Delacroix. Na czarnym garniturze widniało kilka kropel wody przyniesionych przez wiatr, a białe włosy tym razem ukrył pod eleganckim kapeluszem. Colette czuła się dziwnie zdenerwowana, zbliżając się do mężczyzny.
– Panno Lacroix, miło mi – przywitał ją, uśmiechając się przyjaźnie, gdy zajęła miejsce obok niego.
Po parku kręciło się sporo osób, zwłaszcza par, jednak ich ławka znajdowała się na tyle daleko od głównej alejki, że nie musieli się obawiać, że ktoś ich podsłucha.
– Dzień dobry – odpowiedziała, poprawiając spódnicę. Przez kilka sekund milczeli, jednak Colette nie mogła długo się powstrzymywać przed zadaniem pierwszego pytania. ­– Czy teraz możemy bezpiecznie porozmawiać?
– Oczywiście. Ale musisz mi przyrzec, że nikomu o tym nie powiesz. Ani Thérese Solo, ani Elvire Grenouille, ani Stelli Valery, ani Noëlowi Miratte. Żadnej osobie.
To powinno wzbudzić podejrzenia w Colette, jednak… naprawdę chciała wiedzieć, co się działo. Potrzebowała tych odpowiedzi. Dlatego przyrzekła, że nikomu nic nie powie.
– Mroczny Cień poszukuje ciebie. Wyznaczył sporą nagrodę. Mają mu ciebie dostarczyć żywą. Z tego co wiem, to sam jeszcze nie ingerował w tę sprawę, ale znalazło się sporo osób, które są zainteresowane nagrodą.
Nie wiedziała co powiedzieć. To by się zgadzało – te wszystkie dziwne ataki w przeszłości, przypadkowi ludzie, którzy ją śledzili… Nawet ten atak ogara czasu. Mówił o największym wrogu podróżników w czasie. Ale dlaczego zainteresował się akurat Colette?
– To co mam robić? – spytała słabo, czując się tak, jakby za chwilę miała stracić przytomność.
– Przetrwać ten miesiąc i wrócić do swojej teraźniejszości. Tam na razie nie powinno ci nic grozić. Chociaż przez to, że odkryłaś swoją cechę, będzie coraz gorzej… Nigdzie nie chodzić sama. Uważaj także na Elvire; nie powinna się tutaj w ogóle znaleźć. Jest – zamyślił się, szukając odpowiedniego określenia – jak kamień u szyi, ciągnący cię na samo dno.
Pannę Lacroix ani trochę nie zdziwiły te słowa. Sama zdawała sobie sprawę z faktu, że Vira to uosobienie kłopotów. Jeśli nawet nieśmiertelna istota tak uważała, postanowiła potraktować to jako niezbity dowód.
– A później spotkaj się ze mną, kiedy będziesz czuła, że możesz już wrócić do swoich czasów. – Dał jej wizytówkę, na której widniał tylko numer telefonu. Colette przyjęła ją i schowała do kieszeni marynarki. – Wszystko zrozumiałaś?
Chciała zadać więcej pytań, ale czuła się dziwnie oszołomiona i przestraszona. Bała się Mrocznego Cienia, zapewne jak każdy z podróżników w czasie. Poradzi sobie sama? Teraz, kiedy nie może o tym nikomu powiedzieć?
– Dziękuję, że mi to przekazałeś. – Uśmiechnęła się do niego słabo, mając nadzieję, że do ich następnego spotkania nic złego się nie wydarzy.
Aeter odpowiedział na jej uśmiech, wstał z ławki i lekko się ukłonił, dłonią dotykając ronda kapelusza.
– Cała przyjemność po mojej stronie. Uważaj na siebie, podróżniczko w czasie.
Odszedł, pozostawiając dziewczynę z mętlikiem w głowie. W drodze powrotnej wciąż się rozglądała; wiedziała, że nie powinna popadać w paranoję, ale każdy z mijanych ludzi mógł być wrogiem. Myślała, że wyzionie ducha, kiedy ktoś stanął na jej drodze.
– Colette? Wszystko w porządku? Jesteś strasznie blada.
Złapała się za pierś, mając wrażenie, że serce zaraz odmówi posłuszeństwa, zatrzymując się na zawsze. Spojrzała na chłopaka przed nią, z trudem przypominając sobie, kim był.
– Noël Miratte? – spytała niepewnie, na co on kiwnął głową. Znajdowała się już niedaleko mieszkania, więc może on także tam zmierzał? – Wybierasz się do nas?
– Nie tym razem – powiedział i westchnął jakby ze zrezygnowaniem. – Po wczorajszym dniu jestem pewien, że Vira ma mnie dość.
Dziewczyna nie wiedziała za bardzo co odpowiedzieć. Okazać współczucie, że nie potrafił dogadać się z Elvire? Nie on pierwszy i na pewno nie ostatni. Sama miała z tym wielki problem. Zaprosić go do nich, zbywając jego obawy? W końcu pomógł im, przeganiając wtedy tych facetów. W ostateczności zastanawiała się zbyt długo – Noël stwierdził, że nie otrzyma odpowiedzi.
– Wybacz. Nie zamierzałem narzekać. – Uśmiechnął się ujmująco, a Colette, chcąc, nie chcąc, musiała przyznać, że był przystojny. – Na pewno wszystko w porządku? Wydajesz się wstrząśnięta.
Naprawdę wyglądała aż tak strasznie, by sprawić, że obcy chłopak się o nią martwił? Mogła tylko przytaknąć i odpowiedzieć z namysłem:
– Zamyśliłam się, a ty mnie wystraszyłeś. Wszystko w porządku. Już się uspokoiłam. – Także uśmiechnęła się, mając nadzieję, że jej uwierzył. – Będę się już zbierała.
– Jasne. Mam nadzieję, że wkrótce ponownie się spotkamy. Uważaj na siebie!
Odszedł, a ona pomachała mu na pożegnanie. Był drugą osobą, która w przeciągu godziny powiedziała do niej te same słowa. Colette będzie na siebie uważała, ale… czy to coś da?
~~*~~*~~*~~
Dzięki swoim doskonałym umiejętnościom interpersonalnym już po dziesięciu minutach siedział w salonie na kanapie z gorącym kubkiem kawy w dłoniach i kotem łaszącym się do jego nóg. Jean-Louise Grenouille wydawał się być bardzo niezadowolony, jednak nie wezwał policji. Patrzył spode łba na swojego gościa, pijąc herbatę z niepokojącego kubka, na którym widniała Elsa z Krainy Lodu. Zajął miejsce na jednym z dwóch foteli stojących naprzeciwko kanapy.
– Tak jak już mówiłem, jestem przyjacielem Viry. Chciałem porozmawiać z tobą o niej – zaczął, głaszcząc szarą sierść kota.
– A ja zapomniałem ci powiedzieć, że moja siostra nic mnie nie obchodzi. W sumie to dobrze, że zniknęła. Dostała to, na co zasłużyła.
Urbi oniemiał. Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał, w słowa wypowiedziane z zimnym wyrachowaniem i obojętnością. Po raz pierwszy miał tak wielką ochotę kogoś uderzyć. Zacisnął dłonie w pięści i wziął głęboki wdech, próbując się uspokoić.
– Jak możesz mówić coś takiego? Jesteś jej bratem! Nie powiesz mi, że naprawdę nic o niej nie wiesz. – Słowa z trudem wychodziły z jego ust. Chciał tyle powiedzieć, wykrzyczeć, ale… nie był w stanie odpowiednio tego wyrazić.
– Wiem bardzo dużo. Elvire Grenouille, urodzona dwudziestego sierpnia 1999 roku. Ma dwa pieprzyki na prawym policzku. Uczulona na kocią sierść, boi się gradu, zawsze kąpie się w zimnej wodzie. Żarłok. Ulubiony kolor: fiolet. Ulubiona potrawa: śniadanie angielskie. Ulubiony gatunek filmu: horror. Pasja: fotografia. Obsesja: oczy.  – Przy każdej informacji zginał palce, na końcu zastanawiając się, czy czegoś nie pominął. Spojrzał znowu na Urbiego. – Wymieniać dalej? Uwierz mi, że doskonale poznałem osobę, którą znam od szesnastu lat.
– W takim razie-
– Ale to nie zmienia faktu, że jej nienawidzę – przerwał młodszemu chłopakowi; odłożył kubek na stolik i wyciągnął dłoń do swojego kota. – Chodź do pana, Pantalejmonie.
Kot od razu do niego podszedł, a Louise – który nie przepadał za swoim pełnym imieniem, o czym na samym wstępie poinformował Urbinusa – wziął zwierzę na kolana, zanurzając palce w jego gęstej sierści.
– Profesor Patrick mówił, że zmartwiło ciebie zniknięcie Viry i że bardzo chciałbyś pomóc. Dlatego w sumie tutaj przyszedłem – powiedział cicho Urbi, czując się strasznie zrezygnowany.
Było mu także przykro. Sam nie miał rodzeństwa – zawsze zazdrościł Colette tego, że posiadała dwie siostry – więc deklaracja Louise’a bardzo go wstrząsnęła. Przecież byli rodzeństwem! Powinni siebie wspierać, prawda?
– A co miałem niby powiedzieć? Pokazać moje zadowolenie? Triumfować? – Wzruszył ramionami, nie okazując najmniejszych wyrzutów sumienia. – Skłamałem. Wolę mieć dobre relacje z wujaszkiem. Nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydać.
Nie był podobny do Viry, definitywnie nie. Urbi od początku próbował doszukać się jakichś podobieństw między rodzeństwem – różnił ich wygląd, jedynie oczy mieli podobnej barwy. Byli swoimi przeciwieństwami – Vira ciemna jak kruk, on jasny jak lód. Obydwoje raczej nie okazywali swoich uczyć, mieli maski na twarzach. Ale Elvire nie posiadała cech wyrachowanego, zimnego dupka, który bez najmniejszych skrupułów mówił, iż cieszy się, że jego siostra zaginęła.
Urbinus gwałtownie wstał, odstawiając z brzdękiem kubek na drewniany stolik stojący między kanapą a fotelami. Dwudziestojednolatek przeniósł znudzony wzrok ze swojego kota na gościa i uniósł jedną brew.
– Dziękuję za kawę. Będę się zbierał. – Urbinusa wiele kosztowały te słowa, kulturalny ton. Jednak nie chciał tracić nad sobą panowania. Ten człowiek nie był godny jego uwagi. – Nie podasz mi powodu, dla którego tak jej nienawidzisz, prawda?
Kiwnął głową, a jasne włosy opadły mu na oczy. Nic nie odpowiedział. Dopiero kiedy Urbi był już przy drzwiach wyjściowych, Jean-Louise jednak postanowił go pożegnać, podążając za nim do korytarzyka.
– Jestem zdziwiony, że zaprzyjaźniła się z kimś innym oprócz tej chudej Japonki  z Anglii. Uwierz mi, nie skończy się to dla ciebie za dobrze. Na twoim miejscu nie ufałbym jej – powiedział, przytulając do piersi kota, który głośno mruczał.
Urbi nie musiał się nawet tak bardzo zmuszać do uśmiechy, na którego widok Louise zmarszczył brwi, zdezorientowany.
– Sam o tym zdecyduję. Mam nadzieję, że się więcej nie spotkamy.
Wyszedł z mieszkania, nie oglądając się już na tego człowieka. Przynajmniej dzięki niemu dowiedział się czegoś o Virze, której naprawdę współczuł takiego brata…
Kolejnym miejscem, które planował odwiedzić, to Biblioteka Narodowa. Tym razem złapał taksówkę, nie mając już ochoty na podróż metrem.
– Avenue de France – podał nazwę ulicy, oparł głowę o zagłówek i przymknął powieki.
Wciąż nie mógł uwierzyć, że brat Viry okazał się takim dupkiem. Ale było w nim coś dziwnego, niepasującego do charakterów ludzi, których znał Urbi. Co ciekawe przypominał właśnie taką Elsę z Krainy Lodu. Zastanawiało go, czy tak naprawdę rozmawiał tylko z maską, z pozorem człowieka?
Biblioteka z zewnątrz robiła spore wrażenie. Obszar był ogromny – w kształcie prostokąta, na którego brzegach stały cztery wieże przypominające krawędzie obrazu. W środkowej części placu znajdowało się wgłębienie, ukazujące znajdujący się poniżej park. Pomiędzy wszystkimi budynkami leżały schody, prowadzące na niższe piętra. Wszędzie stały też ławeczki, na których przesiadywało sporo osób.
Chłopak planował rozszyfrować notatnik Colette. Wiedział, że nie będzie to proste – kompletnie nie znał się na takich rzeczach – więc postanowił zaopatrzyć się w odpowiednie lektury. W akademii Mirandel znajdowała się spora biblioteka – ulubione miejsce Colette – jednak nie znalazł w niej żadnej przydatnej książki.
Kilka godzin zajęło mu chodzenie i szukanie odpowiednich pozycji. W międzyczasie zjadł obiad w jednej z kawiarni i zdobył duży kubek latte. W kulturalny sposób spławił także dwie studentki, które próbowały go uwieść; miał poważniejsze sprawy na głowie. W końcu wyszedł z biblioteki z pięcioma obiecującymi książkami. Wtedy też zadzwonił do osoby, u której planował przenocować, a która niekoniecznie jeszcze o tym wiedziała…
Rebecca Lacroix pospiesznie otworzyła mu drzwi, wyglądając niesamowicie w eleganckiej czarnej sukni, białych szpilkach, z upiętymi blond włosami i krwistoczerwonymi ustami. Starsza siostra Colette była dla niego jak własna siostra; znał ją od tylu lat, że nie miał oporów, by do niej zadzwonić i poprosić o nocleg. Mógł zawsze spać w hotelu, ale wiedział, że ojciec kontroluje jego wydatki i nie chciał później się tłumaczyć.
– Cześć, Bleu* – cmoknęła go w policzek. Nazywała go tak, od kiedy niefortunnie pofarbował sobie włosy na niebiesko w wieku czternastu lat… – Wychodzę z Lucienem do teatru. Będę późno, ale czuj się jak u siebie w domu. W lodówce jest potrawka z ciecierzycy i kurczaka, jeśli jesteś głodny. Pościeliłam ci w pokoju gościnnym. Nie musisz na mnie czekać, mam klucze.
– Miłej zabawy – życzył jej, zamykając za nią drzwi.
Mieszkanie Rebecci znajdowało się w starej kamienicy; urządzone nowocześnie i kobieco w odcieniach bieli. To nie była jego pierwsza wizyta ani noc w nim – z Colette często zatrzymywali się u starszej Lacroix, gdy mieli ochotę spędzić weekend w mieście. Cieszył się, że mógł zostać sam. Od razu wyciągnął notatnik, postanawiając, że złamie szyfr i w końcu pozna tajemnice swojej ukochanej… Jeszcze nie wiedział, że jego starania i tak pójdą na marne.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
* bleu – z fr. niebieski
Następny rozdział pojawi się jakoś w połowie grudnia.

Pozdrawiam Was, Podróżnicy w Czasie! J

poniedziałek, 13 listopada 2017

Czas: 8


Przy śniadaniu oraz po wyjściu z mieszkania, w którym zostawiły wciąż śpiącą Virę, Stella wraz z Thérese opowiedziała o kawiarni i osobach, z którymi Colette będzie musiała się zmierzyć.
Według nich w pracy panowała przyjemna atmosfera. Kawiarnia mieściła się w dwupiętrowej kamienicy, która znajdowała się na rogu dwóch ulic. Parter wraz z pierwszym piętrem był dostępny dla klientów – w dzień podawano kawę, za to pod wieczór otwierano kuchnię i zmieniano lokal w restaurację. Na drugim piętrze mieszkał właściciel, który wynajmował pokoje kilku pracownikom.
Alfred Rolland – wdowiec, ze sporą fortuną, weteran wojenny; jedyne, czym obecnie zajmował się w życiu, to prowadzenie swojej ukochanej kawiarni, którą otworzył wiele lat przed wojną wraz z żoną. Mężczyźnie coraz dalej było od pięćdziesiątki, a bliżej do sześćdziesiątki. Całkowicie siwy – jego włosy miały barwę skrzydeł czapli – szczupły, zawsze dobrotliwie uśmiechnięty, z przyjazną siecią zmarszczek na twarzy. Co ciekawe – od czasów wojny nie wypowiedział ani jednego słowa. Mógł mówić, ale tego nie robił. Ludzie domyślali się, że miało to związek ze śmiercią jego żony, jednak nikt nie zadawał pytań, na które i tak nie otrzymałby odpowiedzi. Właściciel kawiarni porozumiewał się uśmiechami, które zawsze gościły na jego twarzy, skinieniami głową, gestami.
Zatrudniał każdego, kto aktualnie potrzebował pracy i bardzo rzadko zwalniał. Ludzie przychodzili i odchodzili, ale przy jego boku zawsze znajdowały się trzy osoby.
Isadora, po prostu Dora, każdemu opowiadała, jak to została przygarnięta przez pana Rollanda tuż po wojnie, gdy jako ciężarna młoda dziewczyna nie wiedziała co ze sobą począć. Dostała pracę, pomoc i już od sześciu lat trwała przy boku spokojnego mężczyzny. Urodziła słodką dziewczynkę, która obecnie jako pięciolatka wyglądała jak klon matki z jasnymi lokami i niebieskimi tęczówkami. Na imię miała Sophie, ale i tak wszyscy wołali na nią Papillon (motylek) przez jej słodkie usposobienie.
Przeciwieństwem miłej i kochanej, wręcz matczynej Dory była Lou. Dziewczyna praktycznie w ogóle nie opuszczała kawiarni – jako kierowniczka zawsze miała ręce pełne roboty. Co ciekawe – sama nadała sobie ten tytuł. Szorstka w obyciu, uszczypliwa, mimo swojego młodego wieku – mogła być z dwa, trzy lata starsza od Stelli i Thérese – upominała wszystkich pracowników i dbała o zachowanie jakiejkolwiek dyscypliny, na której właścicielowi ani trochę nie zależało. Twardym tonem głosu i przytykami próbowała zamaskować swoją młodość jak i fakt, że była tylko drobną, rudowłosą dziewczyną. Zajmowała się sprawami księgowymi i odpowiadała na pytania, na które pan Rolland nie znajdował już uśmiechów i gestów.
Ostatnim ze stałych pracowników był pan Filion, który pracował w kuchni, do której nikomu nie pozwalał się  zbliżyć. Miał bardzo wysokie mniemanie o sobie i swoich potrawach. Potrafił mówić o nich – daniach i swojej osobie – godzinami z równym zachwytem i zainteresowaniem. Był mężczyzną po trzydziestce, z zadbanym czarnym wąsikiem, ulizanymi włosami i mizerną sylwetką. Posiadał zabawną wadę wymowy, z której nie zdawał sobie sprawy, a którą większość pracowników potrafiło idealnie sparodiować.
Oprócz nich w pracy pojawiali się dwóch kelnerów i trzy kelnerki – w tym Stella i Thérese – do których miały dołączyć Vira, gdy z jej nogą będzie lepiej, oraz Colette, która gwałtownie została wciągnięta w ten świat.
Lacroix wciąż czuła zmęczenie i wiedziała, że kompletnie nie nadawała się do tej pracy; w sumie do jakiejkolwiek pracy. Była na to zbyt nieogarnięta, za często odlatywała myślami, co nigdy nie kończyło się dobrze i nie lubiła wysiłku. Ale nie miała zbyt wielkiego wyboru. Musiała zarobić na ich utrzymanie; babcia pochodziła z bogatej rodziny, jednak teraz – z tego co Colette pamiętała – nie układało jej się najlepiej z rodzicami, więc także musiała pracować.
Stella gwałtowanie się zatrzymała; dziewczyna odrobinę nieprzytomnie na nią wpadła i dopiero wtedy zauważyła, że znajdowały się już pod kawiarnią, co nie powinno ją tak bardzo dziwić, biorąc pod uwagę niewielką odległość jaką miały do pokonania.
– Słonko, pora się obudzić – powiedziała Stella, kładąc dłoń na ramieniu Colette. Dziewczyna wzdrygnęła się, skupiając na niej wzrok. – Oczywiście pomożemy ci dzisiaj, wszystko wytłumaczymy, ale będziesz musiała wykrzesać z siebie odrobinę energii. – Uśmiechnęła się, co w niewiarygodny sposób  podkreśliło idealną urodę tej żywej lalki Barbie.
– Z tym może być problem – rzekła Thérese, zanim Colette miała szansę cokolwiek odpowiedzieć. – Ona zawsze jest taka powolna. Mam nawet wrażenie, że i tak bardzo mocno się stara być bardziej żywiołowa niż zwykle.
– Aha. To faktycznie problematyczne. – Stella zamyśliła się, lustrując młodszą dziewczynę spojrzeniem. – Dobrze przynajmniej, że masz ładną buźkę.
Colette zmarszczyła gniewnie brwi i otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale znowu jej przerwano.
– A co z Virą? Poradzi sobie sama? – Thérese z natury troszczyła się o każdego, więc nikogo nie zdziwiło to pytanie.
– O nią nie musicie się martwić. Załatwiłam jej opiekę na cały dzień. – Stella wydawała się być bardzo z siebie zadowolona.
Panna Solo wymieniła się porozumiewawczym spojrzeniem ze swoją wnuczką. Tak naprawdę nie powinny w to wplątywać osób trzecich. Im większe zainteresowanie budził podróżnik w czasie, tym trudniej było mu zniknąć, pozostawiając innych bez wyjaśnień. Jednak nie mogły powiedzieć tego Stelli, która wydawała się bardziej inteligentna niż wskazywałby na to jej wygląd (jeśli ktoś wierzyłby, że piękne blondynki nie mogą być także mądre) i beztroskie zachowanie.
– Już go znacie. Noël jest mi winien kilka przysług, więc nie miał wyboru i zgodził się wpaść do naszego małego biedactwa. – Przejrzała się w szybie, poprawiając włosy i cmokając ustami, z zadowoleniem patrząc na swoją różową szminkę. Po chwili znów się do nich odwróciła. – Chodźmy już, śliczne. Nie chcemy narazić się na gniew tego nudnego krasnoludka… – mówiła, wchodząc do kawiarni. Na widok rudowłosej, bardzo wściekłej dziewczyny ani trochę się nie zmieszała. Rzuciła swoim towarzyszkom spojrzenie pod tytułem A nie mówiłam? i puściła im oczko. – Witaj, Lou! Wyglądasz dzisiaj wprost rozkosznie! Te czerwone policzki zupełnie upodabniają cię do takiego słodkiego pomidorka. Chociaż wątpię, byś złapała na to jakiegokolwiek mężczyznę…
– Zamknij się, Valery – warknęła, zaplatając ramiona na piersi. – Mamy opóźnienie, bo Marie nie przyszła jeszcze do pracy, a wy sobie urządzacie pogaduchy przed kawiarnią?! Nie dość, że pan Rolland załatwił wam mieszkanie w pobliżu, to wy na dodatek się spóźniacie! To naprawdę szczyt wszystkiego!
– Oj, weź przestań, Lou. Przecież nie stała się żadna tragedia. To tylko kilka minut. Kto by się tym przejmował? – Stella nie powinna tego mówić. Lou wyglądała tak, jakby miała ochotę ją udusić.
Thérese zaczęła przepraszać, ale sytuację dopiero uspokoiło pojawienie się siwowłosego mężczyzny. Lekko utykał, ale śpieszył się, by położyć dłoń na ramieniu Lou i kojąco uśmiechnąć się do niej. Dziewczyna momentalnie rozluźniła się, jednak wciąż wyglądała na niezadowoloną.
– Panie Rollandzie, nie! Nie zgadzam się! Nie może być pan taki pobłażliwy. Oni zawsze robią to, na co mają ochotę. Kiedyś doprowadzą tę kawiarnię do ruiny – mówiła rozgorączkowana, wymachując rękami. Ale pod delikatnym naciskiem dłoni właściciela odwróciła się i w końcu, mamrocząc pod nosem, udała się na piętro.
Dopiero wtedy mężczyzna odwrócił się do nich, uśmiechnął się przepraszająco, a potem wskazał na Colette, jakby się pytając czy to ona.
– Tak, panie Rollandzie. To jedna z dziewczyn, o których wczoraj mówiłam. – Thérese położyła dłoń na plecach wnuczki i lekko pchnęła ją do przodu. – Druga miała mały wypadek, dlatego nie będzie mogła na razie pracować. Nie, to nic poważnego. Nie musi się pan martwić – odpowiedziała na zatroskane spojrzenie mężczyzny.
– Nazywam się Colette Lacroix – przedstawiła się, gdy mocno uścisnął jej dłoń. – Miło pana poznać.
Właściciel pokazał na Thérese, a później wskazał na miejsce za kontuarem, gdzie leżały różnego rodzaju pojemniki z kawami, herbatami, a także imbryki, dzbanki, wiele filiżanek i szklanek jak w klasycznej kawiarni. Panna Solo skinęła głową na znak, że rozumie. Po chwili pan Rolland zniknął, pozostawiając je same.
– Dzisiaj ja zajmuję się parzeniem kawą, a wy dwie będziecie zbierały zamówienia ­– przekazała im Thérese i zaczęła ściągać krzesła ze stolików. – Pomóżcie mi. Naprawdę mamy niezłe opóźnienie.
Gdy przygotowały wszystko do otwarcia, udały się na zaplecze, by się przebrać. Czarno-biała skromna sukienka bardzo przypadła Colette do gustu, choć była na nią odrobinę za krótka i za luźna. Dora, która dała strój pannie Lacroix, obiecała, że po pracy to dla niej poprawi.
– Dawno nie mieliśmy tu takiej wysokiej dziewczyny – mówiła Isadora, podając jej odpowiednie buty – i takiej chudziutkiej, a w dodatku ślicznej. Stella będzie miała konkurencję, jeśli chodzi o kawalerów.
Dziewczyna poczuła się dziwnie skrępowana, słysząc te słowa. Jedynymi osobami, które ją komplementowały byli Thérese, członkowie rodziny i Urbi, ale nigdy do końca im nie wierzyła; chociaż, gdy chodziło o Urbiego, uważała, że to nawet miłe… Coraz bardziej tęskniła za swoim najlepszym przyjacielem – zresztą jak zwykle w przeszłości. Jednak lepiej było o tym teraz nie myśleć. On i tak zapomni o jej zniknięciu, gdy wrócą do teraźniejszości.
Wyszła z zaplecza, odwzajemniła zachęcający uśmiech Stelli, która obsługiwała już pierwszych klientów, wyglądając niesamowicie seksownie w sukience, w której każda inna pracownica prezentowała się raczej skromnie, i sama rozpoczęła nową pracę, starając się o niczym nie myśleć.
~~*~~*~~*~~
Nie przywykła do takiego bólu. Wiadomo, zdarzało jej się skaleczyć, czasem oparzyć lub uderzyć. Jako dziecko często zdzierała kolana, łokcie, a później dumnie nosiła na nich zabawne plasterki, udając, że wcale nie płakała, gdy to się stało. Kiedyś też złamała nadgarstek – podczas wyjazdu na narty z matką i bogatym facetem, z którym Estelle się wtedy spotykała – ale to było wiele lat temu; zdążyła dawno o tym zapomnieć. Ale nie dało się tego porównać do bólu, który odczuła po przebudzeniu. Ostre łupanie w głowie dało o sobie znać jako pierwsze.
Poruszyła się, gwałtownie się budząc. Od razu przed oczami dziewczyny pojawiły się mroczki. Jęknęła, choć ledwo to zarejestrowała. Wtedy też ktoś delikatnie podparł ją, by znalazła się w pozycji półleżącej i podał dwie sporych rozmiarów tabletki. Połknęła je i popiła wodą, którą ta sama osoba przystawiła jej do ust. Ból przyćmił zmysły, sprawiając, że niewiele rejestrowała. Po chwili znów leżała i nie minęło dużo czasu, gdy ponownie zasnęła.
Za drugim razem nie było już tak najgorzej. Ostrożnie otworzyła oczy, bojąc się poruszyć, w pamięci wciąż mając, jak bardzo cierpiała poprzednio. Z ulgą zarejestrowała, że ból nie należał już do tych makabrycznych, zabójczych, które nie dają człowiekowi żyć. Dopiero wtedy mogła ocenić swój stan.
Elvire ze zdziwieniem zarejestrowała, że zmieniła się w mumię. Większa część jej ciała – całe ręce, od dłoni po barki, nogi – pokrywały bandaże. Jedna z nóg leżała wygodnie na poduszce i wyraźnie była w najgorszym stanie. Dziewczyna miała na sobie dwuczęściową flanelową piżamę. Z trudem przypominała sobie, co się stało. Syknęła, gdy spróbowała poruszyć nogą.
– Niech mi pani uwierzy, że wygląda pani tak źle, jak się pani czuje.
Podskoczyła, słysząc obok siebie nieznany męski głos. Od razu też jęknęła, czując nową falę bólu, rozchodzącą się od rany na nodze po całym ciele. Skierowała spojrzenie na chłopaka, który wyglądał może na osiemnaście, dziewiętnaście lat. Kręcił właśnie głową i westchnął, patrząc na nią z naganą.
– Musi być pani bardziej ostrożna. Naprawdę mocno panią zraniono. Pies rozszarpał całą prawą łydkę. Doktor założył jedenaście szwów.
Do Viry z trudem dochodziły jego słowa – ze zrozumieniem ich było jeszcze gorzej. Pani? Jaka znowu pani? Leżała na kanapie w salonie, a nieznajomy siedział na zdobionym krześle obok. Dziewczyna mogła tylko myśleć o tym, że to naprawdę nie fair, wciąż wlepiając w niego spojrzenie. Dlaczego w jej czasach nie było takich chłopaków? Eleganckich, przystojnych, ciemnowłosych, z niesamowitymi oczami, których koloru nie potrafiła odgadnąć – zielone? brązowe? niebieskie? – i z tyloma pięknymi piegami zdobiącymi jego twarz, a może też i ciało… Piegi i cudowne oczy – dwie najbardziej uwielbiane przez nią cechy. Gdyby tylko miała aparat…
– Jeśli skończyła pani już napawać się moim wyglądem, to może byśmy się poznali – zaproponował, a na jego ustach pojawił się odrobinę za bardzo zarozumiały uśmiech.
Czar prysnął. Mogła się spodziewać, że chłopak z takim wyglądem będzie zwyczajnym dupkiem – nie różnił się jednak aż tak mocno od chłopaków z XXI wieku. Zależność była prosta: im bardziej przystojny, tym bardziej zarozumiały. Powinna o tym pamiętać.
Dlatego też poczuła się zirytowana. Nie znała kolesia – to chyba oczywiste, że była zdezorientowana i tylko dlatego mu się przyglądała.
– Po pierwsze… – Musiała odchrząknąć; ledwo poznała swój głos, tak bardzo miała zachrypnięte gardło. – … nie znam ciebie i nie mam pojęcia, co tutaj robisz i co robiłeś, gdy spałam. Po drugie skończ z tą panią, bo brzmi to okropnie. I już po trzecie… po prostu czekam na wyjaśnienia. – Odginała po kolei trzy palce i poczuła wielkie zrezygnowanie, gdyż nawet tak prosta czynność sprawiła jej ból.
Chłopak pochylił się, przyjmując wygodniejszą pozę na krześle. Wyglądał na bardzo pewnego siebie.
– Masz rację. Ciężko traktować ciebie jak damę, gdy leżysz przede mną w takim stanie. Cała w bandażach, piżamie, która wygląda na męską i z tym dziwnym czymś na twojej głowie, co chyba kiedyś było schludną fryzurą. – Vira miała ochotę go trzasnąć. Czuła się wystraczająco upokorzona, mógł się już zamknąć. – Jednak obiecałem Stelli, że się tobą zajmę.
No tak. Mogłam się tego domyślić. – pomyślała, dziwnie rozgoryczona. To oczywiste, że był tutaj tylko ze względu na pannę Valery. Tak piękna dziewczyna jak ona…
–Uprzedzając twoje pytanie: tylko się z nią przyjaźnię. – Wyszczerzył się, a ona znów poczuła rozdrażnienie.
Wzruszyła jednak ramionami, przybierając maskę obojętności i próbując ukryć grymas bólu, który wywołał ten ruch.
– Nie zapytałabym się. Jak już mówiłam, nie znam cię – odpowiedziała spokojnie.
Chłopak zmarszczył brwi, zbity z pantałyku. Próbował zamaskować to chrząknięciem.
– Noël Miratte – przedstawił się, podając jej dłoń. Popatrzyła na nią tylko obojętnym wzrokiem. Po chwili ją opuścił i nerwowym gestem przeczesał włosy. Westchnął, gdy wciąż milczała. – Więc to tak traktujesz swojego wybawiciela? Nie spodziewałem się tego po pani, panno Grenouille. Swoją drogą niezłe nazwisko. W tym momencie zdecydowanie przypominasz żabę*.
Znów wydawał się pewny siebie.
Był niezły. Zazwyczaj ludzie pękali, gdy poddawała ich technice: Mam ciebie głęboko gdzieś. Mówiłeś coś? Wybacz, ale nic mnie to nie obchodzi.
Zamyśliła się jednak, słysząc jego słowa. Niewiele pamiętała z poprzedniego wieczoru. Była z Colette na zakupach, potem zaatakował ich ten dziwny pies… Wspomnienia kończyły się w momencie, gdy Lacroix wyprowadziła ją ze zrujnowanego pomieszczenia. Nie pamiętała Noëla.
– Jestem stuprocentowo pewna, że nie uratowałeś nas przed tym psem-
– Ale już przed kilkoma groźnymi mężczyznami, tak. Twoją przyjaciółkę także. Później przyniosłem ciebie do mieszkania, gdy Stella pobiegła po lekarza. Ale nie, nie musisz dziękować, to przecież drobnostka – powiedział sarkastycznie, odchylając się na krześle.
– Dziękuję.
Dziewczynie znowu udało się go zdezorientować. Nie spodziewał się tak łatwo i szybko usłyszeć tych słów. Zamaskował jednak swoje zmieszanie zuchwałym uśmiechem. Nie mógł wiedzieć, że Vira bez trudu potrafiła odczytać emocje z jego oczu.
– Polecam się na przyszłość, żabko.
Skrzywiła się, słysząc to przezwisko. Żabko, żabciu… wszystko brzmiało kiepsko i zbyt boleśnie. Uniosła się lekko, chcąc zganić chłopaka; w tym momencie z jej ust wydobył się cichy jęk, którego nie dała rady zatrzymać.
Noël zareagował bardziej troskliwie niż mogłaby się spodziewać.
– Wciąż ciebie boli? Trzeba było od razu powiedzieć. Zaraz dam ci coś przeciwbólowego – mruknął, patrząc na nią z troską, którą doskonale widziała w jego oczach.
– Nic mi nie jest. – Kolejny jęk wyrwał się, niszcząc wiarygodność Elvire.
Chłopak prychnął, wyjmując tabletkę ze szklanego słoiczka; podał ją dziewczynie, a ona spojrzała na nią niechętnie. Nie cierpiała leków.
– Bez marudzenia, żabko. Chyba że znowu mam ciebie przytrzymać jak dzisiaj rano.
Westchnęła ze zrezygnowaniem i w końcu połknęła sporych rozmiarów tabletkę, popijając ją wodą, którą także podał Virze.
– Paskudztwo – wymamrotała, opadając na poduszki. Noël wciąż patrzył na nią z niepokojem, który miała ochotę zbyć machnięciem ręki. Nie zrobiła jednak tego, gdyż miała większy problem. – Muszę do toalety – powiedziała cicho. Niestety nie potrafiła ukryć rumieńców wstydu. Wiedziała, że to głupie, ale miała ochotę zapaść się pod ziemię w tym momencie.
Noël wydawał się równie zakłopotany. Na szczęście tym razem odpuścił sobie żarty.
– Zaniosę cię – zaoferował, wstając.
Było to dla niej tak bolesne, że nawet nie musiała starać się ignorować jego bliskość, która dziwnie peszyła dziewczynę. Chłopak wciąż przepraszał i nawet dwa razy przeklął, czego się po nim nie spodziewała. Był silniejszy niż myślała i przyjemnie pachniał, choć nie miała pojęcia czym dokładnie.
Czekał za drzwiami toalety i wciąż się pytał, czy wszystko z nią w porządku. Powoli miała go dość.
– Nie, prawie się utopiłam i zły Potwór Klozet próbował mnie pożreć. Ledwo przeżyłam. Normalnie człowiek nie spodziewa się takich przygód w toalecie. A jednak! I gdzie wtedy byłeś, mój wybawicielu? – Starała się, ale brzmiała zbyt słabo, by wyszło to uszczypliwie lub zabawnie.
Ponownie uniósł Virę, uważając na nogę i wynosząc z toalety. O dziwo, pochwycił jej żart.
– Ja w tym czasie broniłem drzwi przed armią robali, które próbowały się wedrzeć do toalety i ciebie zabić. Uratowałem ci życie. Znowu.
Wstrzymała oddech, gdy delikatnie kładł ją z powrotem na kanapie.
– Robale? Nie brzmią zbyt groźnie – odpowiedziała, czując tak wielkie wyczerpanie, że było to aż śmieszne. Własne ciało zdradziło dziewczynę.
– Nie bądź niemądra. Nawet małe dzieci drżą przed pająkami, karaluchami i innymi obrzydliwymi stworami. Na dodatek miały ze sobą smoka. – Noël brzmiał bardzo przekonująco, a jego oczy się śmiały.
– Oswoiły smoka? Niezły postęp cywilizacyjny. Z taką mocą niedługo opanują cały świat. – Pokiwała głową z uznaniem dla potęgi robaków. – Potwór Klozetowy się przy tym chowa.
– Mówiłem. Ale nie masz się o co martwić. Razem ich pokonamy.
Obdarzył ją tak ujmujący uśmiechem, że aż poczuła w piersi dziwny ścisk. Wolała jednakże się nad tym nie zastanawiać.
Nie wiadomo, jak długo by to ciągnęli, gdyby nie burczenie w brzuchu, które zakończyło ich rozmowę. Vira ze zdziwieniem spojrzała najpierw na winowajcę głośnego dźwięku, który niestety należał do niej, a później na zegarek.
– Jest już po trzynastej? Nie jadłam od tylu godzin! – wykrzyknęła, otrzymując od Noëla kolejne zdziwione spojrzenie. W głosie Elvire było odrobinę zbyt wiele rozpaczy, by uznać to za normalne. – Głodna jestem – oświadczyła, a brzuch zawtórował słowom Viry. Spojrzała wyczekująco na chłopaka.
Westchnął, ale podniósł się i skierował do kuchni. Już po paru minutach z apetytem zajadała się przepysznym omletem. Noël spoglądał na to ze sporym zdumieniem; odkąd się poznali tylko zaskakiwali siebie nawzajem. Może przyczyną tego była przepaść czasowa, która dzieliła ich pokolenia? On z lat 50. XX wieku, ona z XXI wieku. Spora różnica.
– Nie powinnaś być przypadkiem na diecie lub przynajmniej udawać przede mną, że jesteś? – spytał i oddał dziewczynie swoją porcję, gdy skończyła jeść i patrzyła ze smutkiem na pusty talerz.
Posłała mu promienny uśmiech i wróciła do jedzenia.
– Nie – odpowiedziała między kęsami. – Po co kłamać? Nie miałoby to żadnego sensu. Każdy człowiek musi jeść; by być zdrowym, by móc funkcjonować, by żyć. Nie rozumiem dlaczego tylko kobiety muszą się odchudzać, praktycznie katować. Wielu z mężczyzn także przydałaby się dieta, a nikt nie wymaga tego od nich. Lubię jeść, dzięki temu mam lepszą przemianę materii, wyglądam dobrze…
– … i jestem zarozumiała – skończył za nią i podał herbatę Virze, zabierając pusty talerz.
– Kryzys tożsamości to bardzo poważny problem w dzisiejszych czasach. Gdy chłopiec myśli, że jest dziewczynką… – mruknęła ospale, odkładając  niebieską filiżankę na stolik, poprawiając się na poduszkach i przykrywając się wełnianym kocem pod samą brodę. Potężne ziewnięcie rozwarło jej usta, przerywając wypowiedź.
– Nie będę tego nawet komentować. – Skrzyżował nogi w kostkach, opierając się wygodniej o oparcie krzesła. – Popołudniowa drzemka? Najadłaś się, napiłaś i teraz idziesz spać? – Zmienił temat, nie spuszczając z niej wzroku.
– Dokładnie tak. – Chciała przymknąć powieki tylko na chwilkę, ale nie dała rady ponownie ich otworzyć. – Dobranoc.
Usłyszała jego zrezygnowane westchnięcie i po chwili zasnęła.
~~*~~*~~*~~
 – Jesteś powolna, dziwnie ospała i nieuważna! Trzy filiżanki i dwa talerzyki! I to tylko w ciągu jednego dnia! Niektórzy przez lata nie zbili ani jednego, a ty… – Lou załamała dłonie, patrząc na spokojne i obojętne oblicze Colette. – Mylisz zamówienia, zapominasz o gościach i o tym, że miałaś ich obsłużyć. Zastanawiam się, jakbyś pracowała na zmianie restauracyjnej, która jest o wiele trudniejsza.
Pod koniec dnia rudowłosa dziewczyna wygłosiła kazanie nowej pracownicy, która poradziła sobie gorzej niż źle. Nikt wcześniej nie widział tak rozgniewanej i zarazem załamanej kierowniczki.
– Spokojnie, Lou. To dopiero jej pierwszy dzień. Jeszcze się nauczy – powiedziała Dora, która przebierała się do pracy; mieszkała w tym samym budynku, więc zaglądała do kawiarni i pomagała, nawet gdy nie miała zmiany.
Dziewczyny za to zbierały się do wyjścia. Thérese zakładała granatową rozkloszowaną sukienkę. Po pracy umówiła się ze swoim narzeczonym – dziadkiem Colette. Panna Solo poznała go w akademii Mirandel, do której razem uczęszczali. Pochodziła z bogatej rodziny, dlatego też jej rodzice nie zaakceptowali związku córki z ubogim synem bibliotekarza, który był w szkole tylko ze względu na stypendium; zwłaszcza, że od lat mieli wybranego dla niej kandydata na męża – bogatego, z odpowiednim rodowodem. Thérese może na taką nie wyglądała, ale potrafiła być waleczna; zwłaszcza gdy chodziło o miłość. Po ukończeniu akademii wyprowadziła się z domu; zaczęła pracować, starając się samodzielnie utrzymać i zarobić na ślub. Colette wiedziała, że jej pradziadkowie w końcu ulegną namowom swojej jedynej córki i zaakceptują ukochanego dziewczyny, przepisując im całą fortunę. Do tego czasu jednak nie mieli oni za łatwo w życiu.
Simone Lacroix obecnie studiował prawo na Sorbonie. Colette starała się w przeszłości zawsze unikać dziadka. Nie tylko dlatego, że takie były zasady (mężczyzna wciąż żył w jej teraźniejszości), ale dlatego, że zbytnio go przypominała – fizycznie i z charakteru. Wolała nie straszyć w ten sposób Simone'a i nie narażać się na wykrycie.
Stella zaplatała włosy Papillon, rozśmieszając kiepskimi żartami córkę Dory, która zawsze kręciła się przy swojej matce. Panna Valery sama była już gotowa do wyjścia. Ze śmiechem oznajmiła im w trakcie pracy, że umówiła się na wieczór z trzema chłopakami o tej samej porze i wciąż nie wiedziała, którego z nich wybrać. W ostateczności postanowiła, że zobaczy, jak zareagują na siebie nawzajem i zostanie z tym, którego reakcja najbardziej jej się spodoba.
Rudowłosa Lou wciąż narzekała, choć Colette ani trochę się tym nie przejmowała. Przecież uprzedziła wszystkich, że nie nadawała się do roboty. Nie powinni mieć do niej pretensji; naprawdę się starała. Podczas pracy ułożyła sobie kilka spraw w głowie, co pomogło dziewczynie uspokoić zszargane nerwy. Wciąż nie wiedziała, kto stał za wczorajszym atakiem i czuła, że sama nie poradzi sobie z tą sprawą. Nigdy nie była dobra w logicznym myśleniu, wiązaniu wątków, obserwowaniu otoczenia. Za często odlatywała myślami do świata książek. A nie chciała jeszcze bardziej wplątywać w to ani Théerese, która za bardzo się wszystkim martwiła, ani Viry, która nie powinna nawet wiedzieć o podróżach w czasie. Postanowiła, że jeśli coś takiego się powtórzy, to wtedy skontaktuje się z GT i poprosi o pomoc. Cieszyła się, że podjęła jakąś decyzję.
Przeprosiła kierowniczkę, obiecując, że następnym razem bardziej się postara. Dziewczyna burknęła tylko, że ma taką nadzieję i wróciła do pracy.
Pożegnały się przed kawiarnią; Colette życzyła dziewczynom udanych randek i odeszła w kierunku kamienicy, nie oglądając się. Cieszyła się, że nareszcie została sama – ciągła obecność tylu osób, strasznie ją męczyła. Postanowiła zajść jeszcze do piekarni i kupić jakieś ciastka dla Viry; w końcu była w pewien sposób winna temu, że została ranna.
Słońce dawno zaszło, gdy wracała do mieszkania, niosąc zakupy. Nie spodziewała się, że ktoś będzie na nią czekał pod kamienicą…
Miała wrażenie, że go znała. Białe włosy zdobiły jego głowę, ciemne oczy spoglądały przenikliwie. Nie potrafiła odgadnąć, ile mógł mieć lat; nie wyglądał staro, choć te włosy były dość mylące. Blada cera, włosy… Wiedziała, do jakiej rasy należał. Stał przed nią jeden z Immor.
– Colette Lacroix. Jak miło widzieć cię w tych czasach – powiedział, odsłaniając śnieżnobiałe zęby w uśmiechu.
Był diabelnie przystojny i roztaczał niepokojącą charakterystyczną dla Immor aurę wokół siebie, której wszyscy tak się obawiali. Ale Colette w tym momencie aż tak bardzo się nie bała. Miała nadzieję, że wreszcie uzyska odpowiedzi na dręczące ją pytania.
~~*~~*~~*~~
Colette urosła w jej oczach. Elvire już nawet nie przeszkadzało, że musiała udawać przyjaciółkę dziewczyny. Przyniosła ze sobą całe pudełko ciastek! Złota kobieta. Vira zupełnie zapomniała, dlaczego wcześniej nie lubiła Lacroix. Jeśli już zawsze będzie ją karmiła…
– Cieszę się, że czujesz się lepiej – mruknęła Colette. Wydawała się być bardziej pogrążona w myślach niż zazwyczaj. – Ale to i tak chore, że jesteś aż tak wielkim żarłokiem.
– No tak. Już pamiętam, czemu za tobą nie przepadam – powiedziała cicho, tak by Noël tego nie usłyszał.
– Prawda?! Nie uwierzysz, jak ci opowiem, ile musiałem dzisiaj jedzenia dla niej przygotować. – Chłopak był zadowolony, że ktoś podziela jego opinię.
– Domyślam się – odpowiedziała sucho i zniknęła w drzwiach sypialni swojej babci. Czekali, ale już stamtąd nie wyszła.
– Przemiła osóbka. Chyba już wiem, dlaczego się przyjaźnicie. – Po raz kolejny Noël dał się zaskoczyć. Wydawał się odrobinę zrezygnowany.
– Tylko dlatego, że mnie karmi.
Miratte zaśmiał się, myśląc, że Vira żartuje. Naiwny… A w dodatku miał czelność ukraść jej jedno ciastko.
– Hej! Chorych się nie okrada.
– Ja tylko dbam o twoją sylwetkę. – Noël wzruszył ramionami i zwinął kolejne ciastko.
Zamknęła pudełko, gdy chciał zabrać trzecie.
– Dziękuję za troskę. Ja i moja sylwetka mamy się dobrze. Właśnie udajemy się na komisariat, by zgłosić kradzież pewnego Ciastkowego Potwora.
Chłopak roześmiał się, chociaż nie mógł zrozumieć nawiązania do Ulicy Sezamkowej. Vira pooglądałaby sobie jakąś kreskówkę. Ciekawe, czy już istniały?
O dziwo, spędziła przyjemnie czas z Noëlem. Była w szoku, że tak dobrze się dogadywali. Próbowała się przed tym bronić – wiedziała, że igrała z ogniem. Chłopak ewidentnie był w jej typie, a związek z kolesiem, który mógł już nie żyć w teraźniejszości dziewczyny lub być starym dziadkiem, nie należał do najlepszych pomysłów. Nie wierzyła także w bzdury typu: prawdziwa miłość nie zna granic czy wiek to tylko liczy itd. Dlaczego w takim razie zawsze ulegała?
Od dawna przestrzegała zasady, by z nikim się nie spoufalać, na przykład z takim Urbim. Od początku czuła, widziała w jego oczach, że był typem osoby, której nie dałoby się zwodzić, która nie nabrałaby się na grę Elvire. W ostateczności i tak zaczęła mu ulegać. Tak samo teraz ze Stellą – postanowiła spróbować i to tylko dlatego, że za kilka tygodni rozstaną się zapewne na zawsze.
Kiedyś potrafiła szybko zawierać przyjaźnie, ale prędko się one kończyły wraz z kolejną przeprowadzką. Dlatego później po prostu przestała… Czy to zniknięcie matki podświadomie spowodowało, że zapragnęła jakiejś zmiany, zaufać innym?
Niestety kolejne słowa Noëla sprawiły, że tylko utwierdziła się w swoich przekonaniach. Nie warto. Potem człowiek tylko cierpiał przez innych, czy też przez własną głupotę. Tak działo się za każdym razem. Vira za bardzo się odsłoniła…
– Przyjemnie było, ale będę się już zbierał. Umówiłem się z moją narzeczoną.
Noël zaczął szykować się do wyjścia i na szczęście nie zwrócił uwagi na reakcję dziewczyny. Ona… poczuła bolesne ukłucie w piersi i na moment zrobiło jej się ciemno przed oczami. Zmusiła się, by oddychać normalnie.
Czyli Virze się tylko zdawało; że z nią odrobinę flirtuje, że może był nią zainteresowany. Ale czego ona oczekiwała? Wciąż obrażał jej wygląd, robił przytyki – najwyraźniej mówił prawdę. A przecież wiedziała, że to i tak nie miałoby sensu…
Na szczęście była naprawdę dobrą aktorką. Noël czekał, aż w końcu się odezwie.
– To mogę ci tylko życzyć udanej randki. – Uśmiechnęła się, mimo że czarna dziura w piersi pochłaniała coraz więcej i więcej. – Baw się dobrze. Niestety nie odprowadzę cię do wyjścia. – Wskazała na swoją nogę i wzruszyła przepraszająco ramionami.
Nie patrzyła na niego, gdy wychodził, chociaż wciąż miała na ustach przyklejony uśmiech. Odpowiedziała na jego pożegnanie i tak troszkę się załamała, gdy w końcu zniknął.
Co tu wiele mówić? Jesteś idiotką, Elvire. Masz nauczkę.
Żałowała, że nie znajdowała się w swoich czasach i że nie mogła zadzwonić do Kaki. W takich przypadkach jedynym lekarstwem była rozmowa z najlepszą przyjaciółką, która kazałaby olać tego dupka zimnym moczem i o nim zapomnieć. Strasznie tęskniła za Eriką.
Vira obiecała sobie jedno: nie zezwoli na to następnym razem. Nikomu nie pozwoli się do siebie zbliżyć; przecież to zawsze kończyło się w ten sam sposób.
~~*~~*~~*~~
Wspomnienie numer 2
Mała dziewczynka stała przed uczniami siedzącymi w ławkach. Pomimo tego, że wszyscy się na nią patrzyli, nie wyglądała na zawstydzoną. Ośmio-, może dziewięciolatka uśmiechała się promiennie, patrząc na nowe otoczenie z podnieceniem. Ananasowa ciemna kiteczka na czubku głowy tylko dodawała jej uroku.
Sympatycznie wyglądająca nauczycielka przedstawiła nową uczennicę:
– To Elvire Grenouille. Zostanie z nami przez pewien czas. Mam nadzieję, że wszyscy będziecie dla niej mili i się z nią zaprzyjaźnicie. Chciałabyś coś dodać, słonko?
Elvire z entuzjazmem pokiwała głową.
– Vira. Jestem Vira! To moja już czwarta przeprowadzka. I to jest takie super! Wszędzie, w całej Anglii mam masę przyjaciół. Jak chcecie, to mogę wam opowiedzieć!
Była głośna, żywa ­– po prostu promieniała. Gdy mówiła, wymachiwała rękoma, a oczy wciąż się śmiały. Po chwili już bawiła się z innymi dziećmi tak, jakby znała je od zawsze.
Sceneria uległa zmianie – dziecięca, kolorowa sala przemieniła się w bardziej poważną klasę – ale sytuacja była podobna. Elvire stała przed klasą, ubrana w granatowy mundurek. Mogła mieć z trzynaście lat. Dziecięcy entuzjazm zniknął bezpowrotnie. Spokój i znudzenie widniały w niebieskich tęczówkach. Tylko zaciśnięte pięści mogły świadczyć o tym, że się denerwowała.
Została przedstawiona przez otyłego nauczyciela i proszona o powiedzenie czegoś o sobie.
– Za miesiąc może mnie tutaj już nie być, więc… – Wzruszyła ramionami, nie kończąc zdania. – Ale jeśli potrzebowalibyście fotografa, dajcie znać. Zawsze do usług.
Uśmiechnęła się pod nosem i nie patrząc na nikogo konkretnie, skierowała się do wolnej ławki. Zupełnie zignorowała szepty swoich nowych kolegów z klasy. Wlepiła spojrzenie w popisany blat i do końca lekcji już go nie podniosła.
Przestała się starać. Kiedyś wkładała dużo wysiłku w to, aby inni ją lubili i akceptowali; ale zrozumiała, że te wszystkie próby przynoszą tylko ból i rozczarowanie. Na końcu i tak zostawała sama, więc po co w ogóle się starać?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


* grenouille – z fr. żaba
Poprzednie rozdziały zostały poprawione i wprowadziłam drobne zmiany.