wtorek, 27 marca 2018

Czas:16


WAŻNA INFORMACJA NA KOŃCU!

To była bardzo wyczerpująca podróż w czasie. Nieporównywalna do tych, gdy zablokowała się w przeszłości, jednak wciąż różniła się od jej zwykłych skoków. Zazwyczaj wystarczyło, jak cofała się na godzinę, może dwie raz na tydzień. Jeśli to było za mało, czuła wtedy, że powinna jeszcze na trochę się przenieść w przeszłość. Udawała się do swojej skrytki, brała ze sobą książkę i czytała. Albo przebierała się i szła gdzieś, gdzie mogła poczytać, zależnie od czasów. Czasami także wybierała się na spotkanie z babcią, ale to rzadziej – nie chciała za bardzo mieszać w jej życiu. Zwłaszcza, że nie powinny się nawet znać. A tym razem było… inaczej. Może ktoś inny uznałby to za ciekawą wyprawę i ani trochę nieemocjonującą, ale dla Colette… rozpoczynała coś nowego. Wyjście z cienia i zaufanie nowym przyjaciołom.
Stali w trójkę przed bramą cmentarza i czekali na brata Stelli, który miał ich odwieźć. Noël odszedł kawałek, by odebrać telefon. Rozmawiał na tyle cicho, że żadne słowa nie docierały do dziewczyn. Nad ich głowami migotała żarówka latarni, która nie mogła się zdecydować, czy dalej się palić, czy pogrążyć ich w ciemności.
– Masz klucze, a tutaj listę cech. Korzystaj mądrze, dziewczynko.
Stella wyciągnęła z torebki odpowiednie przedmioty. Zabrzęczał breloczek przedstawiający urocze sushi. Colette nie wiedziała, co myśleć o wielkich oczkach i różowych rumieńcach, więc szybko schowała je do plecaczka. Może to element kamuflażu? Nikt by nie odgadł, że klucze te otwierały bramę od cmentarza oraz drzwi mauzoleum. Przeniosła spojrzenie na kartkę i zmarszczyła brwi.
– Co to za znaczki? – spytała, przekrzywiając głowę.
– W sumie to nie wiem. Jakieś małe gówienka. – Stella także przyjrzała się kartce, zerkając przez ramię przyjaciółki. – Przypomina trochę pismo lekarza.
Colette potrzebowała aż dziesięciu sekund, by zrozumieć tę sytuację. Spojrzała na Stellę, potem na kartkę i znowu na dziewczynę.
– To po co mi to dajesz, jeśli nawet nie wiesz, co jest tutaj napisane? – mruknęła, nie kryjąc irytacji w głosie. Chyba wolała książki od rzeczywistości. Tam przynajmniej nie występowały takie bezsensowne dialogi.
– Nie powiedziałam, że nie wiem. Wiem i to bardzo dobrze. Za kogo mnie masz? – prychnęła. Pochyliła się, by zebrać włosy i upięła je na czubku głowy w koka. – Przecież ci mówiłam, że to lista cech, skarbie. Po prostu Noël jak zwykle przesadził z zaszyfrowaniem informacji.
Spojrzały na chłopaka, który skończył rozmowę i teraz stukał palcami w ekran telefonu. Przez zapadający zmrok widziały dokładnie tylko jego oświetloną twarz, na której malowało się skupienie.
– Noël zna kilka języków. Do szyfrowania stosuje te, w których pismo jest takie właśnie – Stella zastanowiła się przez chwilę – rysunkowe. Ale tym razem prosiłam go, by nie kombinował i zapisał to jakoś czytelnie. Nic do tego głuptaska nie dociera. – Pokręciła głową i westchnęła z udawanym rozczarowaniem. – Noël! Chodź tutaj, kochany!
Chłopak podskoczył, jakby został przyłapany na jakimś złym uczynku. Uniósł na nie nieprzytomne spojrzenie. Schował telefon do kieszeni i podszedł do nich pospiesznie.
– Nie strasz mnie tak, Stell. O co chodzi?
– Jak twoim zdaniem Colette ma to odczytać? – Wyrwała kartkę z dłoni wspomnianej dziewczyny i pomachała nią przed twarzą przyjaciela. – Nie zna tych dziwnych literek.
– To alfabet arabski – wymamrotał Noël i chwycił kartkę. Nerwowym ruchem przeczesał włosy. – Zamierzałem dać jej słownik. To wcale nie jest trudne. Czyta się od prawej strony i… – przerwał, gdy zobaczył spojrzenia dziewczyn; przerażone Colette i prześmiewcze Stelli. – Może jednak tym razem przetłumaczę to na francuski. Daj mi sekundkę. Macie coś do pisania?
Stella jako pierwsza odnalazła długopis na dnie torebki – Colette jak zwykle była zbyt powolna. Okazała się jednak użyteczna, gdy Noël potrzebował, by ktoś poświecił mu latarką. Stella w tym czasie zadzwoniła do brata, by nakrzyczeć na niego, że jeszcze nie przyjechał.
Wróciła do nich w paskudnym humorze. Colette nigdy nie widziała takiej wkurzonej dziewczyny; Valery wydawała się także zawiedziona. Zaplotła ramiona na piersi i wydęła wargi, upodabniając się jeszcze bardziej do lalki – tylko tym razem z zestawu z kapryśnymi maluchami.
– Pojechał najpierw odwieźć Luigiego. Wyobrażasz sobie? Zrobił mi to na złość. Wiedział przecież, że chcę się z nim zobaczyć! – Usiadła na krawężniku, nie zważając na ubrania. Była zbyt zdenerwowana, by przejmować się Colette, która nie miała pojęcia, o kim mówiła. – A to dupek.
Noël skończył pisać, podziękował Colette za pomoc, oddał kartkę i dopiero wtedy spojrzał na przyjaciółkę. Uśmiechnął się pod nosem.
– Nie pomyślałaś, że to Luigi cię unika? Może ma dość, że ciągle próbujesz go poderwać?
W końcu miał okazję, by zemścić się na Stelli za wszystkie wcześniejsze przytyki. Ich przyjaźń rządziła się dziwnymi prawami. Zupełnie różniła się od relacji, która łączyła Colette i Urbiego. Lacroix próbowała udawać, że wcale jej tam nie było i ich nie słyszała. Zwłaszcza, że złość Stelli przerażała dziewczynę. Po części współczuła Noëlowi, ale nie zamierzała pomagać.
– No wiesz? On jest dla mnie jak brat. Nigdy nie próbowałabym go poderwać. Za kogo ty mnie masz? –  Dziewczyna spiorunowała wzrokiem przyjaciela, który usiadł obok niej.
– Wiem. Przepraszam. Nie powinienem tak mówić. – Objął ją ramieniem i pozwolił, by oparła głowę na jego ramieniu. Szepnął jej na ucho, ale jakimś cudem Colette to usłyszała: – Wiem, że nie robisz tego chłopakom, na których ci zależy.
– Nie nadążam za wami. Już się nie kłócicie? – zapytała Lacroix, nie mogąc się powstrzymać. Nie chciała przeszkadzać, ale naprawdę ich nie rozumiała.
Spojrzeli na nią i zgodnie się roześmiali. Colette miała wrażenie, że traktowali ją z pobłażaniem przez różnicę wieku między nimi; ani trochę jej się to nie podobało.
– My się nie kłóciliśmy. To była drobna różnica zdań. Wybacz, skarbie. Nie powinnam się unosić. O, jest ten idiota – powiedziała, podnosząc się. Wskazała na srebrne auto, które pojawiło się na końcu ulicy. – Powinnam cię uprzedzić, Colette. Mój brat jest… – urwała, zastanawiając się, jak go określić, nie używając wulgaryzmów. Pokręciła w końcu głową. – Po prostu uważaj na niego.
– Jest męską wersją Stelli – mruknął Noël tak, by usłyszała to tylko Colette. Później zwrócił się do przyjaciółki. – Będę się zbierał. Muszę załatwić coś w okolicy. Trzymajcie się.
Odwrócił się na pięcie i po prostu odszedł, nie oglądając się na nie.
– Czekaj! Jest już późno… Super. Totalnie mnie olał. – Stella otworzyła tylne drzwi przed dziewczyną, a następnie sama zajęła miejsce obok kierowcy. – Jestem na ciebie zła, więc tylko ci powiem, że udało mi się zostać luksusową prostytutką w 1908 roku. Więcej nie zdradzę. To jest Colette, moja nowa przyjaciółka.
Od razu została obdarzona tak pięknym i uwodzicielskim uśmiechem, że aż zakręciło jej się w głowie. Ledwo zarejestrowała, że się przedstawił. Nazywał się Joseph.
Z wyglądu był bardzo podobny do siostry. Miał tej samej barwy niebieskie oczy i blond włosy, które związał w kucyk. Od Stelli biła niesamowita kobiecość i pewność siebie, od niego męskość i pewnego rodzaju zarozumiałość; odznaczali się nią przystojniacy, którzy wiedzieli, że dziewczyny szaleją za nimi i mogą mieć każdą.
Ale nie mnie, pomyślała Colette, gdy zdała sobie sprawę, że Joseph nie był w jej typie. Chyba wciąż wolała chłopców, a nie prawdziwych mężczyzn.
– Niesamowite! W końcu zdobyłaś jakąś przyjaciółkę! Lubię Noëla, ale lubiłbym go jeszcze bardziej, gdyby miał cycki. Gdzie jedziemy? – spytał, odpalając auto.
– Rue Marbeau. To w szesnastej dzielnicy – odpowiedziała Colette, zapinając pasy.
– Uuu… Bogata dzielnica-
– Colette jest od ciebie młodsza o pięć lat. Niby to już legalne, ale wiesz. Nie sądziłam, że jesteś aż tak zdesperowany. Zawozimy ją do siostry, ale ona ma narzeczonego. – Stella wyjęła puderniczkę i zaczęła malować usta czerwoną szminką; ani trochę nie przeszkadzało jej trzęsienie auta. – Twoje myśli są jeszcze bardziej kosmate niż moje. Może nie powinnam, ale odrobinę zazdroszczę takiej bujnej wyobraźni.
Chłopak zmarkotniał, wydymając usta w podobny sposób co siostra kilka minut wcześniej. Tylko piękni ludzie nie wyglądali przez to śmiesznie, ale jeszcze bardziej atrakcyjnie.
– Jak zwykle musisz psuć mi zabawę. I nie wierzę w tę prostytutkę. Noël nie pozwoliłby ci, a Colette nie wygląda na taką, która by do ciebie dołączyła. Jak to w ogóle się stało, że jest z wami? Myślałem, że podróżnicy są rozdzieleni, a ty i Miratte to jedyne wyjątki.
Bezpośredni jak siostra. Sam także domyślił się, że Colette jest podróżniczką; Stella nic mu o tym nie wspominała. Chociaż odbierał je spod cmentarza wieczorem. Inną opcją, która została, to przynależność do jakiejś sekty.
– Gdybyś przyjechał z Luigim, to bym ci powiedziała. Za informacje się płaci. – Zamknęła szminkę i cmoknęła ustami. Uśmiechała się, ale widać było, że wciąż się gniewała.
Chłopak zaklął paskudnie, na co Colette otworzyła usta ze zdumienia. Zupełnie nie spodziewała się takiego słownictwa. Jeszcze bardziej zdziwiło ją to, że Joseph zaczął przepraszać Stellę. Może rodzeństwo lepiej się dogadywało, niż wydawało się na pierwszy rzut oka.
– Sorry, sis. Mnie też to wkurzyło, bo chciałem, żeby mi pomógł z jedną rzeczą. Ale znasz go. Ma jutro jakieś zaliczenie, więc uparł się, że wraca do domu. Wygląda na to, że nawet geniusze muszą się uczyć.
– Kim jest Luigi? – odważyła się spytać Colette.
– Moim przyjacielem. Znamy się od dziecka.
Joseph ani trochę nie zwracał uwagi na przepisy drogowe. Ruch na ulicy nie był za duży, ale to go nie usprawiedliwiało – zdaniem Colette. Zastanowiła się nad jego słowami, zanim jednak sformułowała pytanie, Stella na nie odpowiedziała:
– Tak, wie, że jestem podróżniczką w czasie. To ciekawe, że twoje myśli są szybsze od twoich ust. Zabawnie.
– Naprawdę chcesz się z nią przyjaźnić? Nie polecam. Zero prywatności. Gdyby nie była moją siostrą… – mruknął Joseph i oberwał od siostry w bok głowy. Nawet nie drgnął.
– Przecież nie można zdradzać sekretu podróży w czasie nikomu oprócz rodziny. – Dlatego też nigdy nie powiedziała Urbiemu, że była podróżniczką w czasie.
– Nie powiedzieliśmy. Sam się domyślił. Jest bardzo inteligentny. Dlatego też nie złamaliśmy zakazu. – Stella odwróciła się, by posłać przyjaciółce zadziorny uśmiech. – Chciałabym poznać tego Urbiego. Wciąż o nim myślisz-
– Jesteśmy na miejscu. – Joseph zaparkował pod piaskową kamienicą. Gwizdną z uznaniem, obserwując schludną i elegancką ulicę. – Może przedstawisz mnie swojej siostrze? Narzeczony to jeszcze nie mąż…
 – Zmykaj, mała. Za tydzień kolejna podróż w czasie. Odezwiemy się do ciebie.
Wysiadła z auta, żegnając się i dziękując za odwiezienie. Pomachała Stelli na pożegnanie, która wychyliła się przez okno, by posłać jej całusa.
~~*~~*~~*~~
Tym razem nawet beznamiętne budzenie Steph nie sprawiło, żeby wstała na czas. Dlatego też Vira biegła spóźniona na pierwszą lekcję, przeklinając akademię za jej wielkość. W brzuchu strasznie burczało, ale nic nie mogła na to poradzić. Musiała czekać na przerwę i liczyć na dobroć kolegów z klasy, zwłaszcza Urbiego, którzy zawsze mieli ze sobą jakieś przekąski.
Nie powinna się dziwić, ale i tak zaskoczył ją widok Colette, która powoli zbliżała się do klasy. Miały razem zajęcia z języka francuskiego, które zaczęły się już dziesięć minut temu. Bez problemu przegoniła dziewczynę i dopadła do drzwi. Weszła do środka, przeprosiła za spóźnienie i zajęła miejsce w najbliższej ławce. Nauczycielka posłała jej karcące spojrzenie, ale nie przerwała wypowiedzi. Co ciekawe nawet nie zwróciła uwagi na Colette, która wsunęła się do sali i usiadła na wolnym miejscu obok Viry.
Elvire posłała dziewczynie oburzone spojrzenie, na które ta nawet nie zareagowała. Spokojnie rozpakowała się i wyciągnęła książkę, która na pewno nie znajdowała się na liście szkolnych lektur. Czytała Dwie wieże Tolkiena; nie mogła się od nich oderwać. Sala była wielka, a one znajdowały się w ostatnim rzędzie, więc nauczycielka nie mogła widzieć, co robiły.
Lacroix drgnęła dopiero na dźwięk burczenia, które wydobyło się z brzucha Viry. Nie przerywając czytania, wyjęła z plecaka małą paczkę ciasteczek i przesunęła je po blacie ławki. Elvire przez dziesięć minut udało się powstrzymywać, ale w końcu uległa. Ominęła śniadanie, więc była naprawdę głodna. Otworzyła ciastka, położyła się na ławce i zaczęła po kryjomu jeść. Nie miała pojęcia, jak rozumieć łagodny uśmiech, który pojawił się na twarzy Colette, a niestety pod tym kątem nie widziała dobrze jej oczu.
W połowie zajęć musiały przerwać swoje zakazane czynności, ponieważ nauczycielka postanowiła przejść się po sali i sprawdzić postępy uczniów z ćwiczeniami z gramatyki. Colette wyjęła sporo kartek z teczki i rozłożyła na całym stoliku. Pochyliły się nad nimi, udając, że są bardzo pochłonięte pracą. Na szczęście nauczycielka nie sprawdzała dokładnie; po chwili wróciła do swojego biurka.
Wtedy też wzrok Viry padł na kawałek kartki, na której zauważyła swoje imię. Pisało na niej:
Spróbuj zaprzyjaźnić się z Virą! :)
Niestety Colette szybko zgarnęła notatki i wróciła do czytania. Czyżby specjalnie chciała, żeby dziewczyna to przeczytała? Jednak to nie miało sensu. Taka notatka nie zmusiłaby Elvire do przyjaźni z Colette. Nie znała tego pisma; nie przypominało tego na pozostałych kartkach, ani nie należało do Urbiego. Próbowała wyrzucić to z głowy, ale nie była w stanie. Dlatego też, sama się sobie dziwiąc, podrzuciła na koniec zajęć widomość do Colette:
Nie zostanę twoją przyjaciółką, ale mogę zrobić ci kilka zdjęć. W środę o 16. Przynieść coś do jedzenia. V.
~~*~~*~~*~~
Miał powoli dość manewrowania między dziewczynami. Posiadał liczne grono znajomych, jednak to im poświęcał najwięcej czasu. Może jeszcze z Zachem spędzał czasami popołudnia oraz z kumplami z drużyny pływackiej. Ale to Colette od zawsze była dla niego priorytetem; teraz dołączyła do niej Vira. Strasznie pragnął, by dziewczyny się zaprzyjaźniły. Wtedy nie musiałby latać od jednej do drugiej. Chociaż w ostatnim czasie towarzystwo Elvire pomagało mu zapomnieć o tym, jak wygłupił się przed Colette; wciąż przeklinał siebie za to, że po raz kolejny próbował wyznać miłość dziewczynie i znowu ją wystraszył.
Wiadomość o sesji zdjęciowej strasznie go ucieszyła.
– Naprawdę umówiłaś się z Colette na zdjęcia? Tak z własnej woli? – upewnił się w środę, gdy pomagał Virze przenieść odpowiedni sprzęt do jednej z sal, do której dostęp załatwił im Patrick.
– Nie, zmusiła mnie torturami. – Wywróciła oczami i wyjęła odpowiedni obiektyw. Zaczęła montować go do lustrzanki. – Tak, Urbinusie. Zrobię twojej ukochanej parę zdjęć. Mogę dać ci później kilka odbitek.
Myślała, że chłopak się zmiesza, ale on rozpromienił się cały i pokiwał gorliwie głową. Parsknęła śmiechem na ten widok.
– Ale z ciebie świr…
Drzwi się uchyliły i do środka wsunęła się Colette. Wyglądała na niepewną, ale uśmiechnęła się delikatnie, gdy ich zauważyła. Zbliżyła się niespiesznie.
– Masz jedzenie? – spytała od razu Vira, nie patrząc na dziewczynę. Udawała, że sprawdza coś przy aparacie. Zazwyczaj brała od ludzi pieniądze za zdjęcia, jednak ostatnio była zbyt głodna…
Colette pokiwała głową i powoli wyciągnęła z torby pudełko z ciastkami z jakiejś cukierni. Nie wiedzieć czemu Virze ten widok wydał się dziwnie znajomy… Szybko jednak otrząsnęła się z tych myśli i przyjęła ciastka.
– Ofiara przyjęta. Możemy zaczynać.
Odrobinę nie wiedział, co ze sobą zrobić, gdy Elvire weszła w rolę profesjonalnej fotografki, a Colette marnej modelki. Vira na początku zrobiła kilka zdjęć oczu, a później zajęła się całą sylwetką dziewczyny. Próbowała odpowiednio ją ustawić, rzucała uwagi, które – o dziwo – były pozbawione typowej oschłości.
W końcu Urbi usiadł na ziemi i po prostu je obserwował. Colette ubrała się zwyczajnie – w swoją ulubioną marynarkę po babci i ciemną spódniczkę. W pewnym momencie Vira kazała dziewczynie zdjąć wierzchnie okrycie – została w podkoszulce – i rozpuścić włosy. Robiła zdjęcia na tle jasnej ściany, później drzwi tarasowych wychodzących na ogród. Następnie przeniosły się na parapet przy wielkim oknie, a Vira zamieniła lustrzankę na staromodny aparat.
– Dobra. Mamy to. – Elvire podłączyła do laptopa lustrzankę, by zgrać fotografie. – Niektóre zdjęcia wydrukuję do końca tygodnia, a pozostałe wywołam, jak pojadę na weekend do Patricka. Urządziłam sobie u nich ciemnię, bo w akademii Mirandel oczywiście nie ma.
– Dziękuję za zdjęcia.
Colette założyła z powrotem marynarkę i zerknęła na drzwi. Wyglądała tak, jakby nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Vira skupiła się na laptopie, więc Urbi podszedł do swojej najlepszej przyjaciółki.
– Ślicznie wyglądasz – powiedział i od razu przeklną w myślach. Miał już nie robić takich uwag. – Znaczy, pewnie niesamowicie wyszłaś na tych zdjęciach.
Uśmiechnął się radośnie, a Colette odrobinę się zarumieniła.
– Zobaczymy.
Zaczęła pleść warkocz ze swoich długich włosów. Urbi nie potrafił oderwać wzroku od karmelowych pasm. Po chwili przypomniał sobie, że miał jej coś zaproponować.
– Może pojedziemy w weekend do Paryża? Dawno nie byliśmy tam razem. – Jego uśmiech był odrobinę niepewny, ale miał nadzieję, że tego nie zauważy. – Zwłaszcza, że Vira jedzie do wujostwa.
Dziewczyna zmieszała się i przez kilka sekund nic nie odpowiadała. Był przyzwyczajony do jej powolności, jednak tym razem trwało to dłużej niż zwykle. Może zastanawiała się, jak go spławić?
– Niestety nie mogę. Jestem już umówiona – powiedziała w końcu, nie patrząc mu w oczy.
Zatkało go przez chwilę. Colette umówiła się z kimś? Ale ona nie miała innych przyjaciół oprócz niego samego i Zacha; oraz swoich sióstr, z którymi jednak nie widywała się tak często i pewnie zabrałaby go ze sobą do Rebecci lub do domu rodzinnego. Czyżby w końcu udało jej się umówić z chłopakiem z klasy końcowej, w którym od roku się durzyła?
– Och. W porządku. Nie ma sprawy. Może innym razem, co? – Zaśmiał się niemrawo, ale przypilnował, by jego uśmiech nie pokazał, że go to zabolało.
– Może być z tym ciężko. – Przygryzła dolną wargę, patrząc na przyjaciela przepraszająco. – Będę odrobinę zajęta w najbliższe weekendy.
Miał się już zapytać, co takiego zamierza robić, ale zawołała go Vira, by pomógł ze sprzętem. Colette wykorzystała to, by się ulotnić. Mruknęła tylko, że będzie w bibliotece i zniknęła.
~~*~~*~~*~~
– Nie mogę uwierzyć, że to robimy. Jesteś naprawdę jakimś chorym stalkerem.
Vira wpuściła do pokoju Urbiego, który dźwigał w ramionach spore pudło. Steph nie było, ponieważ pojechała na konkurs gry na altówce. Elvire dziwiło, że współlokatorka w ogóle wspomniała o swoich planach; może w końcu nawiązały ze sobą nić porozumienia? Ale nie mogła być pewna, ponieważ dziewczyna była naprawdę najdziwniejszą osobą, jaką w życiu poznała.
Przy łóżku leżała już spakowana walizka, po którą miał zaraz przyjść Patrick. Vira planowała, że pojedzie razem z nim do Rayon, jednak – przez pewnego wiecznego optymistę – musiała zmienić plany. Sama dojedzie do domu z Paryża.
– Nie wiem, o co ci chodzi. Nie jestem żadnym stalkerem. Raczej zmartwionym przyjacielem. – Urbi postawił pudło na łóżku i uśmiechnął się do Viry. – Musimy sprawdzić, czy Colette nie wplątała się w nieodpowiednie towarzystwo.
– Chcesz mi wmówić, że stalkingiem nie jest to, że dowiedziałeś się, na kiedy Colette dostała wyjściówkę oraz jakim autobusem jedzie?
Nadal nie wiedziała, dlaczego się na to zgodziła. Chyba robiła się zbyt miękka. Przynajmniej mogła odrobinę podrwić z chłopaka. Lubiła także przebieranki.
– Użyłem odrobiny mojego uroku osobistego. Wiesz, że sekretarka mnie uwielbia. A później wykorzystałem Zacha, by wypytał się Colette. Ona jest mało domyślna, więc nie powinna niczego podejrzewać.
– Perfidnie, ale-
Przerwało jej pukanie do drzwi. Vira nie zdążyła ich otworzyć, gdyż Patrick sam je uchylił, wpakowując głowę do środka.
– Mogę? – spytał. W jego szarych oczach kryło się sporo niepewności. – Nie przeszkadzam?
– Jasne, że nie. – Elvire obdarzyła go sympatycznym uśmiechem i zaprosiła do środka.
Mężczyzna wszedł do pomieszczenia, poprawił na nosie zatłuszczone okulary i przywitał się z Urbim, unosząc dłoń w dziwnym geście. Chłopak uśmiechnął się do niego grzecznie.
– Dojadę później. Na wierzchu są brudne ubrania, więc jeśli Marthe będzie robiła pranie, możecie je wyjąć. – Sprawdziła, czy dobrze zapięła walizkę i podała ją wujkowi. – Przyjadę wieczorem.
Pokiwał głową i męczył się przez chwilę, by wyciągnąć rączkę od walizki.
– Pozdrówcie ode mnie Louise’a – mruknął, pożegnał się z nimi i wyszedł z pokoju.
Urbi posłał przyjaciółce zdziwione spojrzenie, na które odpowiedziała wzruszeniem ramion.
– No co? Potrzebowałam jakiejś wymówki. Przecież nie mogłam mu powiedzieć, że jadę szpiegować damulkę.
– A to niby ja jestem perfidny…
Zachwiał się, gdy walnęła go w ramię, a później zaśmiał cicho. Otworzył pudełko. Vira do niego zajrzała i się uśmiechnęła.
– Niech zgadnę: prezent od mamusi?
– Dokładnie tak. – Zaczął wyciągać rzeczy. – Wystarczyło, że poprosiłem o odpowiednie ubrania, peruki i kosmetyki. Wszystko załatwiła, bez zbędnych pytań. Wystarczyło, że powiedziałem, że moja przyjaciółka interesuje się charakteryzacją, więc jak ją poznasz, to nie zapomnij o tym wspomnieć i podziękować.
Po godzinie wyglądali jak zupełnie inne osoby. Vira założyła bardzo realistyczną, ciemnoblond perukę, pomalowała się bardziej niż zwykle (zazwyczaj używała tylko podkładu, gdy coś jej wyskoczyło na twarzy), użyła nawet szminki. Ubrała się w granatową spódniczkę, czarny golf i musztardowy płaszcz. Ubri obiecał dziewczynie, że będzie mogła zachować te wszystkie ubrania. Sam stał się szatynem i okularnikiem (założył prostokątne zerówki). Wyglądał nieźle, choć nie jak on, w zapiętej błękitnej koszuli, ciemnych dżinsach i szarym płaszczu. Na szczęście nie założył żadnych szkieł kontaktowych, więc wciąż mogła rozpoznać go po jego niebieskich oczach.
– Wow. – Vira nie mogła przestać patrzeć w lustro. Obróciła się, by zobaczyć siebie z każdej strony. – Wyglądamy jak milion euro i jakbyśmy byli z pięć lat starsi. Jesteś pewien, że Colette nas nie rozpozna?
– Nie zwróci na nas nawet uwagi. Będzie zbyt zajęta czytaniem lub własnymi myślami. Przebraliśmy się na wypadek, gdyby przez przypadek nas zauważyła.
– Dobra. Chodźmy, bo spóźnimy się na autobus.
Na szczęście korytarze były opustoszałe. Uczniowie i nauczyciele zazwyczaj wracali do domów lub wybierali się do Paryża. Ci, którzy zostawali, spędzali piątkowe popołudnia w pokoju integracyjnym.
Tak jak powiedział Urbi – Colette nie zwróciła na nich, ani na innych pasażerów, uwagi. Od razu wyjęła książkę – Powrót króla – i zatonęła w świecie stworzonym przez Tolkiena.
Nigdy nikogo nie śledziła, ale nie okazało się to trudnym zadaniem. Może winą był sam cel, który ani trochę się nie rozglądał i nie podejrzewał, że ktoś za nim podąża. Wysiedli na dworcu autobusowym, a później udali się za Colette do metra. Trzymali się na odpowiednią odległość, chociaż równie dobrze mogli stanąć obok niej, a dziewczyna pewnie by się nie zorientowała, kim są.
Wymienili się spojrzeniami, gdy Colette wysiadła na przystanku niedaleko cmentarza. Puścili ją przodem i tym razem kryli się, gdyż na ulicy nie było za wiele osób. Lacroix zatrzymała się przed bramą i wyjęła książkę.
– Chyba na kogoś czeka – mruknęła Vira, wychylając się zza auta, za którym się ukryli.
– Cmentarz to dość dziwne miejsce na randkę. – Urbi zmarszczył brwi i pociągnął przyjaciółkę w dół. – Chyba że mają ochotę na spacer. Wiele osób tak robi, ale to raczej staruszkowie lub turyści.
– Czyli byłeś po prostu zazdrosny, że się z kimś umówiła – podsumowała, klepiąc go pocieszająco po głowie. – Może przyszła odwiedzić jakiś grób.
Chłopak pokręcił głową.
– Colette nie przepada za cmentarzami. Uważa, że są dla żywych, a nie umarłych, którym przecież już wszystko jedno, czy będą mieli ładny nagrobek lub czy ktoś zapali im znicz.
Prychnęła. To było typowe dla Colette.
– Skąd może wiedzieć, czy zmarli nas nie obserwują i nie są nam za to wdzięczni? Potrzebujemy pamiętać o tych, którzy odeszli. Może nas to pociesza, że po naszej śmierci bliscy będą nas wspominali i nie zostaniemy zapomniani, nie znikniemy zupełnie.
– Czyli widzisz. Znowu odnosi się to do żywych. – Urbi wyszczerzył się do niej dumnie, chociaż to przecież nie była jego opinia tylko dziewczyny, którą kochał.
– Dobra. Cicho bądź. Ktoś się zbliża.
Wyjrzeli odrobinę zza auta i obserwowali. Do Colette podszedł ciemnowłosy chłopak. Dziewczyna go nie zauważyła, więc podskoczyła, gdy nachylił się do niej i coś powiedział. Złapała się za pierś i zaśmiała z ulgą, rozpoznając go. Porozmawiali chwilę, Colette schowała książkę i ruszyli w stronę wejścia do cmentarza. Chłopak przepuścił Lacroix, w końcu odwracając się do nich twarzą. Vira na początku nie rozpoznała go, ale spojrzenie w jego oczy wszystko jej powiedziało. Zniknęli w bramie, a Elvire opadła na krawężnik ulicy.
– Idziemy za nimi? – spytał Urbi, wahając się.
– Nie. Za bardzo rzucalibyśmy się w oczy. Daj mi pomyśleć.
Przymknęła powieki i pozwoliła myślom pędzić. Syknęła, gdy chłopak próbował coś powiedzieć. Dopiero po kilku minutach otworzyła oczy, by napotkać pytające spojrzenie Urbinusa.
– Znam go – powiedziała i odchrząknęła, czując dziwną suchość w gardle. – Znaczy, nie osobiście. Napisał do mnie ostatnio na Facebooku. Zazwyczaj nie odpowiadam na wiadomości od obcych ludzi, ale zobaczyłam jego zdjęcie profilowe i ja… – Cała się zarumieniła. Urbi uniósł brwi. Odwróciła od niego spojrzenie. – Zaciekawiły mnie jego oczy. Są niebieskie, brązowe i zielone równocześnie. Naprawdę niesamowite i ma piegi...
– O raju, nie sądziłem, że potrafisz zachowywać się tak dziewczęco. To nawet urocze. – Uśmiechnął się do niej figlarnie, choć widziała, że w jego oczach wciąż czaiły się niepewność i niepokój.
– Nigdy ci tego nie mówiłam, ale… – Przez chwilę miała ochotę powiedzieć mu, że potrafi czytać w oczach, jednak zawahała się. Chyba nie ufała mu na tyle. – Przez to, że tak bardzo lubię tęczówki, mam niezłą do nich pamięć. Czasami nawet nie pamiętam, jak ktoś ma na imię lub jak wygląda, tylko kojarzę jego oczy. Dlatego rozpoznałam tego chłopaka. Zaraz powiem ci, jak się nazywa.
Wyciągnęła telefon i zaczęła szukać wiadomości.
– Ale dlaczego Colette się z nim spotkała? Myślisz, że się z nim umawia? Że napisał także do niej?
Urbi wciąż się uśmiechał, ale widziała, że było mu strasznie przykro. Nie tylko po oczach, ale po całej mowie ciała, zaciśniętych pięściach.
– Nie wiem. – Na chwilę oderwała wzrok od telefonu i się zamyśliła. – Jest kilka opcji. Mogli znać się wcześniej i zaplanować jakiś głupi żart, więc dlatego do mnie napisał. Ale wydaje mi się, że to nie pasuje do Colette. Mogę jej nie lubić, ale zdaję sobie sprawę, że nie zrobiłaby czegoś takiego. Koleś może być zwykłym podrywaczem, który wypisuje do dziewczyn z naszej szkoły i później się z nimi spotyka. Chociaż masz rację, że cmentarz to dziwne miejsce na randkę. Dlaczego w ogóle wybrał naszą akademię? Nie kojarzę go z naszej szkoły, a zwróciłabym na niego uwagę. – Zamilkła na chwilę, analizując inne opcje. Chłopak przyznał, że także go nie kojarzy, a był uczniem akademii Mirandel dłużej od niej. – Albo to zwykły przypadek, że zna Colette i napisał do mnie. Nie mam pojęcia.
– No nieźle. Dobrze przynajmniej, że to nie jest ten koleś z klasy końcowej… – mruknął Urbinus, jakby sam do siebie.
– Noël Miratte. To on. Patrz. – Pokazała mu profil chłopaka. Zaczęli go razem przeglądać. – Ma osiemnaście lat i chodzi do jakiejś szkoły w Paryżu.
– Czyli poszedł do szkoły o rok później? Jak miał siedem lat.
– A co to ma do rzeczy?
Vira posłała Urbiemu zdziwione spojrzenie. Chłopak wzruszył ramionami.
– W sumie to nic. – Milczał przez chwilę. – Według dziewczyn byłby przystojny, prawda?
Próbował powiedzieć to nonszalancko, ale nie dał nabrać Elvire. Spojrzała na chłopaka i uśmiechnęła się zadziornie.
– On? Weź przestań, Urbi. To ty jesteś przystojniakiem. Colette nie wie, co traci.
W niebieskich oczach zalśniła ulga i wdzięczność. Zaśmiał się delikatnie.
– Powinniśmy się zbierać. Chyba, że ryzykujemy i idziemy ich poszukać na cmentarzu? – zmienił temat.
Vira schowała telefon do kieszeni i się zastanowiła. W końcu stwierdziła, że to nie miało sensu. Nie poszli za nimi od razu, więc teraz mogłoby im zająć dużo czasu, by ich odnaleźć. Cmentarz był naprawdę wielki. Zresztą nie chciała, by Urbi widział tę dwójkę razem. Znów poczuła wściekłość na Colette, że tak bardzo raniła Urbinusa. Nie zasługiwał na to.
– Nie. Niech się cieszą swoją randką wśród umarlaków. Zaprosiłabym cię za to na lody. Co ty na to? – spytała, podnoszą się z krawężnika i otrzepując płaszcz.
– Na lody jestem zawsze chętny.
Chłopak bardzo się starał, ale nie potrafił wykrzesać typowego entuzjazmu. Vira doskonale go rozumiała; sama poczuła ukłucie rozczarowania, gdy zobaczyła Noëla z Colette. Tak jakby była od niej gorsza, choć wiedziała, że nie miała podstaw, by się tak czuć. Dostała nauczkę. Tak kończyło się pisanie z obcymi ludźmi.
~~*~~*~~*~~
Tym razem odbywali podróż bez Stelli, ponieważ jej tata obchodził pięćdziesiąte urodziny i urządzali mu wielką imprezę. Oczywiście, dziewczyna wylewnie zaprosiła ich do siebie, jednak odmówili. Colette nie czuła się jeszcze tak blisko związana ze Stellą, by przychodzić na taką uroczystość, a Noël stwierdził, że nie ma ochoty. Dlatego spotkali się tym razem w dwójkę.
– Jak z Virą? – spytał, gdy wchodzili do mauzoleum, po wcześniejszym upewnieniu się, że nikt nie znajdował się w pobliżu.
Tak naprawdę Colette mogła korzystać z osobnej skrytki, jednak odrobinę bała się przebywać sama w kapliczce. Cieszyła się, że Noël udostępnił swoją. Podobno Stella już lata temu wprosiła się do niego, nie pytając o zgodę.
– Jest coraz lepiej. W środę zrobiła mi nawet zdjęcia – pochwaliła się. Musiała w końcu przyznać sama przed sobą, że naprawdę tęskniła za Virą i chciała się z nią przyjaźnić. – Do którego roku się cofamy?
Noël wyjął rozpiskę i podszedł do okna, by lepiej widzieć.
– Co powiesz na 1921 rok? Może drugi lipca? Tak jak ostatnio w południe.
Przytaknęła i skupiła się na podanej dacie; po chwili znalazła się w przeszłości. Kilka sekund poczekała na Noëla, nie ruszając się z miejsca, by przypadkiem na nią nie wpadł. Uśmiechnęła się, gdy się pojawił.
– Przejrzałam listę cech* – zaczęła, gdy chłopak uklęknął na posadce i zaczął ją otwierać. – Niektóre były takie oczywiste w sumie, ale inne… dość niepozorne. Chyba najbardziej zaniepokoiły mnie ożywianie innych i wpędzanie w stany lękowe. Naprawdę istnieją, istnieli podróżnicy, którzy posiadają takie cechy?
Noël przytaknął.
– Na chłopaka, który potrafił ożywiać ludzi, trafiliśmy przez przypadek. Jego myśli wystraszyły Stellę, ale i tak podeszła, by z nim porozmawiać. Był… straszny. – Wzdrygnął się i zaczął wyciągać ubrania. – Naprawdę nie chcę wiedzieć, jak korzystał ze swojej cechy. Sam zresztą nam tego nie powiedział. Stella odczytała jego myśli, ale nie pytałem się o to.
W głowie Colette od razu pojawiły się sceny z filmów o zombie. Szybko wyrzuciła je z głowy.
– A ten od stanów lękowych?
O dziwo, Noël uśmiechnął się, jakby na dobre wspomnienie.
– Poczciwy staruszek z 1980 roku, który nie korzystał ze swojej cechy. Chyba sam czuł, że była okrutna.
Dziewczyna przyjrzała się luźnej sukience wykonanej z białej koronki. Była zwężana w biodrach, a sięgała pewnie za kolana. Zaczęła dobierać do niej odpowiednie dodatki: perły, małą torebeczkę, kapelusz, a także bieliznę i pantofle. Przynajmniej gorsetu nie musiała zakładać.
– Czy podróżnik, który potrafił siebie odmładzać i postarzać, nie powinien być nieśmiertelny? – spytała, sprawdzając, czy w pończochach nie było żadnego oczka.
– Powinien, ale kobieta, którą spotkaliśmy, urodziła się z tą cechą i miała trzydzieści lat, jak z nią rozmawialiśmy. Wiesz, że cykl w końcu się odnawia. Może takiemu podróżnikowi i tak pisana jest jakaś śmierć w odpowiednim czasie? Arlette pewnie by wiedziała.
Wygoniła Noëla, by móc się przebrać i zrobić odpowiedni makijaż. W tych czasach modna była blada cera, ciemne brwi, czerwone usta i czarne cienie. Podróżnicy w czasie musieli mieć także umiejętność malowania opanowaną do perfekcji. Później poczekała na chłopaka, gdy ten poszedł się przebrać. Rozłożyła parasolkę, by choć odrobinę zabezpieczyć się przed słońcem.
– A co z przyspieszaniem porostu roślin? Jaki to ma związek z podróżami w czasie? – spytała, gdy Noël wyszedł z mauzoleum i je zamknął.
Chłopak zastanowił się przez chwilę. Tym razem ubrany był w jasny garnitur – w kolorze kości słoniowej – beżową kamizelkę, błękitną koszulę i niebiesko-żółty krawat. Włosy ulizał, a jako dodatek miał brązową laseczkę.
– A nie uważasz, że natura jest połączona z czasem? Zmiana pór roku, oddziaływanie przyrody na człowieka, funkcjonowanie świata? Tak przynajmniej tłumaczył nam ten podróżnik. Był w moim wieku i miał fioła na punkcie ogrodnictwa. Wygrywał nawet jakieś nagrody w latach trzydziestych. W dzisiejszych czasach byłby pewnie największym fanem ekologii.
Nie była do końca przekonana, ale nie drążyła tematu.
– Co dzisiaj robimy? – spytała zamiast tego.
Zaczęli kierować się w stronę wyjścia z cmentarza.
– Nie ma z nami Stelli, więc nie możemy szukać kolejnych cech. Pomyślmy… Ja osobiście coś bym zjadł. – Wzruszył ramionami. –Co ty na to?
Zgodziła się. O dziwo, także była odrobinę głodna. Ruszyli, by znaleźć jakieś odpowiednie miejsce na lunch. Ustalili, że będą udawali kuzynostwo, choć wątpili, by w tych czasach ktoś ich zaczepiał.
Nie wiedzieli, że podróż ta będzie o wiele ciekawsza niż ich ostatnia.

* lista cech w Słowniczku
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Bardzo przepraszam za opóźnienie. Musiałam jeszcze raz przeczytać, sprawdzić i przemyśleć całe opowiadanie, zaplanować dalszy przebieg akcji. Nie chcę się pogubić, a przy podróżach w czasie jest to bardzo łatwe. Ale poprawiłam wiele rzeczy, wróciłam do nazwy GT’a, bo jednak bardziej mi się podoba. W zakładce Bohaterowie i Z galerii Elvire… pojawiły się nowe zdjęcia.
WAŻNA INFORMACJA:
Następny rozdział pojawi się dopiero w połowie maja – będzie o wiele dłuższy niż zwykle. Niestety muszę skupić się na maturze. Dopiero po niej wrócę do regularnego dodawania postów. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie i poczekacie.
Pozdrawiam Was, Podróżnicy w czasie!
PS. Macie dużo czasu, by naskrobać chociaż malusi komentarz i przypomnieć mi, że muszę być dobrą autorką i ktoś czeka na kolejny rozdział. <3






niedziela, 4 marca 2018

Czas: 15



– Père-Lachaise? To tutaj jest wasza skrytka? Na cmentarzu? – Colette nic nie mogła poradzić na niedowierzanie brzmiące w jej głosie.
Nie miała jednak czasu na podziwianie otoczenia, gdyż od razu została wepchnięta do sporego mauzoleum. Stella zatrzasnęła ozdobne drzwi z brązu i dopiero wtedy spojrzała na Colette. Noël w tym czasie ukląkł na posadzce i zaczął czegoś szukać.
Ledwo widzieli siebie nawzajem; przez rozetowe okno wpadało niewiele światła, rzucając na nich fioletową poświatę. Oprócz marmurowego, pustego ołtarza w mauzoleum nic więcej się nie znajdowało.
– Jeśli się na tym zastanowisz, to naprawdę dobre miejsce. Nasza skrytka stoi tu praktycznie od początku założenia cmentarza, czyli… – Stella poszukała pomocy u przyjaciela.
Noël westchnął i przerwał na chwilę przesuwanie poluzowanej płytki.
– 1804 rok. Nadal nie mogę uwierzyć, że jesteś taką ignorantką. Od znajomości historii, dat zależy nasze bezpieczeństwo w przeszłości. Powinnaś bardziej się tym przejmować.
– Po co? Mam przecież ciebie, a teraz też i Colette. Za bardzo się tym zamartwiacie, moje skarby. – Wzruszyła ramionami i posłała im promienny uśmiech. – Ale wracając. Cmentarz jest na tyle stary, i nie aż tak bardzo oblegany przez turystów jak w naszych czasach, więc idealnie nadaje się na kryjówkę. Zwłaszcza, że nawet jak ktoś nas zobaczy we współczesnych ubraniach, to pewnie pomyśli, że jesteśmy zjawami. W takich miejscach łatwiej wierzyć w niemożliwe. Chyba nie masz z tym problemu?
Colette powoli pokręciła głową, chociaż czuła się dość nieswojo na myśl, że wokół nich leżeli zmarli.
– Ale chyba tutaj nikogo nie pochowali? – spytała niepewnie.
Zgodnie się roześmiali, wprawiając Colette w zakłopotanie. Poczuła ciepło na policzkach.
– Oczywiście, że nie. Zamiast trupów pod posadzką są przygotowane dla nas rzeczy – powiedział Noël po tym, jak uporał się już z otwarciem skrytki. – Zobaczmy, co tutaj mamy. Bielizna, kilka sukienek, kapelusze damskie i męskie cylindry, garnitury, koszule… Jak zwykle jest tego więcej, niż potrzebujemy.
– Dobrze. W takim razie… Co ty robisz? – Colette opadła szczęka, gdy Stella zaczęła się przy nich rozbierać.
Dziewczyna zrzuciła już płaszcz i zamarła z w połowie uniesioną sukienką.
– Stało się coś? Przebieram się. – Wywróciła oczami i jęknęła, gdy Lacroix przytrzymała jej dłoń. – O co ci chodzi?
– O co mi chodzi? – powtórzyła powoli, oburzona. – Przecież nie powinnyśmy przebierać się przy chłopaku!
– Ona tak zawsze. Od ośmiu lat. Uwierz mi, próbowałem coś z tym zrobić. Ekshibicjonistka i tyle – mruknął Noël i odwrócił się. – Nie będę podglądał. Przebierzcie się pierwsze.
– Nie rozumiem was. Przecież potrzebuję pomocy z tymi ubraniami. Samo założenie gorsetu to mordęga. – Stella bez żadnego wstydu pozbyła się swoich ubrań, zwinęła je w niechlujny kłębek i wrzuciła razem z torebką do dziury w podłodze. Zaczęła ubierać odpowiednią bieliznę. – Jednak nie podoba mi się rok 1908. Zapomniałam, że nawet niewielkie pokazanie dekoltu lub kostek budzi zgorszenie. Chociaż zupełnie tego nie rozumiem. To tak jakby na przykład odkryte ramię kobiety było tak seksowną częścią ciała, że mężczyźni na jego widok nie mogliby się powstrzymać przed rzuceniem na właścicielkę. – Colette jednym uchem słuchała słów dziewczyny, zajęta przebieraniem się. – Gdybym żyła w tych czasach, to pewnie byłabym tancerką lub aktorką. Może w ostateczności jakąś luksusową prostytutką. Zdecydowanie.
– Załamujesz mnie, Stell. Przynajmniej mogłabyś udawać, że nie jesteś do końca zepsuta. Co by powiedzieli twoi rodzice…? – zaczął Noël i po chwili sam sobie odpowiedział. – O co ja w ogóle się pytam? Twój ojciec byłby z ciebie dumny. Zresztą przesadzasz z tymi kostkami. To nie średniowiecze.
Dziewczyny zapięły sobie nawzajem sukienki i zajęły się fryzurami. Zamierzały ukryć włosy pod wielkimi kapeluszami, ale i tak musiały je upiąć. Po kilku minutach były już gotowe.
– Co myślisz? – Stella przypięła jeszcze kameę pod szyją Colette. – Wiem, że bardzo narzekałam, ale naprawdę uwielbiam się przebierać.
Noël odwrócił się i obrzucił je zaciekawionym spojrzeniem. Lacroix ubrana była w ciemnozieloną sukienkę, marszczoną w pasie, sięgającą do ziemi. Dekolt mógłby wydawać się głęboki, gdyby nie to, że pod nim znajdowała się biała koronka. Sukienka Stelli – o wiele bardziej dopasowana, w bordowej barwie. Kapelusze z tiulem i piórami oraz ozdobne parasolki uzupełniały ich wizerunek.
– Przypominacie trochę Babcię ze Zwariowanych melodii. – Noël roześmiał się, gdy delikatnie oberwał dwiema parasolkami. – Dobra! Żartowałem! Teraz moja kolej na ubranie się. Zaczekajcie na zewnątrz.
Ostrożnie wyszły z mauzoleum, chociaż nie miały się czego obawiać; w okolicy nie było widać żywego ducha. Kapliczka z zewnątrz prezentowała się niesamowicie. Zbudowana w gotyckim stylu, z dwoma kamiennymi aniołami służącymi za kolumny i ozdobnymi drzwiami. Na łuku widniał napis: FAMILLE NOËL du PAYRAT.
– Później dostaniesz klucz. Zostawiłam go w torebce. – Stella poprawiła kapelusz na głowie i posłała jej zaciekawione spojrzenie. – Wszystko w porządku? Wydajesz się bardziej milcząca i powolna niż zwykle.
Otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale nie zdążyła, gdyż Valery jeszcze nie skończyła:
– Chociaż wiesz... Potrafię czytać w myślach i pewnie o wiele lepiej niż ty rozumiem, co teraz czujesz, o czym myślisz, ale chciałabym to usłyszeć od ciebie, skarbie. Żeby nasza znajomość nie była jeszcze bardziej dziwaczna.
– W sumie zdążyłam zapomnieć, że czytasz w myślach-
– Nieładnie tak kłamać, kochanie. Wciąż czujesz się z tym niezręcznie – powiedziała spokojnie, z przyjaznym uśmiechem.
Colette westchnęła i spuściła wzrok na skraj sukni.
Trzeba się do tego przyzwyczaić, pomyślała ze zrezygnowaniem.
– Dokładnie! – Stella poklepała ją po policzku. – W końcu jesteś – zwróciła się do Noëla, który zamknął drzwi mauzoleum.
Chłopak założył na głowę cylinder i skłonił się im szarmancko. Ubrany był w szary garnitur, który równie dobrze pasowałby do innych epok.
– Mam pieniądze. Co robimy?
– Weźmiemy dorożkę i pojedziemy do ogrodu Luksemburskiego – zadecydowała Stella i skierowała się do najbliższego wyjścia.
Noël zmarszczył brwi, ale szybko się uśmiechnął, gdy zauważył, że Colette przygląda mu się.
– Chodźmy, bo jeszcze ją zgubimy. Tylko sobie wyobraź, co ta dziewczyna może zrobić, jeśli nie będzie pilnowana…
Colette wzdrygnęła się na tę myśl. Chwyciła skraj sukienki i przyspieszyła, by dogonić towarzyszy, co nie było dla niej zbyt łatwe. Już czuła zakwasy w całym ciele; zazwyczaj nie ruszała się za bardzo i to tak gwałtownie.
Dopiero w dorożce Stella podjęła na nowo rozmowę:
– Dobrze – powiedziała jakby do siebie. – Musimy ją wtajemniczyć, Noël. Jeśli ma się udać, potrzebujemy jej pomocy.
Odwróciła wzrok od szyby i przeniosła go na dwójkę przyjaciół. Myślami była w jednym z mijanych domów i wyobrażała sobie, jakby wyglądało życie w nim, w tych czasach.
– O czym mówicie? – spytała nieprzytomnie.
Chłopak westchnął i zacisnął usta, patrząc na Colette z namysłem.
– Na twoją odpowiedzialność. Jeśli doprowadzi to do końca świata, ty będziesz za to odpowiedzialna, Stell.
Końca świata?! – powtórzyła piskliwym głosem.
– Żartowałem! Spokojnie! – Zrobił w powietrzu dziwny gest, jakby zarazem chciał cofnąć swoje słowa i uspokoić Colette.
– Jesteście rozkoszni. – Stella zachichotała i poprawiła materiał sukienki, by lepiej się układał na siedzeniu. – Ale bądźmy przez chwilę poważni. Tak, potrafię być czasami poważna. Nieczęsto się to zdarza, więc naprawdę – skupcie się.
Wzięła głęboki wdech i pochyliła się, by lepiej słyszeli; siedzieli naprzeciwko niej. Wciąż podskakiwali, gdy koła dorożki wpadały w dziury.
– Mam nadzieję, że nie wierzysz we wszystko, co mówi GT’a – zaczęła i wywróciła oczami, gdy zobaczyła zdezorientowaną minę Colette. – Oczywiście, że im wierzysz. Mam dla ciebie bardzo dobrą radę: przestań to robić. Teraz tworzysz drużynę z nami, więc… musisz się dowiedzieć, co tak naprawdę robimy.
– Za bardzo to wszystko udziwniasz – przerwał Noël i odwrócił się do Colette. – Jesteśmy blisko z GT’a, więc zaczęliśmy więcej widzieć i wiedzieć. Odkryliśmy, że organizacja nie zawsze jest z nami, podróżnikami w czasie, szczera. Za bardzo nas kontrolują, okłamują. Dlatego udajemy, że jesteśmy im posłuszni, tak naprawdę prowadząc własne śledztwo. Jak na razie zdobywamy tylko informacje, ale to i tak dużo. Wiedza to potęga, każdy inteligentny o tym wie.
Zatrzymali się przed bramą ogrodu Luksemburskiego. Colette patrzyła na nich nic nierozumiejącym wzrokiem. Milczeli, gdy wysiadali. Próbowała ułożyć to sobie w głowie.
– Nie rozumiem. Po co to robicie? Dla zabawy? – spytała, gdy zaczęli spacerować po ogrodzie.
Noël szedł po środku, a dziewczyny rozłożyły parasolki, by schronić się przed czerwcowym słońcem. Colette żałowała, że było tak gorąco – w swoich czasach mogłaby założyć krótką spodniczkę i bluzkę na ramiączka, a tak musiała tkwić w wielowarstwowej, zupełnie nieprzewiewnej sukni. Po ogrodzie spacerowało bardzo dużo osób, które udawały, że pogoda nie miała wpływu na ich samopoczucie.
– Oczywiście, że nie dla zabawy – oburzyła się Stella. – Robimy to, żeby móc walczyć z naszym wrogiem – powiedziała z powagą.
Wrogiem… – powtórzyła powoli, zastanawiając się nad tym słowem. – Och, masz na myśli Mrocznego Cienia?
– Szybko zgadłaś. Brawo – pochwalił ją Noël i skłonił się mijanym ludziom, którzy go pozdrowili. – Za cholerę nie mam pojęcia, kim oni byli – mruknął, wciąż mając na ustach uprzejmy uśmiech.
– Pewnie chodziło o nas. Wiesz, jesteśmy niezłymi partiami. Śliczne, młode, modne, zapewne bogate, patrząc na nasze suknie… Ja także jestem bardzo seksowna, a Colette zachwyca niewinnym pięknem. – Stella posłała kokieteryjne spojrzenie młodemu mężczyźnie, który z wrażenia aż się potknął. – Niestety ty, mój najdroższy przyjacielu, byłbyś traktowany jak największy paszczur. Wysoki, ale chudy, z tymi wszystkimi piegami na twarzy i bez wąsa… Masakra jakaś. Twoi rodzice pewnie wstydzą się ciebie od urodzenia. Nigdy się nie ustatkujesz, chyba że z jakąś zdesperowaną wdową. Chociaż, gdybyś był bogaty… może nie skończyłbyś aż tak źle. Jako kobieta miałbyś przekichane.
To nie był pierwszy raz, gdy Stella użyła kolokwializmu, który zupełnie do niej nie pasował. Mogłoby się wydawać, że tak piękna dziewczyna powinna posiadać bogate słownictwo, jednak Valery… łamała więcej niż jeden schemat.
– To mnie pocieszyłaś. Nie słyszałaś o czymś takim jak pokora? Lub skromność? Byłabyś prawdziwą damą, gdybyś nabyła te cechy. – Chłopak odrobinę zarumienił się na słowa Stelli. Chociaż mogło to być także z gorąca. Jak zwykle w rozmowie z przyjaciółką udawał aż nazbyt opanowanego.
– A czy prawdziwe damy zabiera się do łóżka na jedną noc? – spytała z figlarnym uśmieszkiem na ustach. – Jeśli nie, to nie jestem zainteresowana, skarbie.
– Mam dość. – Colette przysiadała na ławce i poczekała, aż do niej dołączyli. – Tego spaceru i waszej rozmowy. Czy możemy wrócić do Mrocznego Cienia? GT’a utrzymuje, że on nie istnieje. To zwykła legenda.
Nie dodała, że w nią wierzyła. Zazwyczaj dawała wiarę nawet największym głupotom.
– Widzisz? Kolejne kłamstwo GT’a. Nie chcą, byśmy zaczęli panikować, więc nie mówią nam prawdy. Ale mam dowód na to, że on naprawdę istnieje. Chcesz wiedzieć jaki? – zawiesiła głos i poczekała, aż przytaknie, by zbudować większe napięcie. – Byłam w jego głowie.
Otworzyła aż usta z wrażenia. Chwilę zajęło Colette, by sformułować w miarę sensowne pytania:
– Ale jak to? Czytałaś w jego myślach? Kiedy? Jak?
Stella zaplotła dłonie na podołku i po raz pierwszy wydawała się przygnębiona. Noël pospieszył z wyjaśnieniem:
– Jak miała piętnaście lat, a ja czternaście, podczas jednej podróży w czasie, udało nam się uciec przed Mrocznym Cieniem. Usłyszała jego myśli i dzięki temu na niego nie wpadliśmy. I tyle.
Chciała zadać wiele pytań o to zdarzenie, ale, o dziwo, wyczuła, że to delikatna sprawa i powstrzymała się.
– I co takiego robicie, by go pokonać? – spytała zamiast tego. Naprawdę ją to zainteresowało, chociaż także zaniepokoiło. Nie wiedziała, czy chciała brać w tym udział.
Stella, jak to ona, po raz kolejny ich zaskoczyła, rozpromieniając się; po smutku nie było śladu.
– Zaraz zobaczysz.
Zajęło to jednak dłuższą chwilę. Siedzieli na ławce przez kolejną godzinę, czekając na coś. Rozmawiali na luźne tematy, nie wracając już do Mrocznego Cienia. Colette czuła dreszcze na samą myśl o nim.
Dopiero pojawienie się trójki niepozornych osób sprawiło, że Stella się ożywiła. Wskazała na nie dyskretnym kiwnięciem głowy i powiedziała:
– To ona.
Były to dwie dziewczyny, na oko piętnasto-, szesnastoletnie, a także towarzysząca im kobieta w podeszłym wieku. Zapewne robiła za opiekunkę, przyzwoitkę panien. Jedna z nich, blondynka, ubrana była w jasną sukienkę, a druga, szatynka, w zieloną. W kapelusze miały wpięte różowe róże.
– Która? – zapytała szeptem Colette. – I o co w ogóle chodzi?
– Na razie obserwuj i nie odzywaj się, dobrze? Później ci wytłumaczymy. – Noël posłał dziewczynie pokrzepiający uśmiech.
Miratte i Valery szli przodem. Podeszli do starszej kobiety i zagadnęli do niej. Colette dogoniła ich, by usłyszeć:
– … podróżnikami w czasie. Chcieliśmy z panią porozmawiać.
Zapadło milczenie. Panny poszły przodem, nie oglądając się na opiekunkę. Kobieta przyglądała im się uważnie, na początku bez słów. Później przełamała napięcie, śmiejąc się cicho.
– Naprawdę? Z jakiego roku pochodzicie? – W ochrypłym głosie brzmiało sporo ciepła.
– Z 2015 roku – szepnął Noël i odpowiedział na jej uśmiech.
Kobieta zaśmiała się głośniej, sprawiając, że dziewczęta w końcu się zatrzymały i obejrzały na nich. Blondynka zmarszczyła brwi, powiedziała coś do towarzyszki i podeszła do nich pospiesznie.
– Wszystko w porządku, ciociu? Stało się coś? – spytała z udawaną troską, mierząc intruzów pogardliwym spojrzeniem.
– Nic takiego, Amelio. Spotkałam po prostu wnuków mojej bliskiej przyjaciółki. Chciałabym z nimi porozmawiać. Dołączę do was za chwilę przy fontannie.
Dziewczyna, nie znajdując żadnego dobrego powodu, by zostać i uczestniczyć w rozmowie, w końcu się odwróciła i odeszła.
– Usiądźmy, moi mili. – Wskazała na ławkę, na której przed chwilą siedzieli. – Nie mam już tylu lat, co wy. Szybko się męczę.
– Niech pani nam wybaczy, że panią niepokoimy. Nie zajmiemy dużo czasu. – Noël zdominował rozmowę. Może martwił się, że Stella powie coś nieodpowiedniego? – Nazywam się Noël Miratte, a to są Stella Valery oraz Colette Lacroix.
– Panna, nie pani, niestety. Ale mówcie mi po imieniu. Nazywam się Arlette Clavel. To dla mnie prawdziwa przyjemność. Nigdy nie rozmawiałam z innymi podróżnikami w czasie. Jak mnie znaleźliście?
Dobre pytanie, pomyślała Colette, ale milczała.
– Dzięki mojej cesze. Wyczuwam podróżników w czasie – wyjaśniła Stella. – Właśnie. Cechy. Jeśli ci to nie przeszkadza, mogłabyś powiedzieć, jaka jest twoja cecha? – Uśmiechnęła się ślicznie.
Starsza pani zastanawiała się przez chwilę, oceniając, czy może im zaufać.
– Wydajecie się tacy sympatyczni. Powiem wam. – Odchrząknęła. – Moją cechą jest… Hm… Jak to wytłumaczyć? Wiem, jaką śmiercią ktoś zginie.
Wymienili się spojrzeniami. Tak naprawdę nie znali cech innych podróżników w czasie. Colette była uczona tylko o tym, że istnieje trójka Czasów, którymi okazali się między innymi Stella i Noël.
– Więc wie pani, jak umrzemy? Jak umrą inni ludzie? Wszyscy pani bliscy? – spytała, nie przejmując się już tym, że miała milczeć. Próbowała wyobrazić sobie życie z taką wiedzą. – To straszne.
Arlette uśmiechnęła się smutno i kiwnęła głową.
– Ale jak to działa? – dopytywała Stella.
– Wystarczy, że na kogoś spojrzę i już wiem. Tak po prostu. Kiedy patrzę na waszą trójkę – Przetoczyła spojrzeniem po ich twarzach, zatrzymując się na Colette – po prostu wiem. Ale to czasami się zmienia, chociaż bardzo rzadko. Człowiek wciąż kształtuje swoje życie, ale dąży do jednego końca, który jest mu pisany. I nawet gdybym chciała, nie mogę zapobiec tej śmierci. Próbowałam, ale… nie potrafię.
– Chyba nie chcę wiedzieć, jak zginę. Chociaż z drugiej strony, bardzo mnie to ciekawi… Ale jednak chyba nie mogę… Chociaż może…? – Stella przygryzła kciuka, zastanawiając się intensywnie.
– Stell! – syknął Noël i walnął ją łokciem w brzuch. – Arlette i tak ci nie powie. Nie pozwolimy jej.
– To by nic nie dało. Próbowalibyście zapobiec swojej śmierci, myślelibyście o niej bez przerwy i nie potrafilibyście dłużej żyć. Wiem o tym bardzo dobrze. – Zamilkła na chwilę i przymknęła powieki, oddając się wspomnieniom. – Zniszczyłam tak życie mojemu narzeczonemu wiele, wiele lat temu.
– Bardzo ci współczujemy – mruknęła Coltte i poczuła jak łzy napływają jej do oczu. Szybko wzięła się w garść. – Przepraszamy. Nie powinniśmy pytać o takie rzeczy.
– Och, nic się nie stało. Dobrze tak z kimś porozmawiać. – Podniosła się ostrożnie i spojrzała na nich łagodnie. – Muszę już iść. Ale… – Zawahała się i zwróciła do Colette. – Uważaj na siebie, dziecko. Nie wiem dlaczego, ale twoja śmierć… – urwała i pokręciła głową. – Nie, lepiej, żebyś nie wiedziała.
Pożegnali ją i patrzyli, jak odchodziła. Dopiero wtedy Colette pozwoliła sobie na okazanie niepokoju.
– Co ona miała na myśli? O co chodziło z moją śmiercią?
– Hej, hej, hej! Spokojnie. – Noël położył dłonie na ramionach dziewczyny i spojrzał w oczy. – Słyszałaś, co mówiła. Nie możemy o tym myśleć, bo inaczej zwariujemy.
Wzięła kilka głębokich oddechów i kiwnęła głową, gdy udało jej się uspokoić.
– Kurczę. Chyba jednak chciałabym wiedzieć, jak zginę – stwierdziła Stella.
Posłali dziewczynie identyczne spojrzenia, które mówiły: Serio, dziewczyno?
– No co? To ciekawe. – Wzruszyła ramionami i wstała z ławki. – Udało nam się znaleźć kolejnego podróżnika. Pora wracać do domu.
– Kolejnego? – Colette niechętnie także się podniosła. Spędzili w parku blisko dwie godziny. Czuła się już zmęczona tą podróżą. Zazwyczaj cofała się w czasie i szła do jakiegoś miejsca, by poczytać książkę, a potem wracała. Nie była przyzwyczajona do takich akcji. – Poczekajcie chwilę. Wytłumaczcie mi , bo nic nie rozumiem.
Noël i Stella zdążyli przejść już kilka kroków. Odwrócili się do niej, wymienili się jeszcze spojrzeniami i chłopak westchnął, przegrywając pojedynek.
– Dzięki temu, że Stella czyta w myślach, zawsze wie, że spotkała podróżnika w czasie. Wykorzystujemy to w różnych czasach, by poznać cechy podróżników.
– Gdybyśmy pojechali do Londynu, w okolice drugiej siedziby GT’a, nasze poszukiwania byłyby bardziej skuteczne. Ale na szczęście mamy podróże w czasie. – Stella złapała Colette pod ramię i zaczęła prowadzić w stronę wyjścia.
– Ale po co?
– Jak już mówiłem: potrzebujemy informacji. Stwierdziliśmy, że to dobry początek.
Dziewczyna, jak to ona, zadowoliła się takim wytłumaczeniem.
– I ile cech już znacie?
– Razem z twoją dwadzieścia siedem – pochwalił się Noël. – W tym także cechy Czasów.
– Jeszcze tylko siedemdziesiąt trzy i będziemy wiedzieli więcej niż jakikolwiek podróżnik w czasie – rzekła z entuzjazmem Stella. Wsiedli do najbliższej dorożki i kazali się zawieść na cmentarz. – Chyba że Mroczny Cień wie o wiele więcej. Taka opcja także istnieje.
– Mówiłaś, że czytałaś mu w myślach. Nie wiesz tego? – Zdziwiło to ją. Chyba do końca jeszcze nie rozumiała, na czym polegało Stelli czytanie w myślach.
Blondynka zdjęła wielki kapelusz i położyła na siedzeniu. Obok niego zaraz wylądowały pantofle. Podróż zajmowała ponad trzydzieści minut, więc nic dziwnego, że pozbyła się niewygodnego balastu. Gdyby mogła, pewnie wylądowałby tam także gorset.
– Chyba źle mnie zrozumiałaś. Jestem Teraźniejszością. W ogóle za każdym razem mnie to bawi. W sensie, że ta nazwa. – Stella wyciągnęła nogi i położyła je na kolanach przyjaciela. Chłopak tylko westchnął i pokręcił na to głową. – Poznaję tylko teraźniejsze myśli człowieka. To, o czym myśli w danej chwili. Noël jest od poznawania wspomnień. A Mroczny Cień… myślał o tym, żeby nas dorwać. Bez zbędnych szczegółów – skończyła cicho.
– To jakie cechy odkryliście? – zmieniła temat i poleciała do przodu, gdy dorożkarz zahamował. Gdyby nie to, że Noël ją przytrzymał, uderzyłaby się mocno w głowę.
– Zatrzymywanie czasu, cofanie czasu, nie chorowanie w teraźniejszości bez odbywania jednej podróży na tydzień, telekineza, teleportacja, hipnoza, przyspieszanie czasu… Co tam jeszcze było? – Chłopak próbował sobie przypomnieć.
– Niektóre cechy są dziwne, inne niebezpieczne, a jeszcze inne zupełnie zwyczajne. Jedna kobieta mówiła, że jej cechą jest genialna pamięć. A taki staruszek w 1964 roku twierdził, że ma po prostu bardzo wyostrzoną intuicję. Pokażę ci listę tych cech w naszych czasach.
~~*~~*~~*~~
– Myślisz, że ona wciąż tam jest? Wołałam ją chyba z pięć razy, ani razu nie zareagowała. Siedzi już tak od dwóch dni.
– Może zwiedza kosmos? Wiesz, zostawiła ziemski świat wraz ze swym ciałem daleko za sobą i myślami wyruszyła na poszukiwanie innych galaktyk. Nie powinnyśmy jej w tym przeszkadzać.
– No nie wiem. Wydaje mi się, że próbuje włamać się do jakiejś bazy wojskowej i wysłać bombę atomową na… – zastanawiała się przez chwilę – może do Stanów? Sama nie wiem. Na pewno byłaby w barwie écru. Nie zdziwię się, jeśli zaraz wpadnie tutaj FBI.
Vira po raz kolejny pomachała dłonią przed twarzą współlokatorki i nie uzyskała żadnej reakcji. Wymieniła spojrzenia z Urbim. To było naprawdę niepokojące.
Wyglądająca jak małe dziecko dziewczyna od dwóch dni siedziała przy biurku i nieustanie klikała w klawiaturę laptopa. Vira kompletnie nie znała się na informatyce, więc informacje pojawiające się na ekranie przypominały jej tylko kadr z Matrixa. Nie miała pojęcia, że écru współlokatorka oprócz maniakalnego sprzątania, grania na altówce, odrabiania lekcji, interesowała się także komputerami, a może hakowaniem, programowaniem? Wyglądało to wyjątkowo podejrzanie.
– Steph, odezwij się, jeśli wciąż tam jesteś. Razem z twoją rodziną martwimy się o ciebie. Nie jest za późno, by uzyskać pomoc – powiedziała dramatycznym głosem i westchnęła, gdy znowu nie dostała żadnej odpowiedzi. – Poddaję się. Ona chyba naprawdę nas nie słyszy. A już dawno zdjęłam jej słuchawki z uszu.
– Może źle do tego podchodzimy? – zastanawiał się Urbi, wciąż stojąc obok Stephanie i patrząc na jej niemrugające oczy. – Masz jakieś zapasy jedzenia?
Spojrzała na niego nieufanie.
– Co to za pytanie natury osobistej?
Wywrócił oczami i podszedł do szafki nocnej Elvire. Otworzył ją i znalazł masę słodyczy. Wybrał ciasteczka maślane i nie zważając na protesty Viry, położył je obok Steph. Nie czekali długo. Pracując dziewczyna, wciąż nie odrywając spojrzenia od ekranu laptopa, chwyciła ciasteczko i zaczęła je chrupać.
– Jestem genialny! – Rozpromienił się, a później podsunął jej jeszcze butelkę otwartej wody.
– Dlaczego to ja muszę cierpieć? – marudziła Vira, gdy Urbi usiadł obok niej na łóżku. – Może miałam ochotę na te ciasteczka, co?
– Gdyby umarła z głodu, byłabyś po części za to odpowiedzialna, więc… tak jakby nie patrząc, uratowałem twoje życie. – Wyszczerzył się i przykrył się ciepłym, fioletowym kocykiem. – Bądź dobrą koleżanką i poczęstuj mnie czymś.
Dziewczyna westchnęła i wyjęła paczuszkę z kolorowymi makaronikami.
– Prezent od Patricka. Wujek i ciocia przechodzą sami siebie w dokarmianiu mnie. Bali się, że mam anoreksję. Ja! Wyobrażasz sobie? – mówiła, otwierając paczuszkę i kładąc pomiędzy nimi. – Oczywiście nie wyprowadziłam ich z błędu i teraz możemy korzystać z owoców ich dobroci.
– Amen.
Przez kilka minut milczeli, zajęci pałaszowaniem. Virze przez myśl przemknęło, że to naprawdę nie w jej stylu. Siedzieć z kolegą we własnym łóżku i dzielić się jedzeniem… Niewiarygodne. Przeklęci optymiści z przeklętymi, szczerymi oczami.
– Co z damulką? – spytała po pewnym czasie, choć sama się ze sobą gryzła, czy zadać to pytanie. – To nie z nią powinieneś spędzać niedzielny wieczór?
Od razu pożałowała, że zadała to pytanie. Zobaczyła tyle bólu i zniechęcenia w oczach chłopaka, choć na ustach wciąż tkwił delikatny uśmiech. Wzruszył ramionami.
– Pojechała na weekend do swojej starszej siostry, która mieszka w Paryżu – powiedział, siląc się na neutralny ton.
– Mam brata w Paryżu, wiesz? – zmieniła szybko temat, nie chcąc bardziej męczyć Urbinusa.
– Serio? – Od razu się ożywił. – Może go kiedyś odwiedzimy? Z chęcią bym go poznał.
Skrzywiła się, myśląc o Jean-Louise.
– To nienajlepszy pomysł. Niezły z niego dupek.
Zmartwił się, wyrażając to jednym ze swoich uśmiechów.
– Och, współczuję.
– Czasami tak bywa. Rodziny się nie wybiera, więc chyba dlatego jej członkowie  pozwalają sobie na bycie dupkami wobec bliskich. Osobiście uważam, że lepiej być dupkiem niż tchórzem i uciec sobie za granicę… – Zamilkła, zdając sobie sprawę, że powiedziała za dużo, za bardzo się odsłoniła.
– Doskonale to rozumiem. Mam świetny kontakt z mamą, ale z tatą kompletnie się nie dogaduję. Szkoda, że nie mam rodzeństwa. Zawsze zazdrościłem Colette dwóch sióstr… Znowu zaczynam o niej nawijać. Wybacz.
Zaśmiał się niemrawo i zjadł ostatni makaronik. Vira nie miała serca, by nakrzyczeć na niego. Naprawdę robiła się za miękka.
– Nie ma sprawy. Zdążymy obejrzeć jakiś film przed godziną policyjną? – spytała, sięgając po laptopa. – W ogóle to która godzina?
– Dwudziesta piętnaście – odpowiedział wyprany z uczuć głos.
– Na wuja Wafla! Steph, nie strasz nas tak! – Urbi złapał się za pierś, a dopiero potem zorientował się, co powiedział. – Stephanie, ty żyjesz! Mówiłem, że jedzenie pomoże.
Écru współlokatorka w końcu powróciła do świata żywych. Machinalnie zamknęła laptopa, schowała do etui i położyła obok biurka. Później wstała, wzięła kosmetyczkę wraz z piżamą i udała się do toalety.
– Jest dziwna, ale za każdym razem budzi mnie rano, więc nie mam na co narzekać – stwierdziła Vira i zaczęła szukać na Internecie jakiegoś dobrego filmu.
Drgnęła, słysząc dźwięk powiadomienia. Szybko odczytała wiadomość i zgasiła ją, gdy Urbi zerknął przez ramię dziewczyny.
– Kto to? – spytał zaciekawiony.
– To tylko Kaki. Moja najlepsza przyjaciółka z Anglii – skłamała i szybko zmieniła temat. – Na co masz ochotę? Po raz setny Nietykalnych?
– Nie widziałem tego filmu – przyznał, z zakłopotanym uśmiechem.
– Zbrodnia dla obywatela Francji. Zdecydowanie musisz go zobaczysz.
Zgasiła światło, by nie przeszkadzało odsypiającej Steph i ułożyła się wygodnie koło Urbiego. Naprawdę nie powinna czuć się przy nim tak swobodnie. Co się z nią działo?

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam, że tak późno. Nie jestem zadowolona z tego rozdziału. Ech. Ale muszę doprowadzić do następnej akcji, więc znowu mamy rozdział przejściowy.
Następny rozdział: 18.03
Pozdrawiam Was, Podróżnicy w czasie!
Gabsone nene