piątek, 13 stycznia 2017

Czas: 7


Czy to było irracjonalne? To, jak się czuł? To, że nie potrafił się na niczym skupić? To, że nawalał na lekcjach, na treningach pływackich? To, że ciężko było mu utrzymać uśmiech?
Sporo osób, tak jak on, martwiło się o Virę. Chodziła do akademii od niedawna, ale już zdążyła zdobyć sympatię lub chociaż zainteresowanie sporej części ich rocznika. Ich zdaniem była to niezła sensacja. Nowa uczennica zaginęła! Ale o Colette? Przejmowali się jej zniknięciem w niewielkim stopniu i to w większości tylko ze względu na niego. Jedyną osobą, której w równej mierze jej brakowało, był mały Zach.
Nigdy nie pochwalał przygnębienia. Wolał działać niż popadać w smutek. Ale teraz… naprawdę nie wiedział, co mógłby zrobić, jak pomóc. Utrzymywał kontakt z rodzicami Col, którzy zapewnili go, że nie musi się już o to martwić i że policja robi, co w ich mocy. Zdaniem Urbiego niewystarczająco.
Profesor Patrick wrócił na tydzień do domu; dyrekcja miała dla niego sporo wyrozumiałości i sami zasugerowali, by wziął odrobinę wolnego. Jeśli Urbi był w złym stanie, to nauczyciel we wręcz tragicznym. Przed jego wyjazdem spotkali się, by porozmawiać.
– Dzwoniłem do jej matki, wiesz? Estelle powiedziała tylko, że nic na to nie poradzi. Ma swoje własne problemy. To ja miałem się nią opiekować. – Mężczyzna poprawił okulary, wzdychając. – Czasami nie mogę uwierzyć, że jesteśmy rodziną…
Urbi zacisnął dłonie w pięści i pochylił się do przodu. Siedział na drewnianym krześle w gabinecie profesora Grenouille, w którym panował nieporządek. Mężczyzna przerzucał kartki, szukając czegoś na biurku, robiąc przy tym jeszcze większy bałagan.
– Za to brat Viry bardzo się zmartwił i obiecał, że spróbuje jakoś nam pomóc.
To zainteresowało Urbiego, sprawiając, że chociaż przez chwilę przestał myśleć o zniknięciu dziewczyn.
– To ona ma brata? – spytał mocno zdziwiony.
Patrick zamrugał kilkukrotnie, pakując plik referatów do papierowej teczki.
– Nie mówiła ci o tym? Jean-Louis studiuje w Paryżu medycynę. Ma dwadzieścia jeden lat, więc prawnie mógłby się już opiekować Virą, jednak odmówił, tłumacząc się nawałem nauki i brakiem pieniędzy. – Patrick wzruszył ramionami.
Chłopak opadł na krzesło, znowu czując napływające przygnębienie, mieszające się ze zrezygnowaniem. Okazuje się, że tak naprawdę nic nie wiedział o Virze. Nigdy nie podzieliła się z nim swoimi myślami, nawet podstawowymi faktami o rodzinie. Ale czego on oczekiwał? Nie znali się za długo. To, że on był tak bardzo otwarty, że od razu chciał uczynić z niej swoją przyjaciółkę, należało raczej do przykrych faktów. Zawsze tak miał. Lubił wysłuchiwać innych ludzi, radzić im, od razu wychodząc z założenia, że sam też może im zaufać i powiedzieć o wielu rzeczach. Najwyraźniej normalni ludzie nie byli tacy wylewni.
Chwilę później pożegnał się z profesorem Patrickiem i udał do pokoju Zacha, któremu obiecał, że wytłumaczy historię.
Chłopiec mieszkał na pierwszym piętrze, w części męskiej. Jako jedyny miał swój stały pokój, którego nie zmieniał wraz z nowym rokiem szkolnym jak inni uczniowie.
Jak to się stało, że zaczęli się ze sobą trzymać całą trójką? Zach miał wielu nauczycieli, którzy uczyli go prywatnie, ale nigdy nie przepadał za historią i to z nią posiadał największy problem. Przydzielono mu do nauki bardzo surowego nauczyciela, który uczył tylko jedną klasę w ich szkole. Chłopiec kompletnie sobie nie radził, ale jego ojciec, dyrektor szkoły, nie wyraził zgody, by to Patrick go uczył. Miał wielkie ambicje, jeśli chodziło o jego syna. Zach był bystrym dzieckiem. Trochę powęszył i dowiedział się, że Urbi jest bardzo dobry z historii i udziela korepetycji. Tak rozpoczęła się ich znajomość, która trwała już drugi rok.
W kieszeni Urbiego zawibrował telefon. Wzdrygnął się, kiedy zobaczył, że to wiadomość od Katie. Ta dziewczyna nie dawała mu ostatnio spokoju. Chyba chciała mu pomóc, kierując jego myśli na pracę w samorządzie, jednak on nie miał na to teraz ochoty. Nie odpisał.
Zach przywitał go z entuzjazmem godnym prawdziwego dziewięciolatka. Od razu zaczął opowiadać o swoich dzisiejszych zajęciach i o nowym filmie Marvela, na który koniecznie musieli razem pójść. Urbi uśmiechał się tylko słabo, ale chłopcu to nie przeszkadzało. Zajęli się historią i dopiero ciekawa uwaga malca spowodowała, że chłopak się ożywił.
– Może pójdziesz do pokoju Colette i czegoś tam poszukasz? W filmach detektywistycznych zawsze tak robią. Nawet dr House zawsze tak robił! – Wyszczerzył do niego zęby i zapisał coś w swoim zeszycie.
– Powinni odciąć ci kablówkę – wymamrotał Urbi, ale później zamyślił się. Może to wcale nie był taki zły pomysł? Pewnie przeszukiwali już jej pokój, ale to on znał Colette i mógł znaleźć coś, co im umknęło.
– Nah. Wtedy zanudziłbym się na śmierć. A tak to mam przynajmniej filmy i powtórki seriali! Chociaż niektórych rzeczy chyba nie powinienem oglądać… – Zamyślił się, ale łobuzerski uśmiech na jego ustach mógł wskazywać, że nie zamierzał z nich rezygnować.
Urbi pokręcił tylko głową, ale sam się uśmiechnął. Miał sporą słabość do Zacha. Zawsze chciał mieć rodzeństwo; zazdrościł Colette, która posiadała starszą i młodszą siostrę. Może dlatego tak łatwo przywiązał się do małego Hoffmanna?
Posiedzieli jeszcze chwilę nad historią – choć niedługo, gdyż Zach jako dziecko nie potrafił długo skupić swojej uwagi. Zresztą omawiali dość łatwe tematy, więc szybko i przyjemnie zleciał im czas.
Urbi, kiedy określił już sobie cel, poczuł się od razu lepiej. Może to było głupie, ale nie lubił bezczynności i nawet taka drobna rzecz, jak włamanie się do pokoju Col, poprawiła mu humor. Jak ona by się na niego gniewała, gdyby się dowiedziała! Miał nadzieję, że szybko wróci, bo chyba trochę już nie potrafił bez niej żyć.
Chyba jednak nie można było nazwać tego włamaniem. Wystarczyło, że poszedł do jednej z wychowawczyń, uśmiechnął się i powiedział, że pożyczył Colette podręcznik od języka francuskiego i nie ma jak go odzyskać. Nauczycielka bez problemu dała mu klucz od pokoju dziewczyny i życzyła powodzenia w poszukiwaniach. Jednak bycie grzecznym uczniem miało swoje zalety.
Czuł się odrobinę niezręcznie, przechodząc przez korytarz pełen koleżanek z jego rocznika. Było akurat po kolacji, więc pewnie większość z nich kierowała się do pokoju integracyjnego lub biblioteki. Wiele z nich go zaczepiały, zagadywały – oczywiście nie potrafił przejść obok nich obojętnie i musiał z każdą porozmawiać. W końcu stanął przed drzwiami pokoju Colette i mógł bezpiecznie schronić się za nimi. Odrobinę bolał go uśmiech na jego twarzy – naprawdę miał trudności, by szczerze się uśmiechać, odkąd zaginęły dziewczyny.
Dawno nie był u niej w pokoju, jednak co roku, w każdej ze szkół, wyglądał on praktycznie tak samo. Każdą półkę, przestrzeń na biurku, nawet jedno z wolnych łóżek zajmowały książki. Na ziemi leżał gruby, miękki, zielony dywan. Łóżko było nieposłane – walały się na nim koce i liczne poduszki – tak jakby dziewczyna wstała tylko na moment i zamierzała za chwilę ponownie się w nim położyć. Porządnie złożone ubrania na krześle także sprawiały takie wrażenie. Na drewnianych drzwiczkach szafy wisiało kilka zdjęć – Colette ze swoimi siostrami, na innym z babcią, ale większość to były ich wspólne zdjęcia przedstawiające różne etapy ich dorastania. Coś ścisnęło go w środku na ich widok. Zazwyczaj to on ją zmuszał do ich zrobienia. Obejmował ją ramieniem, szczerzył zęby i krzyczał, że ma się uśmiechnąć. Dlatego też na większości zdjęć mina Colette była albo bardzo zdziwiona, albo odrobinę zirytowana. Ale mu to nigdy nie przeszkadzało. To miłe, że i tak je zachowała.
Zaczął przeszukiwać jej pokój. Nie wiedział, czego dokładnie powinien szukać. Tak naprawdę chciał po prostu się czymś zająć i może też odrobinę poczuć bliskość Colette, otaczając się rzeczami, które do niej należały? Jak bardzo porąbany był?
Przeglądał książki, zaglądał do szuflad, szukając czegoś interesującego. Zerknął nawet do szafy dziewczyny, znajdując w niej sporo podobnych do siebie ubrań. W końcu rzucił się zrezygnowany na łóżko dziewczyny. Po co on w ogóle tutaj przychodził? Wtedy poczuł, że coś wbija mu się w plecy. Spod jednej z poduszek wyciągnął notes. Miał zwyczajną brązową okładkę i był bardzo gruby – w wielu miejscach wystawały z niego kartki – powycierane rogi mogły wskazywać, że dziewczyna chętnie z niego korzystała. Urbi, o dziwo, widział go po raz pierwszy. A miał wrażenie, że już wszystko wie o swojej ukochanej. Usiadł na łóżku i otworzył na pierwszej stronie…
~~*~~*~~*~~
– Jesteście dość młodziutkie, co?
Stella postanowiła przygotować im coś do jedzenia, chociaż twierdziła, że zrobiła tak dużo kanapek, ponieważ zawsze na kacu była głodna. Siedziały w trójkę przy drewnianym stole w kuchni. Podobno Thérese wciąż narzekała na niewielkie rozmiary mieszkania i na brak jadalni, jednak Vira uważała, że jedzenie posiłków w kuchni nie jest niczym złym. Była raczej przyzwyczajona do takich warunków.
Pytanie Stelli sprawiło, że dziewczyny wymieniły się spojrzeniami. Zapomniały o tym. Miały szesnaście lat, a nagle wylądowały na progu mieszkania Thérese, czego nie dało się tak łatwo wytłumaczyć. Powinny wcześniej ustalić jakąś wersję. Teraz zostało im tylko granie.
– Jesteśmy zaledwie o rok od ciebie młodsze. To chyba nie aż taka duża różnica wieku, prawda? – Colette zachowała spokój. Niezła była z niej kłamczucha, co według Viry miało sens. Jako podróżniczka w czasie pewnie często musiała naginać prawdę.
Stella uniosła brwi, patrząc na nie znad kanapki, którą właśnie gryzła. Elvire lubiła jej oczy – pięknie niebieskie, czyste, prawdziwe. Nie potrafiła jeszcze z nich za dobrze czytać, ale czasami tak się zdarzało. Nie każdego dało się łatwo przejrzeć.
– Tak? Ja bym wam dała szesnaście, nie osiemnaście lat, ale to może tylko ja. – Blondynka wyszczerzyła się na widok ich min. – Spokojnie, spokojnie. To nic takiego. Każda z nas miała ochotę zwiać ze szkoły i rozpocząć samodzielne życie. To normalne. Wasz sekret jest ze mną bezpieczny! – Puściła im oczko i upiła swoją herbatę.
Vira nie mogła się powstrzymać i zachichotała pod nosem, kiedy Colette zachowała kamienny wyraz twarzy i powiedziała, że nie wie, o czym ona mówiła.
Stella miała na sobie tylko satynowy szlafrok, ale ani trochę nie była skrępowana swoim wyglądem. Vira trochę jej się nie dziwiła. Jakby miała takie ciało… Colette jednak czuła się odrobinę nieswojo w towarzystwie dziewczyny. Elvire już wcześniej zauważyła, że podróżniczka raczej ograniczała kontakty z innymi ludźmi i czuła się swobodnie, jak na razie, tylko w towarzystwie Urbiego, Zacha i swojej babci.
Skończyły posiłek, chociaż to Vira i Stella zjadły najwięcej, Colette tyko skubała swoją porcję. Dziewczynie to nie mieściło się w głowie. Sama tak mocno kochała jedzenie, że nie wyobrażała sobie, że ktoś może tak mało jeść.
Przeniosły się do salonu, gdzie Stella rzuciła się od razu na kanapę, przeciągając się jak kotka i ziewając.
– Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że się pojawiłyście! Może przynajmniej z wami będzie ciekawiej. Solo to straszna nudziara. Wciąż na mnie narzeka. – Naburmuszyła się, oglądając swoje paznokcie. – Idziemy wieczorem gdzieś?
Spojrzała na nie z tak wielką nadzieją, że Vira naprawdę nie wiedziała, jak odmówić. Zerknęła na Colette, która także wyglądała na zakłopotaną.
– Może nie dzisiaj… Dopiero co przyjechałyśmy, powinnyśmy jednak najpierw się zaaklimatyzować. I nie wydaje mi się, żeby Thérese’ie się to spodobało – odpowiedziała z namysłem Lacroix, przysiadając na fotelu.
Stella znowu się naburmuszyła.
– Dobra. Ale to jeszcze nie koniec! Ja się tak łatwo się poddam. – Dziewczyna zaczęła bawić się swoimi włosami, przyglądając się im uważnie. – Wy dwie jesteście przyjaciółkami, a co z Tessą? Skąd ją znacie?
Vira powstrzymała się, żeby prychnięciem nie skomentować swojej przyjaźni z pewną damulką.
– To kuzynka Colette – powiedziała pewnie, bo to akurat zdążyły ustalić. – I skończ z tymi pytaniami. Jesteś strasznie wścibska.
Blondynka wybuchnęła głośnym śmiechem, gdy Lacroix tylko westchnęła i pokręciła głową z politowaniem.
Vira wzruszyła ramionami. Taka była prawda. Czemu miała tego nie mówić?
– O raju! Niesamowite. Mówisz to, co myślisz. Nie często spotykam takich ludzi.
Stella wydawała się być naprawdę zachwycona, co odrobinę zdezorientowało Virę. Zazwyczaj ludzie nie pochwalali tej cechy u niej. Raczej im nie odpowiadała.
– Proszę cię. Nie zachęcaj jej. – Colette próbowała chyba brzmieć jak zwykle niemile, jednak tym razem nie za bardzo jej wyszło. – My musimy się zbierać.
Elvire próbowała nie wyglądać na zdziwioną. Kiwnęła tylko głową, choć pierwsze o tym słyszała.
– Już mnie opuszczacie? Co z was za przyjaciółki?
Dziewczyny znieruchomiały. To bardzo dobre pytanie. Były chyba najgorszymi przyjaciółkami dla swoich bliskich, jakie widział ten świat. Ton Stelli charakteryzował się odrobinę prześmiewczą nutką, więc oczywiście żartowała, jednak dała im do myślenia.
– Musimy iść na zakupy. Niedługo wrócimy. – Colette poprawiła włosy i uśmiechnęła się delikatnie. – Mogłabyś mi może pożyczyć jakąś torebkę?
– Jasne! – Stella porwała się na równe nogi i pobiegła do swojego pokoju. Po sekundzie wróciła, niosąc w dłoniach brązową, starodawną torebkę (choć w tych czasach była pewnie jak najbardziej nowoczesna). – Mogę ci ją oddać. Już jej nie używam. – Rzuciła ją Colette, która odwróciła się od nich, by opróżnić zawartość swoich kieszeń. – Ale w takim razie musicie kupić mi coś ślicznego. Bawcie się dobrze! – pożegnała je i zatrzasnęła za nimi drzwi. Nagle jednak ponownie je otworzyła. – Tutaj macie klucz. – Podała im przedmiot i ponownie zniknęła.
– Ciekawa osóbka, co? – powiedziała Vira, zerkając na Colette, która wydawała się być zmęczona.
– Aż za bardzo – mruknęła i pogładziła się po czole. – Chodźmy.
Vira podreptała za swoją towarzyszką, która szła normalniejszym tempem. Tym razem nigdzie im się nie śpieszyła.
– Naprawdę idziemy na zakupy? – spytała, gdy wyszły na ulicę.
Uderzył w nie dość chłodny wrześniowy wiatr, a także gwar życia. Było po piętnastej, więc większość sklepów jeszcze funkcjonowało. W pobliskiej kwiaciarni starszy pan wybierał z kwiaciarką kwiaty, po chodniku przebiegła grupka dzieci, ulicą jeździły nieliczne samochody. Vira żałowała, że nie miała aparatu. Aż ją palce świerzbiły, by zrobić jakieś zdjęcie.
– Musimy. Podobno przyjechałyśmy tutaj z własnej woli, a nawet nie mamy ze sobą żadnych bagaży. – Zaczęły kierować się w kierunku głównej ulicy. – To podejrzane. Stella łatwo wyłapała nawet najdrobniejsze szczegóły, gdy ja dopiero zaczynałam o nich myśleć. Musimy to zmienić.
– Dobrze, mamo – mruknęła, za co otrzymała wściekłe spojrzenie swojej towarzyszki. Mogła się tylko na to wyszczerzyć. Wciąż nie przepadała za Colette, ale powoli zaczynała ją rozumieć i wiedziała, że w przeszłości musi na niej polegać. Nie miała wyboru.
Mieszkanie babci Colette znajdowało się niedaleko Placu Bastylii, a one kierowały się do dzielnicy Le Marais, więc nie musiały iść za daleko. W oddali majaczyła sylwetka katedry Notre Dame, gdy wchodziły do pierwszych butików. Vira nie była przyzwyczajona do tego, że skupiała na sobie całą uwagę obsługi. Nie mogła sama sobie niczego wybrać, gdyż było to zadanie ekspedientki, która z największym zainteresowaniem ją obsłużyła. I tak w każdym sklepie. Wróciły do domu obładowane zakupami. Vira nawet nie chciała się zastanawiać, ile Colette musiała wydać franków – na których zresztą kompletnie się nie znała, jako że teraz przecież obowiązywało euro we Francji. Odłożyły zakupy i dopiero wtedy im się przypomniało, że przecież nie kupiły Elvire butów – wciąż chodziła w za dużych.
– Mogłaś powiedzieć.
Colette nie była zadowolona. W równej mierze męczyły ją zakupy. Było już po osiemnastej, więc musiały się pośpieszyć. O siódmej, najpóźniej o dwudziestej zamykano większość sklepów. W domu nie zastały dziewczyn; Thérese jeszcze nie skończyła pracy, a Stella pewnie poszła na kolejną randkę.
Vira wzruszyła ramionami, przegryzając kawałek bagietki, którą kupiły na kolację.
– Zapomniałam. Po prostu chodźmy.
Tym razem nie miały czasu na dłuższy spacer, ale na szczęście znalazły w okolicy sklep z butami. Wcześniej nie miały ochoty na zbytnie pogaduchy, teraz jednak Vira zamierzała zadać kilka pytań.
Nagle na Colette wpadł jakiś chłopak, przewracając ją na ziemię. Dziewczyna wydała cichy okrzyk i upadła na cztery litery. Virze rzuciło się w oczy tylko to, że osobnik ten ubrany był w czarny garnitur i miał na głowie kapelusz. Za chwilę zniknął im z oczu.
– Hej! Uważaj, jak leziesz! – warknęła za nim, pomagając Colette wstać. Zrobiła to automatycznie, jednak szybko ją puściła. Przecież nie chciała się z nią spoufalać.
Dziewczyna wytrzeszczyła na nią oczy.
– Do kogo ty to powiedziałaś? Przecież sama upadłam. – Otrzepała swoją spódnicę i zaplotła ramiona na piersi, patrząc wyczekująco na swoją towarzyszkę.
Vira zamrugała, zdziwiona.
– Wcale nie. Wpadł na ciebie jakiś koleś. To przez niego upadłaś. – Była pewna tego, co widziała. Czyżby Colette się z niej nabijała?
Lacroix westchnęła i jako pierwsza się poddała.
– Ja nikogo nie widziałam, ale może się zamyśliłam lub coś. Po prostu chodźmy.
Szły przez chwilę w ciszy, widząc już szyld przedstawiający parę kozaków.
– Słuchaj, Colette. Co z tym wrogiem podróżników w czasie? Miałaś mi o tym powiedzieć. – Wolała nie poruszać tego tematu w mieszkaniu, gdzie mogła to usłyszeć Stella.
Zatrzymały się na środku chodnika. Słońce już zaszło, wokół nich nie było za wiele osób. Usiadły na ławeczce, niedaleko butiku, do którego się kierowały.
Colette wydawała się zdenerwowana; tak jakby nie chciała o tym mówić. Wzięła jednak głęboki wdech i zaczęła opowiadać.
– GT’a nie musiało kiedyś aż tak bardzo chronić podróżników. Kiedyś po prostu służyli do zapewniania odpowiednich warunków do podróży, a także dostarczali stroje z danej epoki, pieniądze, broń… Jest bardzo starą organizacją, ponieważ cofamy się w różne czasy i zawsze potrzebujemy pomocy ludzi z przeszłości. Dlatego stworzono GT’a. Odnajdują podróżników i im pomagają. Mają także kontakt z Immor. Chyba nikt nie rozumie, jaki związek z tym wszystkim mają te nieśmiertelne istoty. Jednak jeśli istnieją podróżnicy w czasie, to czemu i nie inne zjawiska nadnaturalne? Może na świecie jest więcej uzdolnionych ludzi, o których po prostu nie wiemy? Problem robi się wtedy, gdy widza o podróżach w czasie wpadnie w nieodpowiednie ręce… I tak się właśnie stało. To zaczęło się jakieś dwadzieścia lat temu. Pojawił się on. Jedni mówią, że był kiedyś jednym z Horo… tak nazywamy śmiertelnych pracowników GT’a… inni, że ktoś z jego otoczenia został podróżnikiem i tak się o tym dowiedział. – Colette objęła się ramionami, jakby poczuła chłód. Miała przyciszony głos. – Nikt do końca nie zna prawdy. Nie wiemy, kim jest, ani jak funkcjonuje. Nie mamy pojęcia, co oferuje podróżnikom, że ci nie mają wyboru i przechodzą na jego stronę. Wiemy tylko, że znalazł on sposób na odbieranie podróżnikom ich umiejętności. Nie tylko podróży w czasie, ale także cech. Podobno może cofać się w czasie. Dlatego jest tak niebezpieczny. Ma swoich ludzi nie tylko w teraźniejszości, ale także w przeszłości. Ja na szczęście nigdy jeszcze na niego nie trafiłam. Byłam dobrze strzeżona. Ale mam wrażenie, że to wszystko, co mnie teraz spotyka, w jakiś sposób się z nim łączy…
Vira zamyśliła się. Kiepska sprawa. Inaczej nie umiała tego skomentować. Zaintrygowała ją ta postać. Była niebezpieczna, ale dlaczego w takim razie bezpośrednio nie skonfrontowała się jeszcze z Colette?
– A jak się nazywa? Stella ci wtedy przerwała – przypomniała sobie.
Dziewczyna zagryzła wargi i jak zwykle powoli odpowiedziała:
– Mroczny Cień.
Miała wrażenie, że to jakiś żart. Kto siebie tak nazywał lub kogoś innego? Sama potraktowałaby tę nazwę z pobłażaniem, ale Colette wydawała się być naprawdę wystraszona. Wiedziała coś więcej, czego jej nie powiedziała.
– No dobrze. Na razie nie mamy się czym przejmować. Jesteśmy bezpieczne, prawda? – zadała to pytanie, ale od razu znała odpowiedź. Wyczytała ją z oczu podróżniczki. Nie była ona tego taka pewna.
Poszły w końcu do sklepu, gdzie młody ekspedient zaczął wybierać buty Virze. Dziewczyny nie rozmawiały już ze sobą. Colette wyciągnęła książkę z torebki i zajęła się lekturą, siedząc na krzesełku obok. Elvire kręciła głową na wszystkie buty na obcasie. W końcu zrezygnowany mężczyzna przyniósł jej płaskie obuwie, które przypominało zwyczajne balerinki, które można było kupić w normalnych czasach. Vira przymierzyła je i od razu się w nich zakochała. W tym momencie mężczyzna przeprosił je i udał się na zaplecze, by odebrać telefon. Dziewczyna chodziła w nowych butach, a Colette znajdowała się w zupełnie innym świecie. Oprócz nich w sklepie przebywała elegancka, ubrana w szary kostium kobieta, która trzymała na smyczy dość dużego czarnego psa. To był chyba polski ogar.
Gdy ekspedient wyszedł na zaplecze, zaczęły dziać się dziwne rzeczy. W jednej chwili Vira zerkała na swoje nowe buty, by w następnej unieść głowę i ze zdziwieniem stwierdzić, że kobieta zniknęła, chociaż nie słyszała, by ktoś wychodził przez drzwi. Przed sekundką jeszcze tutaj była. Jednak jej pies został i zaczął głośno warczeć. Zaniepokoiło to Virę. Zwłaszcza, gdy skóra na grzbiecie zwierzęcia zaczęła pękać, odchodząc obrzydliwymi płatami, sprawiając, że przybywało mu masy. Pies robił się coraz większy.
– Colette! – pisnęła, tak jak jeszcze w życiu jej to się nie zdarzyło.
Cofnęła się powoli, gdyż znajdowała się najbliżej psa. Colette dawno już stała i wpatrywała się w zbliżające się zwierzę. Z umięśnionych łap wyskoczyły mu wielkie pazury; pysk rozszerzył się pod wpływem ogromnych i zapewne bardzo ostrych kłów. Warczał, roztaczając wokół ślinę. Wzrok miał utkwiony tylko w Virze.
– Spokojnie… – mruknęła wystraszona Lacroix.
Jednak nie miały czasu na zachowanie spokoju, bowiem pies rzucił się na Elvire. Dziewczyna wrzasnęła i odskoczyła na bok, upadając na ziemię. Chwyciła leżące w pobliżu buty, rzucając nimi w psa, który kierował się w jej stronę. Colette pobiegła w tym czasie po ekspedienta.
– Zrób coś! – wrzasnęła Vira, po raz kolejny odsuwając się od psa, który przez swoje wielkie rozmiary był trochę niezgrabny. Jednak silny – rozwalił już większą część półek z butami. – Cokolwiek!
– Ten facet zniknął! – Lacroix wróciła zasapana z zaplecza. – I odłączył telefon!
W tym momencie pies przestał bawić się w podchody i powalił Virę, szarpiąc ją zębami za nogę. Dziewczyna poczuła palący ból; została potraktowana jak zabawka. Uderzyła głową o posadzkę i już po chwili była poderwana w górę. Pies puścił jej nogę i rzucił się w kierunku twarzy dziewczyny. Vira próbowała ochronić się przedramionami, które od razu zostały poranione przez zęby zwierzęcia. Nagle coś uderzyło psa w głowę. Usłyszała krzyk Colette, że ma zamknąć oczy i wstrzymać oddech. Zdążyła uczynić tylko pierwszą z tych rzeczy. W powietrzu uniósł się słodkawy brązowy proszek, a na Virę opadły odłamki szkła. Po chwili wielkie ciało opadło nieprzytomne na dziewczynę.
Czuła tak wielki ból i nie mogła oddychać przez ciężar zwierzęcia. Colette szybko złapała ją za ramiona i wyciągnęła, nie bez wysiłku, spod psa. Miała zawroty głowy i nie wiedzieć dlaczego, czuła się senna…
~~*~~*~~*~~
– Przepraszam! – sapnęła Lacroix, gdy szarpnęła Virę za zranioną nogę. Porwała koszulę dziewczyny, robiąc z nich prowizoryczny opatrunek. – Musimy się stąd wynosić. Uśpiłam go, ale oni pewnie wrócą, by sprawdzić, czy wykonał swoje zadanie.
Elvire nie protetowała, gdy Colette wyprowadziła ją na zewnątrz. Sklep został zrujnowany, jednak to nie był teraz ich problem. Podróżniczka wyszła z tej potyczki bez żadnego uszczerbku w przeciwieństwie do Viry, która wyglądała strasznie. Na całych rękach miała zadrapania, włosy rozsypały się, zasłaniając twarz, a noga… Colette nie potrafiła nawet na nią spojrzeć. Na razie zasłaniała ją spódnica, jednak na chodnik kapały z niej kropelki krwi, których nie mogła zignorować.
Nie spodziewała się ogara czasu tutaj. Uczyła się o nich na zajęciach przygotowawczych do bycia podróżnikiem czasu. Ale one były czymś w rodzaju legendy. Dlaczego je zaatakował? Czyżby Mroczny Cień…?
Nie wiedziała, jak się zachować. Nie potrafiła walczyć. Na szczęście miała fiolkę z piaskiem czasu – substancją, która była w stanie uśpić każdego. W każdej ze skrytek podróżników można było je znaleźć. Naprawdę się przydają, gdy podróżnik, tak jak Colette, nie najlepiej radził sobie z walką.
Vira zaczęła przysypiać, wsparta na jej ramieniu. Piasek zadziałał także na nią.
– Cio to bylo? – spytała niewyraźnie. – Ona wypalowała jak podroźnićka. Puf! I jej nie bylo!
Na szczęście zapadł już zmrok i nikt wokół nich się nie znajdował. Dziewczyna specjalnie wybierała mniej uczęszczane drogi, by na nikogo nie wpaść. Niestety Colette nie pomyślała o tym, że na świecie istnieją także ludzkie potwory…
Znajdowały się przecznicę od kamienicy, kiedy drogę zagrodziło im trzech mężczyzn. Vira wciąż niewyraźnie mamrotała, więc w półmroku mogła uchodzić za pijaną. Colette poczuła palący niepokój.
– Co tutaj robicie, ślicznotki? – spytał jeden z nich, najwidoczniej przywódca grupy.
Nie wyglądali wcale tak bardzo podejrzanie. Ubrani byli w zwyczajne luźne spodnie od garnituru i niepasujące do nich marynarki. Najbardziej barczysty z nich miał na głowie czapkę, która kojarzyła się z golfiarzami. Zagrodzili im drogę.
Colette ledwo trzymała się pod ciężarem Viry i wiedziała, że dziewczyna potrzebowała pomocy. Naprawdę nie miała teraz czasu na użeranie się z podpitymi zwyrodnialcami.
– To nie wasza sprawa. Przepuście mnie – warknęła i spróbowała koło nich przejść.
Jeden z facetów złapał ją za ramię. Colette próbowała się wyrwać, przez co wyślizgnęła jej się Vira, której nie potrafiła dłużej utrzymać. W oczach pojawiły jej się łzy i naprawdę zaczęła się bać. Miała tego wszystkiego dość. Podjęła ostatnią próbę, by złapać Elvire, którą chwycił najgrubszy z mężczyzn i wyrwać się napastnikowi. Delikwencie zaczęli rechotać, gdy Colette szarpała się, by się uwolnić. Chciała zacząć krzyczeć, jednak na jej ustach wylądowała szorstka dłoń. To był koniec. Nie dość, że naraziła na niebezpieczeństwo Virę, która została zaatakowana przez ogara czasu, to w dodatku nie potrafiła obronić ich przed tymi facetami i teraz oni…
– Hej, ta laleczka krwawi! – wrzasnął grubas, puszczając Virę.
Dziewczyna jednak nie upadła, bowiem ktoś ją złapał.
– Radziłby zostawić je w spokoju, panowie – powiedział spokojnie jakiś chłopak. Colette nie znała tego głosu, po chwili jednak usłyszała bardziej znajomą osobę.
– Życie wam niemiłe?! Zboczeńcy! Dewianci! Pedofile! Wynoście się stąd, bo wezwę policę!
Colette została oswobodzona przez bardzo wkurzoną Stellę, która wyglądała tak, jakby naprawdę miała ochotę ich pobić. Mężczyźni szybko się zmyli, a Lacroix nie mogła uwierzyć, że to już koniec. Nic im się nie stało. Nie wiedziała nawet kiedy, ale zaczęła płakać. Cały stres, napięcie, strach – wszystko się w niej nagromadziło. Od lat nie płakała.
– Oj, biedactwo. – Stella przyciągnęła ją do siebie i wzięła w ramiona, pozwalając jej się wypłakać. – Już wszystko dobrze. Jesteście bezpieczne. – Zaczęła głaskać ją uspakajająco po włosach.
– Nie chcę wam przeszkadzać, ale ta dziewczyna nie wygląda najlepiej.
Colette gwałtownie się odwróciła, wlepiając wzrok w chłopaka, który im pomógł. Trzymał Virę w ramionach tak, jakby nic nie ważyła; dziewczyna spała lub straciła przytomność, opierając głowę o jego ramię. Przykrył ją swoją marynarką.
– Zaatakował nas pies i bardzo mocno ugryzł ją w nogę – powiedziała pospiesznie, postanawiając, że musi wziąć się w garść.
Chłopak wyglądał na rówieśnika Stelli. Razem zadecydowali, że zabiorą je do mieszkania, a panna Valery w tym czasie pobiegnie po lekarza.
Thérese o mało nie zemdlała na ich widok, jednak szybko się uspokoiła. Kazała im położyć Virę na kanapie i poleciała do toalety po miskę z wodą.
Elvire była wyjątkowo blada, co mocno odznaczało się na tle jej ciemnych włosów. Koszulę miała porwaną i poplamioną w wielu miejscach krwią, choć rany na rękach nie wyglądały aż tak niebezpiecznie. Za to prawa noga dziewczyny… Prowizoryczny opatrunek, który zrobiła Colette, dawno przesiąknął krwią. Zdecydowanie powinien zobaczyć to lekarz.
– Miałyście wyjątkowo pechowy dzień, co? – zagadnął tajemniczy chłopak i delikatnym ruchem odgarnął włosy z czoła Viry. Colette pomyślała, że to odrobinę dziwny gest, biorąc pod uwagę, że właśnie się poznali.
Dopiero teraz, w świetle, mogła zwrócić uwagę na to, jak wyglądał. Był bardzo wysoki i raczej szczupły, może wręcz chudy, choć wydawało jej się, że widzi wyraźnie rysujące się mięśnie pod połami koszuli. Miał typowo chłopięcą fryzurę – ciemne włosy, ani za długie, ani za krótkie. Jego twarz ozdabiały liczne piegi – chyba nigdy wcześniej nie widziała tak piegowatego chłopaka, który nie byłby rudzielcem – a oczy… nie dało się jednoznacznie określić ich koloru. Raz wyglądały na niebieskie, raz na brązowe, a jeszcze pod innym kątem na zielone. I był niesamowicie przystojny, choć posiadał odrobinę odstające uszy, które jednak nie odbierały mu urody.
– Można tak to ująć – powiedziała i opadła na fotel. – A ty jesteś…?
Noël Miratte – przedstawił się i uścisnął dłoń Colette, gdy ta podała mu swoje imię.
– Umawiasz się ze Stellą? – spytała, gdy wróciła jej babcia.
Thérese uklękła przy kanapie i zaczęła przemywać zadrapania na ramionach Viry. Wydawała się bardzo zmartwiona. Colette czuła wielkie wyrzuty sumienia. To wszystko jej wina. Gdyby nie ona…
Noël parsknął śmiechem.
– Masz mnie za masochistę? Tylko się przyjaźnimy.
Nie miała sił, by dłużej rozmawiać. Oczy jej się kleiły. Ostatnie dwa dni były bardzo intensywne.
Wróciła Stella z lekarzem, który zajął się obrażeniami Viry. Założył jej kilka szwów i stwierdził z humorem, że będzie żyła. Był sympatycznym mężczyzną po pięćdziesiątce, którego skronie przyprószyła już siwizna. Kazał zmieniać dziewczynie regularnie opatrunek. Zostawił także tabletki przeciwbólowe, obiecując, że niedługo zajrzy do niej.
Colette przysypiała w tym czasie na fotelu. Wcale nie protestowała, gdy babcia wzięła ją za rękę i położyła w swoim łóżku. To był zbyt męczący dzień. Nie miała już na nic sił.
~~*~~*~~*~~
Wspomnienie numer 1
Sypialnię oświetlały promienie wschodzącego słońca. Na podwójnym łóżku siedział ciemnowłosy mężczyzna, trzymając w dłoni przenośną słuchawkę od telefonu stacjonarnego. Widać było, że tylko po jednej stronie łóżka ktoś spał tej nocy.
Mężczyzna westchnął. Mógł mieć z trzydzieści parę lat. Miał na sobie tylko spodnie od dresu.
W tym momencie do pokoju wbiegła trzyletnia dziewczynka, bosymi stópkami wystukująca rytm na panelach. Ciemne włosy miała poczochrane – z jednej strony odstawały bardziej niż z drugiej. Na ustach tkwił szeroki uśmiech.
– Papa! – krzyknęła, wdrapując się na łóżku i wskakując na kolana swojego ojca.
Mężczyzna otrząsnął się z zamyślenia, odłożył telefon na nocną szafkę i chwycił swoją pociechę w ramiona.
 – A co to za słodka żabka odwiedziła mnie z samego rana? – spytał i zaczął łaskotać dziewczynkę, która w odpowiedzi zaśmiała się, próbując uciec od jego palców.
– Nie żabka, nie! Tylko Vila – wysepleniła, wciąż chichocząc.
Do pokoju zajrzał ośmioletni chłopiec z burzą jasnych włosów na głowie. Ubrany był, tak samo jak jego siostra, w piżamę. Ziewnął, patrząc na nich gniewnie.
– Obudziliście mnie – mruknął, ale przyłączył się do nich na łóżku. Po chwili także został ofiarą łaskotek.
– Śniadanko! – zadecydowała w końcu dziewczynka i ześlizgnęła się z łóżka, patrząc na nich wyczekująco.
Mężczyzna chciał podążyć za swoją córką, jednak zatrzymał się, słysząc pytanie syna:
– Mama znowu nie wróciła na noc, prawda?
Patrzył uważnie na ojca, ignorując jęki siostry, że ona jest tak bardzo i strasznie głodna.
– No cóż. Nic nie umknie twojej uwadze, co, mądralo? – Spróbował się uśmiechnąć, jednak nie wyglądało to zbyt przekonująco. – Nie martw się tym. Wszystko jest w porządku.
Ale najwyraźniej nie było.

~~~~~~~~~~~~~~~~
W końcu skończyły mi się próbne matury i mogłam dokończyć rozdział. Następny pojawi się za miesiąc. Mam nadzieję, że dobrze spędziliście Święta i Sylwestra :D
Zdjęcie Noëla pojawiło się w zakładce bohaterowie. Jak może się domyślacie, odegra on istotną rolę w życiu pewnej dziewczyny… Hehe
Jeśli znaleźliście jakieś błędy, to piszcie. I w ogóle piszcie, co myślicie? Wiem, że na początku akcja powoli się toczyła, teraz jednak będzie się sporo działo.
Pozdrawiam Was, Podróżnicy w Czasie!


niedziela, 4 grudnia 2016

Czas: 6


Po przebudzeniu zawsze potrzebowała kilku sekund, by zorientować się, gdzie się znajdowała. Czy to budziła się w swoim pokoju w akademii, czy w rodzinnym domu lub w zupełnie nowym miejscu. Przez te kilka sekund była nikim – nie znała siebie, nic nie pamiętała. A potem nagle dopadała ją rzeczywistość, zalewając umysł obrazami.
Tym razem nie były one za przyjemne. Budziły w niej mieszane uczucia – zdezorientowanie, niepokój, strach, obawę… aż trudno uwierzyć, że mogła to wszystko pomieścić w swoim wnętrzu. Miała wrażenie, że niedługo pęknie, a wszystkie jej tajemnice w końcu przeobrażą się w prawdę. Może poczułaby wtedy ulgę? Spokój? Wyzwolenie?
Skupiła się na swoich zmysłach. Nogi jej zdrętwiały, kark bolał, jakby spała na kamieniach, a nie na łóżku, a do nosa dolatywał zapach lawendy. Otworzyła oczy i tylko westchnęła ze zrezygnowania, widząc przed sobą rozsypane na poduszce ciemne kosmyki. Vira spała odwrócona do niej plecami, wydychając powietrze z cichym świstem.
Colette już dawno zaczęłaby przeklinać swój los, gdyby istniał chociaż cień szansy, że to coś da. Ale wiedziała, że wobec wielu faktów była po prostu bezradna. Nieźle została pokarana obecnością Elvire. Ktoś mógłby przypuszczać, że poczuje się lepiej, mogąc się komuś wygadać. Ale nie Virze! Ta dziewczyna nie wyglądała na zdolną do odczuwania jakiegokolwiek współczucia. Tak jakby nic ją nie obchodziło; ani inni ludzie, ani ona sama. Czego Colette zupełnie nie rozumiała – i nie wiedziała, czy chce zrozumieć. Zazwyczaj ufała swoim przeczuciom, a one w tym momencie mówiły jej, że powinna uważać na tę dziewczynę.
Usiadła na łóżku, przeciągając się. Vira najwyraźniej miała mocny sen, bo nawet nie drgnęła, gdy Colette wstała i zaczęła krzątać się po niewielkiej izbie. Wyjęła sobie jednego sucharka i wodę do picia. Gdy się stresowała, nie potrafiła za wiele jeść. Siadła przy stoliku i odrobinę bezmyślnie wlepiła wzrok w Elvire, która rozwaliła się teraz na całym łóżku.
Dziewczyna wyglądała paskudnie z czerwonym śladem na policzku, zapewne od poduszki, i lekko rozchylonymi ustami. Włosy przypominały rozwalone mrowisko, co zupełnie odejmowało jej punkty za urodę. Ale to nie była obiektywna ocena; Colette zbyt mocno oceniała ją na podstawie opinii, którą zdążyła wyrobić sobie na jej temat. Może ktoś inny stwierdziłby, że nie należała wcale do grona brzydkich dziewczyn i że miała w sobie odrobinę uroku?
Colette aż za dobrze znała zasady. Musiała za wszelką cenę chronić swój sekret. Nie mogła nikomu wspominać o swoich umiejętnościach. Powinna cofać się w odosobnionym miejscu – raz na tydzień, by uniknąć choroby. Pogorszenie stanu zdrowia tłumaczyli tym, że podobno podróżnicy tak naprawdę należeli do przeszłości – w której czuli się najlepiej – więc po dłuższym czasie bez czynienia przez nich najnaturalniejszej dla nich czynności, ich ciało zaczynało się buntować, atakować samo siebie. Nie mogła zakochać się w nikim z przeszłości. Nie interesować się tożsamością innych podróżników… Lista zakazów i nakazów ciągnęła się jeszcze długo.
Dotychczasowym najdłuższym zablokowaniem w przeszłości była jej pierwsza podróż w czasie. Wtedy nie potrafiła wrócić przez dwa tygodnie. Do dzisiaj nie miała pojęcia, jak tam przeżyła. Nigdy nie zapomni lęku, który wtedy czuła, tej bezradności. Przecież miała zaledwie dwanaście lat i mimo że od dziecka wiedziała, kim była, to jednak ta wiedza nie przygotowała ją na to. Nigdy wcześniej samotność tak mocno jej nie zaszkodziła. Miała wrażenie, że to koniec, że już nigdy więcej nie zobaczy swojej rodziny, Urbiego…
Oczywiście później przywykła do podróży i do tego, że musiała być sama. Martwiła się tym, że nie było jej przez tak długi okres czasu, ale kiedy wróciła, okazało się, że nikt tego nie pamiętał. Podobno zauważono jej nieobecność – jednak gdy wróciła do teraźniejszości, ich pamięć została zmodyfikowana. Na początku nie chciała w to uwierzyć, ale później wielokrotnie widziała, jak Horo w ten sposób rozwiązywali problemy. Tłumaczyli to tym, że przecież mieli dostęp do technologii przyszłości, a zresztą Immor, jako nieśmiertelne istoty, posiadali wiele magicznych umiejętności…
Ale czuła, że Urbi za dobrze nie zniesie jej ponownego zniknięcia. Chociaż GT’a potrafili wymazać wspomnienia, Colette miała wrażenie, że nie byli w stanie do końca usunąć uczuć. Do dzisiaj pamiętała, jak zachowywał się Urbinus po jej pierwszym zniknięciu. Nie chciał odstępować przyjaciółki ani na krok – tak jakby się bał, że ponownie ją straci. Łaził za nią wszędzie, wkradał się także po nocy do jej pokoju w akademiku szkoły, do której wtedy uczęszczali, co nie było aż tak straszną zbrodnią, biorąc pod uwagę, że mieli po dwanaście lat. Lubiła ich wspólne noce. To, że mogła się w niego wtulić i w końcu poczuć spokój. Oczywiście, tak jak do przyjaciela, którego znało się prawie całe życie.
Colette w końcu stwierdziła, że ma dość czekania, aż Vira sama się obudzi, więc stanęła nad dziewczyną i kazała jej wstać. Zmarszczyła brwi, kiedy te słowa nie wywołały żadnej reakcji. Szturchnęła więc kilkakrotnie ramię dziewczyny, co spowodowało, że ta jęknęła.
– Jejku, daj mi spać! – zawyła, odwracając się na brzuch i wtulając twarz w poduszkę.
Colette wywróciła oczami. Mogła się spodziewać, że nawet budzenie Elvire wywoła w niej irytację.
– Wstawaj, leniu. Musimy się zbierać.
Dopiero po sporej ilości jęków Viry, warczenia Colette i odebrania tej pierwszej koca, dziewczyny zaczęły szykować się do wyjścia.
Nie rozmawiały ze sobą za wiele, co odrobinę zdziwiło Lacroix. Przypuszczała, że Vira zasypie ją gradem pytań, na które ona niechętnie, bo niechętnie, ale odpowie. Może miała małą nadzieję, że to będzie kolejna okazja, by zrzucić następną warstwę ciężaru, który dźwigała. Elvire znowu jednak przybrała luzacką pozę osoby, którą niewiele rzeczy interesuje i siedziała cicho.
Nagle jednak, kiedy Colette wychodziła z toalety, Virze udało się kompletnie zaskoczyć dziewczynę. Elvire ścieliła łóżko i śpiewała po cichu, kiwając głową do taktów muzyki, która siedziała jej w głowie. Lacroix ze sporym zdziwieniem wlepiła w nią wzrok, po chwili rejestrując, że znała piosenkę, którą ta śpiewała.
– I'm steppin' around in a desert of joy, baby, anyhow I'll get another toy. And everything will happen - and you'll wonder.*
Śpiewała tak, jakby miała dobry humor – i to chyba tak bardzo zdezorientowało Colette. Zupełnie się tego nie spodziewała. Dziewczyna posiadała dość ładną barwę głosu, choć nie była ona jakaś wyjątkowa. Taka, by bez wstydu móc pozwolić sobie na publiczne śpiewanie ulubionych piosenek.
– Serio? – Nie mogła się powstrzymać; prychnęła, patrząc spod uniesionych brwi na dziewczynę, która się do niej odwróciła. – Lemon tree?
Vira najpierw znieruchomiała, ale po chwili otrząsnęła się; na jej ustach pojawił się wyjątkowo bezczelny uśmiech.
– Jakbyś czekała na kogoś w nudnym pokoju, też zaczęłabyś to śpiewać. – Wzruszyła ramionami. – Oczywiście musiałaś przerwać mi przed refrenem. Typowo.
Colette próbowała przełknąć gorzki posmak złości, który osiadł na jej języku. Czy teraz o wszystko będą się kłóciły? Jak jakieś małe dzieci?
– Może po prostu już chodźmy? – Odwróciła się, kładąc dłoń na klamce. – I błagam cię, zachowuj się przyzwoicie!
Chłodne powietrze uderzyło dziewczynę, gdy wyszła na zewnątrz. Vira udała się za nią, posyłając jej zirytowane spojrzenie.
– A co to niby ma znaczyć?
Wzięła głęboki oddech, by się uspokoić. Uważała się za opanowaną osobę, dlatego nie rozumiała, dlaczego tak łatwo dawała wyprowadzić się z równowagi.
– To znaczy, byś dała sobie spokój ze zgrywaniem rozwydrzonego dzieciaka. Teraz jesteśmy po tej samej stronie. W tych czasach musisz chociaż udawać, że masz jakieś obycie i potrafisz zachowywać się kulturalnie. Nie możemy się wyróżniać.
Colette mocniej otuliła się marynarką; nie miała przy sobie zegarka, więc nie mogła dokładnie określić godziny, ale po pustkach na ulicy przypuszczała, że było dość wcześnie. Zerknęła na Virę.
Dziewczyna miała zaciśnięte usta i z lekko przekrzywioną głową intensywnie wpatrywała się w jej oczy. Milczała. Wyglądała całkiem nieźle w białej koszuli, włożonej w dopasowaną w pasie, brązową, rozkloszowaną spódnicę i ze związanymi włosami.
– Jesteś w stanie to zrobić? – spytała zniecierpliwiona Lacroix.
– Potrafię się zachować – rzekła w końcu spokojnie.
Szły chodnikiem, ich obcasy wystukiwały równy rytm. Wokół nich budziło się życie. Mężczyzna z miotłą zamiatał ulicę, jakaś kobieta gdzieś się śpieszyła, otwierano sklepy, rozstawiano krzesła w kawiarniach. Z pobliskiej piekarni dochodził zapach świeżego pieczywa. Vira zapatrzyła się w witrynę z wypiekami; Colette miała ochotę zawiązać jej pod szyją śliniaczek. Pokręciła głową na zachowanie dziewczyny, ale weszła do piekarni i kupiła w niej kilka croissantów.
Elvire nie podziękowała, ale nie zdołała ukryć uśmiechu, który uniósł w górę jej kąciki ust – i tym razem wyglądało to szczerze. Colette nie mieściło się w głowie, że można tak kochać jedzenie.
Lubiła lata pięćdziesiąte – często się do nich cofała. Były bezpieczne; po wojnach, gdzie kobiety miały sporo swobody. Ale wciąż panowały zasady dobrego wychowania, przyzwoitości, czego w wielu sytuacjach brakowało jej w teraźniejszości.
Gdzie się wybierały? Do jedynej osoby, której Colette mogła zaufać. Można by uznać ją za paranoiczkę, ale tak jak znała zasady, wiedziała także o zagrożeniu…
– Tamten koleś zrobił nam właśnie zdjęcie – powiedziała cicho Vira, wyrywając tym swoją towarzyszkę z zamyślenia.
Colette cała się spięła na te słowa. Tak jakby jej myślenie o nim, sprawiło, że naprawdę znalazły się w niebezpieczeństwie. Spróbowała dyskretnie spojrzeć w miejsce, w które Elvire bez skrępowania się wpatrywała. Zobaczyła młodego mężczyznę w białej koszuli, czarnym garniturze i kapeluszu, który w rzeczy samej trzymał w rękach aparat tak, jakby to właśnie im robił zdjęcia.
– Przestań się na niego gapić – syknęła, gdy Vira wciąż nie odrywała od tego faceta wzroku. – Teraz spokojnie się wycofamy. Jeżeli za nami pójdzie, zgubimy go w uliczkach tak jak ostatnio policjantów, dobrze?
Serce pod wpływem adrenaliny zaczęło szybciej bić. Powoli odwróciła się i zaczęła się oddalać, nie oglądając się na Virę. Od razu założyła, że ta jak zwykle podąży za nią. Za późno zorientowała się, że tym razem tak nie było.
Zerknęła za siebie i potknęła się, kiedy zauważyła, co wyprawiała ta dziewucha. Oblał ją mdlejący strach, w piersi poczuła dziwny ucisk. Znieruchomiała, nie wiedząc, co począć.
Elvire, nie zważając na polecenia Colette, nie dość, że nie podążyła za nią, to zrobiła coś zupełnie nieracjonalnego i niedorzecznego. Podeszła do niego i zaczęła z nim rozmawiać! Gdzie ona miała rozum? Jeśli to jeden z jego ludzi...
Miała ochotę po prostu odejść, ale w pewien sposób czuła się odpowiedzialna za Virę; nie mogła jej porzucić.
Uczucia strachu i gniewu mieszały się w niej, kiedy zbliżała się do nich. Nie wiedziała, czy ma ochotę ratować Elvire, czy po prostu urwać jej głowę.
Im bliżej była, tym lepiej ich słyszała i ze zdumieniem zarejestrowała, że rozmawiali o fotografii!
– … model aparatu. Zazdroszczę. Chciałabym taki mieć – mówiła Vira, oglądając aparat mężczyzny ze wszystkich stron. Po chwili zwróciła mu jego własność i dodała: – To doskonała pora do robienia zdjęć.
– Prawda, panienko? Widzę, że zna się, panienka, na tym.
Colette z bliska zauważyła, że mężczyzna był starszy niż się wydawało. Mógł być po trzydziestce. Wokół oczu zaczęły mu się robić zmarszczki, a na ustach tkwił delikatny uśmiech. Chciała wciąż się go bać, ale robił zbyt miłe wrażenie. To nie znaczyło, że wcale nie był niebezpieczny!
– Elvire – powiedziała ostro – musimy już iść. Pożegnaj się z panem.
Zapewne brzmiała teraz jak matka, ale była zbyt zdenerwowana, by się tym przejmować. Vira, o dziwo, tym razem wykonała polecenie dziewczyny. Pożegnała się, życząc mężczyźnie miłego dnia i udanych zdjęć, i dała się pociągnąć Colette w dół ulicy.
Kiedy kawałek się oddaliły, Elvire wyrwała rękę z jej ucisku, sycząc lekko. Na skórze dziewczyny zostały czerwone półksiężyce. Colette nawet nie zauważyła, że wbiła jej paznokcie w skórę.
– Co to miało być?! Oszalałaś?! – wykrzyknęła w końcu, nie mogąc dłużej się powstrzymać. – On mógł być niebezpieczny! Co ty w ogóle sobie myślałaś?
Vira spojrzała jej w oczy i mruknęła tak cicho, że Colette nie była pewna, czy nie przesłyszała się:
– Coraz więcej okazujesz…
– Co? – spytała, patrząc na nią jak na wariatkę.
– Nieważne – powiedziała już głośniej. – Wiedziałam, że nie był zły. Dobrze mu z oczu patrzyło.
Colette kiedyś naprawdę była spokojną osobą. Opanowaną, obojętną na zaczepki innych dziewczyn, dogryzania chłopaków. Potrafiła odciąć się od innych, zdystansować. Wymyślić chłodną inteligentną odpowiedź. Ale teraz? Czuła, że chwila śmierci Elvire była coraz bliżej... chociaż nigdy wcześniej nie posiadała zapędów na zostanie mordercą.
– Tak, Vira. Tak właśnie stwierdzamy, na oko, czy ktoś jest pedofilem, gwałcicielem lub mordercą – odparła z sarkazmem i ruszyła dalej. Na szczęście znajdowały się coraz bliżej celu.
Elvire wzruszyła ramionami, ale po chwili dodała:
– Czy jakimś dziwnym wrogiem podróżników? – podsunęła na pozór znudzonym tonem.
Colette rzuciła jej uważne spojrzenie. Może jednak Vira nie była taka głupia…
– Pogadamy na miejscu.
Minęły kawiarnię znajdującą się na rogu i skręciły w jedną z uliczek. Jednak tym razem zatrzymały się w połowie, pod jedną z beżowych kamienic, jak określała je, gdy była dzieckiem. Colette pchnęła ciemne drzwi i weszła do środka. Vira podążała za nią jako dziwnie milczący cień. Lacroix od razu udała się po schodach w górę i zatrzymała się pod jednym z mieszkań. Zapukała do drzwi i nie czekała długo, kiedy otwarły się i ukazała się w nich młoda dziewczyna.
Colette doskonale wiedziała, że miała ona dziewiętnaście lat. Znała piwne oczy, które skupiły się na jej postaci, a także brązowe włosy, które sięgały do ramion. Pieprzyk na policzku, piękne kości policzkowe, szlachetne rysy twarzy. Ponadczasową urodę, która w każdym wieku zachwycała. Oraz ciemnozieloną, nową marynarkę, która była taka sama jak jej znoszona.
Oby mnie znała. Oby pamiętała. Oby kochała.
Jak zwykle powtórzyła swoją mantrę. Po chwili znalazła się już w ramionach dziewczyny i mogła szepnąć tylko bezgłośnie:
– Babciu…
~~*~~*~~*~~
Wcale ją tak mocno nie zdziwił fakt, że Colette zaprowadziła je do swojej babci. W sumie to wydawało jej się to dość dobrym posunięciem – gdyby była podróżniczką w czasie, zapewne także udałaby się do jakiegoś bliskiego członka rodziny po pomoc.
Podobno Colette cofnęła się w czasie po raz pierwszy, gdy miała dwanaście lat; na wieść o śmierci swojej babci. Emocje spowodowane stratą w pewien sposób wywołały skok. Colette cofnęła się do czasów, gdzie Thérese obchodziła piętnaste urodziny. Tak zaczęła się ich dziwna znajomość.
Mieszkanie, w którym się znalazły, było dla Viry dość osobliwe. Nie przywykła do mebli, które w swoich czasach określiłaby mianem zabytkowych. Ciężkich, drewnianych, imponujących. Składało się z dwóch pokoi – w jednym spała Thérese, w drugim jej współlokatorka, która jeszcze nie wróciła do domu z randki – z saloniku, toalety i kuchni. Barwy pomieszczeń prezentowały się odrobinę ponuro, choć na kanapie w salonie i fotelach ktoś ułożył kolorowe, eleganckie poduszki. Sporą część pomieszczenia zajmowała przeszklona biblioteczka, na której półkach piętrzyły się egzemplarze książek. Na ścianach wisiały dwa olejne obrazy; jeden przedstawiał typową martwą naturę – miskę z owocami – drugi wzgórze, z jednym drzewem, skąpane w pomarańczowym blasku zachodzącego słońca.
Zanim się zorientowała, już siedziała na ciemnozielonej kanapie, z parującą filiżanką czarnej herbaty. Thérese krzątała się, stawiając na niskim stoliku herbatniki, cukierniczkę i srebrne łyżeczki.
Potrafiła dostrzec rodzinne podobieństwo między dziewczynami, mimo że nie było aż tak mocno widoczne. Może to ich gestykulacja, mimika twarzy to sprawiały? Chociaż ruchy Thérese nie były tak bardzo ospałe i flegmatyczne jak u Colette. Posiadała także dostępniejsze oczy – wiele rzeczy mogła z nich wyczytać. Troska o Lacroix, lekki niepokój spowodowany ich pojawieniem się. Ale robiła miłe wrażenie.
Kiedy w trójkę już siedziały wokół stolika, zapadła cisza, przerywana tylko tykaniem zegara, którego wskazówki pokazywały, że było siedem minut po siódmej rano.
Vira w końcu się zniecierpliwiła i spytała o pierwszą rzecz, która przyszła jej do głowy:
– Co by się stało, gdybyś teraz zabiła swoją babcię? – zwróciła się do Colette.
Thérese zakrztusiła się herbatą. Wnuczka poklepała ją po plecach i posłała wściekłe spojrzenie Elvire.
– Co to w ogóle za pytanie?! – wykrzyknęła Lacroix, odstawiając z brzdękiem filiżankę na talerzyku.
– Czysto fizyczne. Chodzi mi o paradoks dziadka. – Wiedziała, o czym mówiła. Kiedyś była na wykładzie dotyczącym podróży w czasie. Nauczycielka od fizyki w jednej ze szkół lubiła zabierać ich na tego typu zajęcia. Vira nie pamiętała wszystkich szczegółów, ale ten akurat zapadł jej w pamięci, bo był bardzo interesujący. – Cofasz się w czasie i zabijasz swojego dziadka, w tym przypadku babcię – Wskazała łyżeczkę na Thérese, która zrobiła się czerwona na twarzy z oburzenia – więc wychodzi na to, że się nie urodziłaś, czyli nie mogłaś się cofnąć w czasie, by zabić babunię. Wtedy dochodzimy do paradoksu.
Miała nadzieję, że w miarę dobrze to wytłumaczyła. Kwestia podróży w czasie w przeszłość była w sposób fizyczny niewykonalna – za pomocą teorii względności dało się wykazać, że teoretycznie można by udać się w przyszłość; choć na ziemi nie posiadano do tego odpowiednich warunków. A na pewno człowiek nie mógłby sam tego dokonać. Kiedy wrócą do teraźniejszości, będzie musiała o tym jeszcze poczytać.
Colette wlepiła w nią odrobinę zdumione spojrzenie, które Vira już kilka razy widziała. Tak jakby nie potrafiła uwierzyć, że Elvire coś mogła wiedzieć. A ona przecież nie była głupia. Może nie miała zapędów na geniusza, nie przepadała za literaturą, francuskim i historią, ale od dłuższego czasu uczyła się fizyki, chemii i matematyki. A za pomocą ścisłej wiedzy także można postrzegać świat.
– Hm… to w sumie nie jest aż takie głupie pytanie. – Vira wywróciła oczami na jej słowa. Colette prychnęła i kontynuowała: – Paradoks ten wystąpiłby tylko wtedy, gdybyśmy założyli, że istnieje wyłącznie jedna przeszłość i jedna przyszłość. Ale prawda jest taka, że oprócz naszej rzeczywistości istnieje wiele, nawet nie wiemy ile dokładnie, wszechświatów…? Światów…? Nie wiem, jak dokładnie je nazwać. Gdybym cofnęła się w czasie i zabiła swoją babcię, wtedy narodziłaby się nowa przyszłość, bez mojej rodziny, beze mnie. Ale ja wróciłabym do moich normalnych czasów. A później znowu cofnęła do właściwej dla mnie przeszłości z moją babcią. Jeśli za bardzo namieszałabym w przeszłości, to i tak nie miałoby znaczenia. Dlatego też nie mogłabym zmieniać przeszłości. Chyba że w niewielkim stopniu, co nie wywołałoby diametralnych zmian w przyszłości. Tak jak przyjaźń z moją babcią.
– Ale jak to działa? Jakim cudem nie trafiasz do innych rzeczywistości? – Vira pochyliła się do przodu, wlepiając wzrok w dziewczynę. Naprawdę ją to zaintrygowało.
Colette jednak ją rozczarowała, wzruszając ramionami.
– A bo ja wiem? Jakoś. – Odchrząknęła, ucinając temat i skierowała wzrok na babcię. – Przepraszam, że tak wpadłyśmy. Ale nie wiedziałam co robić.
Thérese uśmiechnęła się łagodnie, co Virze w dziwny sposób przypominało odrobinę bardziej ciepłą wersję uśmiechu Mony Lisy. Pochyliła się, chwytając dłoń wnuczki i ściskając ją mocno.
– Przecież wiesz, że to żaden problem. Po prostu opowiedz mi, co się stało. I dlaczego jesteś z tą dziewczyną?
Jakby ktoś inny to powiedział, to pewnie by się obraziła, ale w jej głosie, ani w oczach nie zauważyła pogardy. Chociaż nie. Nie obraziłaby się. Pewnie miałaby to gdzieś.
Odrobinę wyłączyła się, gdy Colette opowiadała ich historię. Wyłapywała tylko szczegóły, o których wcześniej dziewczyna tylko wspominała. W głowie wciąż leciało jej Lemon tree. A wcale jakoś tak bardzo nie przepadała za tą piosenką. Gdy Colette skończyła, wskazówki wskazywały już za dziesięć ósmą.
– Wciąż ciebie nękają? – Na pięknej twarzy Thérese odbijało się zmartwienie.
Virę w pewien sposób zadziwiała szczerość dziewczyny, bowiem w jej oczach odzwierciedlenie znajdywały uczucia, które okazywała. Nieczęsto spotykała takie osoby.
– Może w końcu powiesz mi, kogo się tak boisz? Wiem, że byłaś przez kogoś duszona i że nękano cię podczas twoich podróży, ale mam wrażenie, że nie mówisz wszystkiego.
Na twarzy Colette pojawił się niepokój. Thérese piskliwym głosem powtórzył: duszona?! A Vira po prostu splotła ramiona na klatce piersiowej, czekając na odpowiedź.
 – Masz rację. Podróżnicy mają jednego wroga. To dlatego zgadzamy się na wszystkie zasady GT’a. Ponieważ oni zapewniają nam bezpieczeństwo. Jest mężczyzna, który przeciąga innych podróżników na swoją stronę, który im grozi… A nazywa się…
Wtedy rozległ się huk. Wszystkie trzy podskoczyły. Wcześniej nie zdawały sobie sprawy z ciężkiej atmosfery, która zapanowała w salonie. Drzwi od mieszkania gwałtownie się otwarły, a do środka wtoczyła się nowa osoba.
Była to dziewczyna, która wyglądała na rówieśniczkę Thérese; babcia Colette na jej widok jęknęła, więc musiała ją znać. Dopiero po sekundzie Vira zorientowała się, że była ona kompletnie pijana. Okrywał ją pudrowo-różowy płaszczyk, na stopach miała czarne pantofle, nogi opinały ciemne spodnie, w które wpuszczona została biała bluzka. Falowane, blond włosy rozsypywały się na ramionach – w niektórych miejscach widać było ledwo trzymające się spinki. Urodę miała zadziwiającą – jak perfekcyjna lalka Barbie, z delikatnym noskiem, niebieskimi oczami i idealnej wielkości, pełnymi wargami, które nie prezentowały się w tym momencie najlepiej pod zaschłą, nikłą warstwą rozmazanej, czerwonej szminki.
Uwiesiła się na drzwiach, przytrzymując się klamki i mruknęła:
– Wygrałam, paskudo! Otworzyłam ciebie, a ty mnie nie! – Wybuchnęła głośnym śmiechem i zatrzasnęła w końcu drzwi, wchodząc do mieszkania.
Zataczając się, zdjęła płaszczyk, ukazując idealne wcięcie w talii, które podkreśliła wysokim stanem spodni, a także sporej wielkości biust, ukryty za bluzeczką. Buty dodawały jej kilku centymetrów, ale wydawało się, że nie była jakoś specjalnie wysoka. Na pewno niższa od Colette, która przerastała Virę i swoją babcię.
Na twarzy Lacroix widniało zdumienie, za to Thérese wyglądała, jakby miała ochotę zapaść się ze wstydu pod ziemię. Vira tylko się uśmiechnęła.
– Współlokatorka wróciła z randki? – spytała i zachichotała na widok skonsternowania i zdegustowania swoich towarzyszek.
– Ranki, randki…. – mruknęła nowa dziewczyna, rzucając się na fotel. Spróbowała skupić na nich spojrzenie. – Okazał się słaby w łóżku, więc musiałam sporo wypić, by mieć choć trochę rozrywki.
– Stella! – wykrzyknęła oburzona Thérese i zaczęła się wachlować dłonią. Cała się zarumieniła.
– Stella-srella – zanuciła dziewczyna, odgarniając jasne włosy z twarzy. – Wiem, że jesteś świętoszką, Solo. I może dobrze. Jednak nie musisz mnie tak ciągle obrażać. Twoje koleżanki nie pomyślą przez to o tobie źle.
Mimo pijanego stanu, jej mowa nie była mocno zniekształcona. Vira nie mogła się powstrzymać i wybuchnęła śmiechem. Dawno nie miała tyle radochy. Colette posłała jej karcące spojrzenie, za to Thérese zaczerwieniła się jeszcze mocniej.
– Wcale ciebie nie obraziłam – mruknęła i wlepiła spojrzenie w swoje splecione dłonie.
– Bo jesteś damą – mlasnęła Stella. – Ale na pewno to i owo sobie pomyślałaś. – Puściła jej niezgrabnie oczko i wtuliła się w poduszkę, przytulając się do niej policzkiem.
– Mieszkasz z nią? – spytała Colette, która nie kryła swojego zdumienia.
Thérese niechętnie kiwnęła głową.
– Pracujemy razem. Potrzebowałam współlokatorki, więc zaproponowałam, by się wprowadziła… – urwała, wlepiając zrozpaczony wzrok w Stellę.
– Teraz tego żałuje, moja kochana Solo – powiedziała z pewnością w głosie pijana dziewczyna.
– Solo? Jak Han Solo? – spytała bezmyślnie Vira i od razu sama miała ochotę sobie przywalić.
Colette sapnęła z oburzenia, Thérese rzuciła jej nic nierozumiejące spojrzenie, za to Stella chrapnęła głośno w poduszkę. Elvire odetchnęła z ulgą. Chyba tego nie usłyszała…
– Tak mam na nazwisko – odpowiedziała spokojnie babcia Colette, która spróbowała zamaskować wpadkę Viry.
– No tak – mruknęła i porwała ze stołu herbatnika, wgryzając się w niego pośpiesznie. Było jej strasznie głupio. Przecież obiecała, że będzie się zachowywać. Nie chciała nawet patrzeć na niezadowoloną minę Colette.
– Zaprowadzę ją do pokoju. – Thérese wstała i podeszła do swojej współlokatorki. – Chodź, Stello Valery. Ile ja mam z tobą problemów…
Blondynka zaczęła mruczeć pod nosem, gdy była podnoszona:
– Nienawidzę facetów. Wiecie, co? Rzucę pracę i wyjadę do Stanów. Na plantację bawełny! Tam znajdę prawdziwego faceta! A może na plantację bananów? – Zatrzymała się na chwilę i uniosła twarz, odgarniając włosy. Rzuciła zdziwione spojrzenie Thérese’ie, która ją przytrzymywała. – Tess, jadłaś kiedyś banana? Są słodkie. To ich potrzebujemy. Bananów. Nie facetów…
Vira usłyszała jeszcze wiele bzdur wypowiadanych przez Stellę, ale nie skupiła się na nich, bo Colette w końcu zmusiła ją, by na nią spojrzała. Dokładnie to szarpnięciem. I to ręki, która już została zmaltretowana przez paznokcie podróżniczki.
– Co to miało być? – syknęła jak zwykle powoli, pochylając się do niej. W oczach płoną jej gniew, który coraz bardziej roztapiał wzniesioną w nich barierę. – Miałaś się zachowywać!
– Przepraszam… – Odwróciła wzrok. Nie potrzebowała moralizowania; sama wiedziała, że źle postąpiła.
– Nie. Posłuchaj mnie. Wiem, że lubisz zachowywać się jak jakaś dziwaczka. Zdążyłam też już odkryć, że jesteś dość impulsywna i bezmyślna, ale nie możesz nawiązywać do rzeczy, które pochodzą z naszych czasów! Ta dziewczyna nie powinna wiedzieć o Gwiezdnych Wojnach, które zostały stworzone prawie trzydzieści lat później!
Vira spięła się, chociaż nie chciała pokazywać, że słowa Colette odrobinę ją zabolały. Zresztą, nie powinna się tym przejmować. Była dziwaczką i dobrze jej z tym przydomkiem. Przynajmniej nie zgrywała panny perfekcyjnej.
Wywróciła oczami i mruknęła:
– Zrozumiałam, damulko. Będę już bardziej ostrożna.
Colette pewnie miała ochotę jeszcze na nią powrzeszczeć, ale powstrzymała się, bo wróciła Thérese. Dziewczyna zamknęła drzwi od pokoju swojej współlokatorki i posłała im przepraszający uśmiech.
– Wybaczcie. Ona zazwyczaj… – zacięła się i westchnęła. – Cóż… Stella nie jest łatwą osobą. Teraz pewnie będzie spała, dopóki nie wytrzeźwieje. – Zmarszczyła nos, zdegustowana.
Vira trochę współczuła Stelli – pewnie nie tylko Thérese potępiała postępowanie dziewczyny. W latach pięćdziesiątych taka postawa nie mogła być pochwalana. Nawet w ich czasach nie mówiło się za dobrze o dziewczynach, które wskakiwały innym kolesiom do łóżka. Chociaż było to bardziej zrozumiałe i przez wielu praktykowane…
Elvire wciąż chciała dowiedzieć się o tym zagrożeniu, ale po minie Colette widziała, że lepiej teraz o to nie pytać. Dlatego też spuściła wzrok na swoją spódnicę i udawała, że strząsa z niej jakieś okruszki. Nie przepadała za sukienkami, ale tym razem nie zamierzała narzekać. Bardziej przeszkadzały jej za duże buty, ale cóż poradzić? Musiała zacisnąć zęby i po prostu jakoś to znieść.
– Co teraz zamierzacie? Miesiąc to bardzo długi okres czasu – powiedziała Thérese, sprzątając ze stolika.
– Właśnie nie wiem – mruknęła Colette, przegryzając ostatniego herbatnika. – Wciąż zastanawiam się, czy nie udać się do GT’a. Ale boję się.
– Rozumiem. – Thérese kiwnęła głową i wygładziła prostą, granatową sukienkę, w którą była ubrana. Poprawiła też swoje wymodelowane włosy, które kojarzyły się Virze z fryzurami, które próbowały osiągnąć na starość starsze panie. – To mam dla was propozycję. Możecie tu na razie zostać, ale nie wiem, co na to właściciel. A tak się składa, że w mojej pracy szukają kelnerek; mogłybyście popracować odrobinę, zarobić pieniądze i może wtedy uda mi się wybłagać właściciela, by udostępnił nam większe mieszkanie na jakiś czas.
Colette znieruchomiała na chwilę, więc Vira wykorzystała to, by włączyć się do rozmowy.
– Dla mnie super. Mogę pracować.
Skierowały swoje spojrzenia na Colette, która wydawała się być niepewna. Bawiła się włosami i skubała zębami wargi.
– No nie wiem – mruknęła w końcu. – Nie jestem dość dobra w kontaktach międzyludzkich.
Vira miała ochotę prychnąć tak, jak często podróżniczka to robiła. Jednak powstrzymała się, bo wiedziała, że Colette powiedziała to tylko do swojej babci; z Elvire na pewno nie podzieliłaby się swoimi obawami.
– Poradzisz sobie. – Babcia poklepała ją po głowie i skierowała się do swojego pokoju. – Wybaczcie mi, ale muszę iść do pracy. Porozmawiamy jeszcze, jak wrócę.
Thérese wyszła po chwili z mieszkania, ubrana w czarnobiały uniform kelnerki – okazało się, że pracowała wraz ze Stellą w kawiarni na rogu, którą dziewczyny mijały. Powiedziała, że mają się czuć jak u siebie w domu i obiecała, że upichci im coś na kolację.
Dziewczyny nie rozmawiały ze sobą po jej wyjściu. Colette zwinęła się w kłębek na kanapie z książką z biblioteczki w dłoniach. Vira nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Nie chciała czytać, nie miała przy sobie telefonu, by bezmyślnie móc serwować po Internecie, sprawdzić Facebooka i Snapa – już zaczynała za tym tęsknić. Tak jak i za swoimi ukochanymi trampkami i dżinsami, które Colette kazała jej zostawić w niewielkim pokoju, gdzie spędziły poprzednią noc. W mieszkaniu nie było też telewizora, co kazało jej przypuszczać, że jeszcze nie nadeszła era bezmyślnego ślęczenia przed odbiornikiem. Znalazła tylko radio, którego nie potrafiła obsłużyć i czarny telefon z obrotową tarczą – trochę się nim pobawiła, jednak i tak nie miała do kogo zadzwonić, więc szybko jej się to znudziło. Colette także nie pozwoliła opuścić jej mieszkania, więc Vira naprawdę nie wiedziała już, co mogłaby porobić. Tak się chyba działo, gdy dziecko dwudziestego pierwszego wieku zostało odłączone od świata…
W końcu znalazła stary album ze zdjęciami, nad którym przesiedziała kilka godzin, obserwując członków rodziny Colette, a także zastanawiając się, jakimi aparatami były wykonane. Bardzo chciałaby móc wziąć do teraźniejszości jakiś stary model aparatu. Była jednak pewna, że Colette nigdy nie wyrazi na to zgody. Co od razu ją zirytowało – kiedy zaczęła się tak słuchać tej dziewczyny?
Powstanie ze zmarłych Stelli rozwiało nudę, którą Vira odczuwała. Od razu odnalazły wspólny język; Elvire wciąż nie rezygnowała ze swojej zasady, że nie szuka przyjaciół, nie przywiązuje się do innych. Ale wiedziała, że tylko przez miesiąc będzie znała tę dziewczynę. Przez tak krótki okres czasu nie można przecież stworzyć jakiejś wielkiej przyjaźni. I tym razem to Vira będzie tą, która porzuci, a nie porzucaną…

~~~~~~~~~~~~~~~~~~
* Tekst piosenki, którą śpiewała Vira: http://www.tekstowo.pl/piosenka,fool_s_garden,lemon_tree.html
Rozdziały będą się pojawiały co miesiąc. Wracam także do odpowiadania na komentarze, więc śmiało możecie pisać :D
Zdjęcia nowych, jak i starych bohaterów, można znaleźć w odpowiedniej zakładce.
Proszę się nie bać, Urbi pojawi się w następnym rozdziale ;>; także pojawią się prawdziwe zagrożenia, więc zapraszam na nowy rozdział za miesiąc w niedzielę!

Pozdrawiam Was, Podróżnicy w Czasie!