niedziela, 11 lutego 2018

Czas: 14

Inf: Może nie powinnam tego pisać, ale... jestem już odrobinę zniechęcona. Kocham pisać, wciąż będę pisała i naprawdę wiele wkładam w to opowiadanie, a nawet nie wiem, czy ktokolwiek czyta, czy komukolwiek się podoba. Nawet najmniejszy komentarz dodałby mi motywacji, więc... Ech. Zapraszam na nowy rozdział, Podróżnicy w czasie! :)


– Czy to wszystko?
Colette westchnęła, osuwając się w fotelu, zastanawiając się nad tym pytaniem. Czuła się wyjątkowo zmęczona po dwugodzinnej sesji w siedzibie GT.
– Opowiedziałam ci o wszystkim, o czym pamiętałam. – Sięgnęła po ciasteczko, ale jednak rozmyśliła się i objęła dłońmi chłodny już kubek z kawą.
Została zaproszona do organizacji, gdzie poznała Amitę Morin. Tak naprawdę nie wiedziała, co o niej myśleć. Obawiać się, czy stwierdzić, że była tylko zwykłym, niczym nie wyróżniającym się pionkiem? Wyglądała na dwadzieścia parę lat i niewiele można było o niej powiedzieć – nie wyróżniała się urodą, miała brązowe, kręcone włosy i tej samej barwy tęczówki. Ubrana była w dżinsy z czarnymi szelkami, białą koszulkę i skórzaną kurtkę. Na głowie miała szarą czapkę.
– Jednak coś się nie zgadza. Mówiłaś, że już wcześniej poczułaś, że możesz wrócić do teraźniejszości, jednak nie zrobiłaś tego. Dlaczego?
Znowu musiała westchnąć. Już to tłumaczyła, ale najwyraźniej nie wyraziła się dostatecznie jasno.
– Nie pamiętam. Miałam się z kimś spotkać, weszłam do domku i… nic nie pamiętam. Obudziłam się potem w piwnicy, gdzie byli też Noël i Stella. Oni mnie rozwiązali i pojawiła się ta Immor…
– Lete – podpowiedziała usłużnie Horo Morin, poprawiają czapkę.
– Dokładnie. Przyniosła Virę. Potem wróciłam do akademii Mirandel i na tym kończy się moja opowieść. – Zamilkła na chwilę, by przypomnieć sobie, że miała poruszyć jedną kwestię. – Właściwie to jest coś jeszcze. Kiedy wróciłam do teraźniejszości, spotkałam się z moim przyjacielem i… wygląda na to, że przeszłość uległa zmianie. Posiadał on przedmiot, którego nie mógł mieć. Twierdził, że zostawiłam go u niego, a poprzednim razem to nie miało miejsca. Wiesz, dlaczego tak się stało? To nie powinno być możliwe, prawda?
Amita zmrużyła powieki, zastanawiając się nad odpowiedzią.
– Nie jestem pewna… Musiałabym porozmawiać o tym z moimi przełożonymi. Może to jakiś efekt uboczny poczynań Immor.
Dziewczyna westchnęła, starając się nie wspominać tamtego momentu. Naprawdę wolałaby, żeby było tak jak wcześniej. Przynajmniej uniknęłaby tej niezręcznej sytuacji z Urbim.
Zapadła cisza, podczas której Amita zapisywała coś w notesie. Colette w tym czasie uporządkowała myśli i postanowiła, że potrzebuje odpowiedzi na kilka pytań.
– Wydaje mi się, że należą mi się jakieś wytłumaczenia. Noël i Stella? Kim tak naprawdę są?
– Wiesz, że nie mogę ujawniać informacji o innych podróżnikach w czasie… – Odłożyła notes na stolik, zatykając zatyczką długopis i uniosła dłoń, gdy dziewczyna chciała jej przerwać. – … ale masz rację. W tej sytuacji zrobimy wyjątek, zwłaszcza, że Noël i Stella wrazili na to zgodę.
– Wrócili już? – spytała i poczuła się odrobinę rozczarowana, że od razu się z nią nie skontaktowali.
– Jeszcze nie, ale niedługo się z nimi spotkasz. Przed swoją podróżą powiedzieli, że nie mają nic przeciwko, byś poznała ich tożsamość. Mamy to nawet na piśmie. – Uśmiechnęła się, jakby na wspomnienie tej dwójki. Po chwili powróciła do przerwanego wątku. – Uczyłaś się na zajęciach, że istnieje wyjątkowa trójka podróżników w czasie, tak zwane Czasy. W mojej londyńskiej placówce współpracujemy z Przyszłością, za to we Francji ujawniły się aż dwa Czasy. Noël jest Przeszłością, za to Stella Teraźniejszością.
– Współpracujecie? Myślałam, że chronicie podróżników, nie ingerując za bardzo w ich życie.
– Jeśli chodzi o Czasy, jest inaczej. Istnieje wiele cech, które mogłyby bardzo pomóc lub też zaszkodzić innym, ale zazwyczaj nie mamy o nich pojęciach, dopóki podróżnik sam nie odkryje swojej cechy. Z Czasami jest inaczej. Ich cecha objawia się już na wiele lat przed pierwszą podróżą w czasie. Co ciekawe, tacy podróżnicy nie blokują się dwa razy – po użyciu pierwszy raz umiejętności podróży w czasie i gdy odkryją swoją cechę – tylko raz, ponieważ znają już swoją cechę. Nie wiem, czy dobrze ci to wytłumaczyłam.
Colette powoli pokiwała głową, próbując to wszystko zrozumieć.
– Dlatego, że znacie ich cechy wcześniej, korzystacie z ich pomocy?
– Tak. Oczywiście za ich zgodą. Nie zrobilibyśmy niczego wbrew woli podróżnika. – Odrobinę nerwowym ruchem odgarnęła włosy z czoła, chowając je pod czapką. – Stella jest Teraźniejszością i potrafi czytać w myślach, za to Noël jest Przeszłością i może poznać wspomnienia innych. Dzięki ich cechom udało nam się odnaleźć i uratować wiele osób.
– Niesamowite – mruknęła Colette. Naprawdę była pod wrażeniem.
– Dlatego też użyliśmy umiejętności Noëla, by odczytał wspomnienia twojej babci i określił, kiedy zablokowałaś się po odkryciu swojej cechy. Oczywiście musieliśmy to zrobić w czasach przed narodzinami Miratte. Dzięki Stelli odnaleźliśmy Thérese Solo w Paryżu w 1951 roku. Dalej Valery nawiązała z nią kontakt, zdobywając pracę w kawiarni i udało jej się nawet z nią zamieszkać, chociaż się tego nie spodziewaliśmy. Potem tylko czekali na wasze pojawienie się i starali się was chronić, chociaż wiesz, jak to wyszło w praktyce…
– Rozszarpaniem nogi Viry i zdemolowaniem mieszkania mojej babci – podpowiedziała Colette.
– Dokładnie. – Usta Amity ułożyły się w krzywy uśmiech. – Gdybyś udała się do siedziby GT w przeszłości, wtedy poznałabyś ich tożsamość. Ty jednak, ignorując swój obowiązek, nie zrobiłaś tego. Ale nie martw się, nikt nie będzie robił ci z tego powodu wyrzutów. Nie pozwolę na to.
Lacroix nie spodziewała się tego po Amicie. Może kobietę naprawdę obchodziło to, co się działo z podróżnikami?
– Także przez obecność Viry wskazanym było, by się nie ujawniali. Chociaż nas także zdziwiła decyzja Immor o tym, by usunąć jej wspomnienia. O niczym nie pamięta?
Colette pokręciła głową i westchnęła na wspomnienie ich pierwszego, a tak naprawdę kolejnego spotkania…


Jak zwykle spóźniona sunęła do swojego stałego stolika. Wiedziała, kogo przy nim zastanie. Już od progu zauważyła, że zamiast małego Zacha – którego nigdzie nie widziała – na jednym z krzeseł siedziała ciemnowłosa dziewczyna. Colette czuła się dziwnie na myśl, że jeszcze poprzedniego dnia razem znajdowały się w przeszłości, a dzisiaj Vira jej nie znała. Była o wiele chudsza niż wtedy, gdy po raz pierwszy się spotkały, ale ubrana tak samo – w różową koszulę, która kompletnie do niej nie pasowała i upodabniała ją do słodkiej babeczki. Zaledwie przez ułamek sekundy, gdy ich oczy się spotkały, Colette pozwoliła sobie na odczucie kilku kropelek nadziei – że może Elvire tak naprawdę nie straciła pamięci – które jednak zupełnie wyparowały, gdy zobaczyła wyraz twarzy dziewczyny. Była tak samo niezadowolona, jak za pierwszym razem.
Starała się nie patrzeć za bardzo na Urbiego. Ale to nic nie dało. Już z daleka wyczuła jego ból, to, jak bardzo go zraniła. Chociaż chłopak, jak to on, próbował udawać, że nic się nie stało. Ukrywał się za tym swoim uśmiechem, który nie powinien być tak sztuczny. Colette wiedziała, że musi to naprawić, ale… nie miała jeszcze pojęcia jak. Nie mogła odpowiedzieć na jego uczucia, a to, że przeczytał jej wiersz – skomplikowało wszystko jeszcze bardziej.
Naprawdę planowała, by to krótkie spotkanie przebiegło w taki sam sposób, jak poprzednim razem. Przecież obiecała sobie, że nie spróbuje ponownie nawiązać kontaktu z Virą. Ale… wyglądało na to, że nie potrafiła dłużej być dla niej niemiła. Nie po tym, jak spędziły razem prawie miesiąc w przeszłości. Szkoda tylko, że Vira o niczym nie pamiętała i nie znała Colette tak, jak powinna znać.
Dopiero po sekundzie zorientowała się, że Urbi coś powiedział i czekał na reakcję dziewczyny.
– Co? – powiedziała nieprzytomnie, czym zasłużyła sobie na nieprzyjemne parsknięcie ze strony Viry.
– Myślałem, że będziesz się gniewała. Wiem, że nie chcesz się z nikim zaprzyjaźniać. – Urbi wzruszył ramionami, patrząc na nią z lekkim niepokojem.
Miał rację. Reakcja Colette była inna niż zwykle. Zmusiła się do delikatnego uśmiechu.
– Może postanowiłam popracować nad moimi relacjami społecznymi. Pomyślałeś o tym? – Zaczęła odrobinę nerwowo bawić się serwetką, by nie musieć patrzeć na Urbiego. – Wiesz, że nie mogę do końca życia ograniczać się do znajomości tylko z moim przyjacielem z dzieciństwa i dziewięcioletnim chłopcem.
Uśmiech Urbinusa stał się odrobinę bardziej prawdziwy. Chciał już coś odpowiedzieć, gdy odezwała się Vira.
– Wybaczcie, że przerywam wam ten ckliwy moment, ale ja nie piszę się na przyjaciółkę tej damulki. Zamierzam grzecznie zjeść, a potem zniknąć. Ty niestety nie zdobędziesz przyjaciółki, a ty – Wskazała widelcem, na który nadziała pomidorka koktajlowego, na Urbiego – dasz mi spokój. Nie potrzebuję stalkera.
Wzdrygnęła się teatralnie, a potem zaczęła jeść.
Colette nic nie mogła na to poradzić, że uśmiechnęła się radośnie, chociaż próbowała to ukryć, zakrywając usta serwetką. Miło było patrzeć, jak Vira znowu je. Pewnie szybko wróci do swojej normalnej wagi. Wciąż wyglądała na wychudzoną; Colette wiedziała, że to przez chorobę. Dziewczynę ciekawiło, jak to zostało wytłumaczone, gdy wspomnienia Viry uległy zmianie. Jednak nie wiedziała, jak o to zapytać, więc skupiła się na posiłku. Atmosfera przy stoliku była wystarczająco niezręczna. Nie powinna jej jeszcze pogarszać głupimi pytaniami.


Powróciła myślami do pokoju w siedzibie GT.
– Na pewno nic nie pamięta. – W końcu znowu mnie nienawidzi, dodała w myślach.
– To dobrze. Niech tak zostanie. Teraz tylko musimy sprawdzić jedną rzecz. Zabierz mnie do przeszłości.
Amita wstała z fotelu i wyciągnęła do niej rękę.
– Co? – Colette powoli także się podniosła, patrząc na nią ze zdezorientowaniem. – Dlaczego?
– Musimy sprawdzić, czy możesz zabierać w przeszłość każdego. Dalej – zachęciła ją delikatnym uśmiechem.
– Jakieś specjalne wymagania? – wymamrotała, chwytając jej suchą, odrobinę szorstką dłoń.
Paznokcie kobiety były obgryzione do zera. Czyżby przez stres?
– To samo miejsce, południe, siedemnastego września 1990 roku. Mam pewność, że nikogo wtedy tutaj nie było. Ale stańmy przy oknie, by nie wpaść na żadne meble.
Ustawiły się w odpowiednim miejscu. Colette sprawdziła jeszcze godzinę na zegarku. Zamknęła oczy i skupiła się na podanych przez Amitę informacjach.
Podróżowanie w czasie obecnie nie było dla niej żadnym problemem. W sporej mierze opierało się po prostu na instynkcie. Ale pamiętała czasy, gdy miała dwanaście lat i zupełnie nad tym nie panowała. Cofała się losowo, pojawiając się często w miejscach, w których zdecydowanie nie chciała być. Zawsze łatwiej było wrócić. Wystarczyło, że się czymś zestresowała, wystraszyła i organizm dziewczyny sam ją przenosił do teraźniejszości. Jednak – po wielu godzinach ćwiczeń – w końcu zaczęła kontrolować swoją umiejętność.
Zobaczyła rozbłysk pod powiekami i wiedziała, że znalazły się już w przeszłości. Otworzyła oczy i ujrzała zszokowaną minę Amity. Kobieta wyglądała tak, jakby nie mogła uwierzyć, że się udało.
– Jesteśmy – powiedziała spokojnie Colette, puszczając jej dłoń i rozglądając się po pomieszczeniu.
Wyglądało bardzo podobnie, jeśli nie licząc tego, że fotele i stolik stały pod ścianą, a nie na środku pomieszczenia. Ale biurko i regały z książkami były w tym samym miejscu. Różniły się także szczegóły – inne zasłony w oknach, dywan, poduszki na fotelach, obrus na stoliku, drobiazgi na biurku, doniczka z kwiatkiem na parapecie.
Horo doprowadziła się do porządku – oddychając spokojnie parę razy i szczypiąc się w dłoń – i w końcu uśmiechnęła się tak naprawdę – szeroko, szczerze.
– Niesamowite. – Spojrzała przez okno, próbując upewnić się, że znalazły się w latach 90. – Mamy odpowiedź na dwie kwestie. Możesz zabierać każdego w swoją podróż i to w czasy, w których twój towarzysz żyje. Wczoraj o tej porze się urodziłam.
– Dlatego taka data. – W sumie nie wiedziała, jak na to zareagować. Ale czuła się szczęśliwa, że mogła zrobić to dla Amity i zabrać ją w przeszłość. Widać było, że to wiele dla niej znaczyło. Tak naprawdę nie myślała za wiele o swojej cesze. Może nie trafiło jej się wcale tak najgorzej? – Wracamy, czy chcesz gdzieś się przejść? Teraz to nie ma różnicy, kiedy wrócimy.
Widać, że Horo Morin targały wątpliwości. Jako pracowniczka GT nie powinna tego robić, jednak widać było, że bardzo ją to kusi. Przygryzła dolną wargę, a później pokiwała głową.
– To chodźmy. – Colette zatrzymała się jeszcze i spojrzała na ich ubrania. Nie powinny się tak bardzo wyróżniać. Amita w dżinsach, a Lacroix jak zwykle w swojej ulubionej marynarce i czarnej spódniczce.
Musiały się odrobinę przekradać, ale udało im się wyjść, niezauważone przez nikogo.
Miasto nie różniło się tak bardzo od współczesnego – może kilkoma budynkami, których brakowało, a także tymi, które nie były odnowione. Po jezdni jeździło zdecydowanie mniej samochodów – o wiele starszych rocznikami. Fryzury i makijaże mijanych ludzi także nie wyglądały podobnie – bardziej kiczowate, wiele kobiet miało natapirowane włosy. Widziało się liczne osoby w kolorowych wiatrówkach, dżinsowych kurtkach, a także w marynarkach i prochowcach.
Siedziba GT znajdowała się w dziesiątej dzielnicy Paryża, koło ratusza, na ulicy Rue de Faubourg Saint-Martin.
– Chcesz iść w jakieś konkretne miejsce? Zobaczyć coś? Kupić? Chociaż nie mamy franków, a euro zostanie wprowadzone dopiero w 2002 roku… – Colette z ciekawością rozglądała się po okolicy. Próbowała także pozbyć się obaw; jej ostatnie podróże w czasie nie kończyły się najlepiej. Miała nadzieję, że tym razem będzie inaczej.
– Mam franki. – Amita wyglądała na zakłopotaną, ale jednocześnie szczęśliwą.
– Zaplanowałaś to sobie. – Pokiwała głową z namysłem. Pewnie zrobiłaby to samo, gdyby zlecono jej podróż z podróżniczką do przeszłości.
– Tak odrobinę. Idziemy do sklepu z komiksami.
Nie przypuszczała, że spotkanie w siedzibie GT skończy się przeglądaniem komiksów Marvela. Colette nie mogła nadziwić się starej grafice – nie żeby się na tym znała, ale nawet dla takiej laiczki było oczywistym, że ma do czynienia ze starym stylem rysunku. W teraźniejszości te wydania musiały kosztować majątek. A Amita kupowała je za grosze. Po godzinie udało im się wyjść ze sklepu.
– Dziękuję. – Horo Morin przytulała do piersi reklamówkę z komiksami. – Jeśli byś mogła, to nie wspominaj o tym w GT, dobrze?
– Jasne. – Wzruszyła ramionami i zatrzymała się w ślepej uliczce. – Wracamy?
Z wielkim żalem Amita przytaknęła i podała jej dłoń. Po chwili znów stały pod oknem w siedzibie GT.
– Niesamowite. Chociaż trochę mnie zemdliło. Ciebie nie? – Amita na chwiejnych nogach podeszła do swojej torby i ukryła w niej komiksy. Później usiadła na fotelu, chowając głowę między kolanami i głęboko oddychając. Czapka spadła na podłogę, uwalniając burzę brązowych loków.
– Kwestia przyzwyczajenia.
– Dobrze. Wracajmy do naszych spraw. – Zerknęła na zegarek i roześmiała się. – Aż trudno uwierzyć, że minęło tylko piętnaście minut, kiedy tam byłyśmy chyba z półtorej godziny.
– Tak to działa.
– Niesamowite – mamrotała. Usiadła prosto. Wciąż była blada, ale nie wyglądała już tak źle. Chwyciła swój notatnik i zaczęła go przeglądać. – To chyba już wszystko. Teraz tylko zostaje mi, by zaproponować przydzielenie podróżnika, który będzie ci towarzyszył. Wiem, że czujesz się zagrożona podczas swoich podróży w czasie. Dlatego możesz podróżować z Noëlem. On będzie potrafił ciebie ochronić.
Colette od razu się zgodziła i uśmiechnęła się, kiedy Amita obiecała, że da jej znać, gdy Noël i Stella wrócą z przeszłości. Nie widziała ich ponad tydzień, ale już zdążyła się za nimi stęsknić. Pożegnała się z Horo Morin i skierowała się do wyjścia. Pora wracać do akademii Mirandel.
~~*~~*~~*~~
Mimo że wiedziała, że tym razem nie cofnie się w czasie razem z Virą, to i tak z niecierpliwością czekała na ten wieczór. Wieczór, który wszystko zaczął. Gdy pokłóciła się z Elvire, a później przez przypadek użyła swojej umiejętności.
Tym razem było inaczej; wciąż musiała to sobie powtarzać. Nie rozchorowała się, nie pokłóciła z dziewczyną, a relacja z Urbim… Sama nie wiedziała, co o niej myśleć. Zraniła go. I to strasznie. Widziała to za każdym razem, gdy patrzyła w jego oczy i to bolało ją samą. Może powinna to uciąć… jednak jak ostre powinno być ostrze, by przeciąć więź łączącą ich od tak wielu lat? Czy w ogóle takie istniało? Nie potrafiła tego zrobić. Dlatego tak samo jak on – udawała, że nic się nie stało. A to była najgorsza z możliwych strategii, gdyż wciąż siebie ranili. Nie mogli bez siebie żyć, ale nie potrafili zdobyć się na szczerość i to było najbardziej przykre w tym wszystkim. Znali się przecież praktycznie całe życie. W czym tkwił problem?
We mnie, Colette doskonale znała odpowiedź na to pytanie.
Chociaż nie nienawidziła Viry już tak bardzo, to wciąż była o nią zazdrosna. Tak jak poprzednim razem. O to, że Urbi wybrał także ją na swoją przyjaciółkę; że tak dobrze dogadywali się ze sobą; że tak dużo czasu poświęcał Elvire. Czasami nie wiedziała, czy żałuje tego, że Vira się pojawiła, czy tego, że nie może być częścią ich grupy.
– Coś się stało – zawyrokował mały Zach, wyjmując lizaka z buzi. Jego język i usta były całe niebieskie. – Spędzasz ze mną więcej czasu niż zwykle.
Colette musiała przyznać rację malcowi. Powiedziała Urbiemu prawdę: oprócz jego i Zacha nie posiadała nikogo innego. Dlatego, gdy chłopak zaczął spędzać więcej czasu z Virą, sama udała się do swojego drugiego przyjaciela. Jej plany, by stać się bardziej społeczną, spełzły na niczym.
Spędzali czas w jednoosobowym pokoju dziewięciolatka po lekcjach. Normalnie Colette zaszyłaby się w bibliotece, ale jakoś ostatnio naprawdę była spragniona obecności innych ludzi – nie tylko tych papierowych. Przeraźliwie tęskniła za swoją babcią, a wiedziała, że musi czekać na Noëla, by odbyć następną podróż w czasie.
Pomieszczenie wyglądało jak zwykły pokój dziecięcy – z łóżkiem w kształcie rekina, plakatami z ulubionych filmów Zacha na ścianie, porozrzucanymi wszędzie ubraniami i papierkami po słodyczach oraz innych przekąskach. Duży telewizor plazmowy wyróżniał się najbardziej, ale biorąc pod uwagę pozycję ojca Hoffmanna, nie było to tak bardzo dziwne.
– Nie, nic się nie stało – odpowiedziała po chwili, gdy cisza się przeciągała. – Naprawdę uważasz, że muszę mieć powód, by spędzać czas z moim uuulubionym młodszym braciszkiem?
– Nie masz przyjaciół, prawda? – Chłopiec rzucił w nią patyczkiem od lizaka, ani trochę nie będąc pod wrażeniem jej wyznania. Okręcił się na krześle obrotowym, patrząc na nią z namysłem.
Colette jęknęła i schowała głowę w poduszce. Łóżko było na nią o wiele za krótkie, ale to nie przeszkadzało dziewczynie, by się na nim wylegiwać.
– Nauczyciele chyba mają rację. Jestem bardzo bystrym, młodym człowiekiem!
– Nauczyciele zawsze kłamią. Nie wierz im, serio. Mi kiedyś powiedzieli, że jestem najfajniejszym dzieciakiem w klasie i patrz, gdzie teraz jestem. – Rzuciła mu ponure spojrzenie, przewracając się na bok i podpierając głowę ręką.
Zach przestraszył się odrobinę, patrząc na nią uważnie. Później pokiwał głową z powagą.
– Masz rację. Twoi nauczyciele kłamali. Dobrze, że trafiłem na lepszych.
Nie chciała tego, ale musiała się roześmiać. Śmiech był lepszy od płaczu. To pewnie przez to, że zbliżał się jej okres. Ta wredna suka.
– Vira robi zdjęcia, wiesz? Lubię ją. Może jak będziesz dla niej milsza, to ciebie polubi i się z tobą zaprzyjaźni.
Zach zmienił temat i otworzył kolejną paczkę z lizakami. Rzucił jednego Colette, a ona automatycznie złapała go i włożyła do buzi. Poczuła przyjemny smak czarnej porzeczki. Pewnie później będzie miała całe czarne język i usta.
– To jest to! – wykrzyknęła, a jej głos był odrobinę zniekształcony.
– Wiem. Ja zawsze mam rację – powiedział chłopiec i wsadził do ust aż trzy lizaki na raz. Wyglądał jak uroczy chomik, któremu z kącika ust odrobinę kapała ślina.
– Dzięki, Zach. Naprawdę jesteś moim ulubionym bratem. I nie mówię tego tylko dlatego, że posiadam dwie siostry. – Poczochrała mu włosy i wypadła z pokoju.
~~*~~*~~*~~
Nie cierpiała swojej blizny. Naprawdę. Kiedyś skóra na prawej łydce była idealnie gładka. Teraz – przez bezmyślnego psa równie inteligentnego ex chłopaka matki – szpeciła ją okropna szrama. Przez to też wylądowała w szpitalu, gdyż były pewne komplikacje, a potem jeszcze to okropne zapalenie płuc… i teraz wyglądała jak chodząca kostnica.
Westchnęła, opuszczając nogawkę spodni od piżamy. Sięgnęła po laptopa, którego szybko uruchomiła i włączyła program do obróbki zdjęć. Pora pobawić się przed snem. A miała nad czym pracować. Była w szkole od dwóch tygodni i zdążyła poznać naprawdę wiele osób. Nie miała pamięci do imion, ale kojarzyła sporo tęczówek.
Nie mogła powiedzieć, że czuła się dobrze w nowej szkole, ale… nie było też tak najgorzej. Jak na razie nie narobiła sobie żadnych wrogów, a jej taktyka, by nie przywiązywać się do nikogo – cóż… nie działała tym razem najlepiej. A to wszystko przez pewnego wiecznie uśmiechniętego optymistę. Urbi przyczepił się do niej i nic nie było w stanie go oderwać. Próbowała wielu rzeczy, ale on reagował na wszystkie wredne odzywki Viry wieloma uśmiechami i niezachwianym pozytywnym nastawieniem. Nic nie mogła na to poradzić. Ale nie nazwałaby go swoim przyjacielem!
Mieszkanie z Stephanie – dziwaczną écru współlokatorką – nie było takie złe. Nauczyły się ze sobą współpracować. Chociaż to wyglądało bardziej tak, że po prostu nie wchodziły sobie w drogę. W pokoju musiał panować względny porządek i Vira nie powinna dotykać rzeczy Steph. Raz, w sumie przez przypadek, przestawiła kilka zeszytów na jej biurku. Nie spodziewała się tego, ale to wywołało dość dziwną reakcję Stephanie. Ta dziecinnie wyglądająca dziewczyna potrafiła się zdenerwować i zrobić aferę. Elvire za żadne skarby nie chciałaby ponownie przez to przechodzić.
Sięgnęła po pudełko leżące na szafce nocnej i wyjęła ostatnie ciasteczko upieczone przez Marthę. Weekend spędziła w domu swojego wujka, gdzie ciocia za wszelką cenę i każdym możliwym pokarmem próbowała ją utuczyć. Nie mogła nie wspominać tego z uśmiechem na ustach. Lubiła ich rodzinę. Zrobiła sporo zdjęć, które teraz przeglądała i usuwała te, które nie wyszły najlepiej. Postanowiła, że sprezentuje im po jakimś czasie, może jak będzie szła na studia, album, by podziękować za to, że przygarnęli dziewczynę.
Zerknęła na Steph, która niczym nie zmordowana pracowała na laptopie przy biurku. Vira naprawdę podziwiała ją. Nie wytrzymałaby tylu godzin przy pracy. Ta dziewczyna była jak robot.
Z przyzwyczajenia sprawdziła nowe powiadomienia. Znalazła wiadomość od Kaki, która opisywała swój cały tydzień. Vira tylko westchnęła i postanowiła, że później odpowie na to opowiadanie swojej najlepszej przyjaciółki. Bardziej zdziwił ją fakt, że napisała do niej jakaś nieznana osoba. Wyświetliła wiadomość.
~~*~~*~~*~~
– Stęskniłaś się za nami, skarbie?
Colette tylko kiwnęła głową, mocno obejmując Stellę. Poczuła znajomy zapach róż, który zawsze towarzyszył dziewczynie. Po chwili dołączył do nich Noël – otoczył je dwie ramionami – i tak trwali przez chwilę.
– Głupie pytanie. Jasne, że tak. – Odsunęła się, by na nich spojrzeć. Wyglądali odrobinę inaczej, ale wiedziała, że to kwestia szczegółów.
Noël porzucił garnitury, przerzucając się na czarną bluzę z kapturem, dżinsy i ciemne vansy. Stella nie miała idealnie ułożonych loków tylko naturalnie pofalowane włosy. Także była ubrana bardziej nowocześnie, ale z taką samą klasą i elegancją, w różową sukienkę i szary płaszcz.
– Nic się nie zmieniłaś. Nawet masz tę samą marynarkę – zawyrokowała Stella, oglądając ją z każdej strony. Wydawała się rozczarowana.
Wywróciła oczami.
– Nie widzieliśmy się tylko jakoś z dwa tygodnie. Czego się spodziewałaś? Że przemienię się w łabędzia?
– W sumie to było sześćdziesiąt cztery lata temu. Tak tylko przypominam. – Noël zmaterializował się przy ich stoliku, przynosząc trzy kawy. Colette nawet nie zauważyła, że zniknął na moment. – Ale to kwestia perspektywy.
Zajęli się swoimi kawami. Colette posłodziła dwie łyżeczki, Stella dodała do swojej cynamonu, a Noël odrobinę miodu.
– Więc… co wydarzyło się po tym, jak zniknęłyśmy? – zaczęła Lacroix, upijając odrobinę gorącej latte.
– Wróciliśmy do domu, opowiedzieliśmy o wszystkim Thérese, a potem pomogliśmy jej ogarnąć wcześniejsze mieszkanie. Była w niezłym szoku, jak dowiedziała się, że także jesteśmy podróżnikami w czasie. – Zachichotała na to wspomnienie. – Zwolniłam się z kawiarni. Przeprosiłam też za ciebie. Panu Rollandowi wystarczyło wytłumaczenie, że pogodziłaś się z rodzicami i wróciłaś do domu. Ech, będę za nimi tęskniła…
Colette doskonale rozumiała dziewczynę.
– Potem pożegnaliśmy się z Thérese i wróciliśmy do naszych czasów – skończył niecierpliwie Noël i szybko zapytał: – Co z Virą? Pamięta cokolwiek?
– Właśnie. Nie wierzę, że zapomniała o wszystkim – poparła go Stella, poprawiając szminkę.
Przykro jej było ich rozczarowywać, ale musiała być szczera.
– Niczego nie pamięta. Znowu mnie nienawidzi – westchnęła i odpowiedziała na ich zdziwione spojrzenia. – Nigdy się nie przyjaźniłyśmy. Udawałyśmy tylko, bo tak było łatwiej. Tak naprawdę trafiłyśmy razem do przeszłości, ponieważ się kłóciłyśmy.
Opowiedziała im o tym, jak wcześniej poznała Virę, o tym, jak wyglądał pobyt dziewczyn w przeszłości, zanim ich poznały, a także o tym, jak było tym razem.
– Ciężko mi w to uwierzyć. Naprawdę myślałam, że się przyjaźnicie. Czasami byłyście dla siebie wredne, ale tak wiesz – Stella wzruszyła ramionami – po przyjacielsku.
Noël wydawał się bardzo rozczarowany.
– I co z tym zrobimy?
Dziewczyny wymieniły się spojrzeniami.
– Co masz na myśli? – spytała ostrożnie Colette.
– Chyba nie zamierzacie zrezygnować z Viry.
– Jakbyś nie zauważył, to ona nienawidzi Colette, a nas nie zna, więc nie wiem, jak mielibyśmy to zrobić. – Stella zasępiła się, co tylko dodało jej uroku.
– I pamiętaj, że GT nie spodoba się, jeśli odnowimy z nią kontakt, a raczej poznamy od nowa. – Colette czuła się źle na tę myśl. W sumie z każdym dniem dziewczynie było coraz ciężej. Nie sądziła, że tak się stanie, ale tęskniła za ich Virą; pierwszą osobą, oprócz jej rodziny, która dowiedziała się o tym, że jest podróżniczką w czasie. Lubiła ich rozmowy.
Ostatnio poprosiła Virę o to, żeby zrobiła zdjęcie jej oczu. Dziewczyna jak zwykle była wredna, ale powiedziała, że się nad tym zastanowi. Może to coś zmieni?
Przy stoliku zapadła cisza. Znajdowali się w kawiarni niedaleko mieszkania Rebecci; Colette zdecydowała, że przenocuje u swojej siostry, a później wróci w poniedziałek na zajęcia do akademii. Czekała ich jeszcze co tygodniowa podróż w przeszłość.
– Właśnie. Chciałam was zapytać o wasze cechy. Podobno potrafisz czytać w myślach. To prawda? – Colette czuła się odrobinę nieswojo na myśl, że Stella zagląda do jej umysłu.
– Nie bój się. Nie wykorzystam tego przeciwko tobie. Potrafię uszanować czyjąś prywatność. – Stella była bardziej poważna niż zwykle, ale po chwili uśmiechnęła się figlarnie. – Chyba że mnie zdenerwujesz, słonko. Jeśli nie, to jesteś bezpieczna.
– Mnie na szczęście nie czyta. Jedna z zalet bycia Czasem. – Noël bawił się nerwowo serwetkami, nie patrząc na dziewczyny. – Moją cechą jest poznawanie wspomnień innych. Ale musiałbym ciebie dotknąć, więc nie musisz się mnie obawiać.
Dało się w nich wyczuć pewnego rodzaju napięcie. Nie byli przyzwyczajeni do mówienia o swoich cechach. Może bali się odrzucenia, że ich nie zaakceptuje? Ale ona była przecież taka sama.
– Ja potrafię zabierać innych w przeszłość. Gdyby nie Vira, nie dowiedziałabym się o tym tak szybko. – Uśmiechnęła się do nich promiennie. – Długo się znacie?
Nieznacznie się rozluźnili i odpowiedzieli na jej uśmiech.
– Noël miał dziesięć lat, ja jedenaście. Cofnęliśmy się tego samego dnia, do tego samego miejsca i tego samego czasu. To była nasza pierwsza podróż w czasie. Oczywiście, razem zablokowaliśmy się w przeszłości. Trafiliśmy do 1899 roku, więc od razu zorientowaliśmy się, że obydwoje jesteśmy podróżnikami w czasie. Bardzo wyróżnialiśmy się ubiorem i ogólnie różniliśmy wyglądem od innych. – Stella zamyśliła się, wspominając.
– Nie było łatwo. Musieliśmy jakoś przekraść się do naszych skrytek, przebrać, a potem dostać do siedziby GT. Później organizacja nam pomogła. Tak się poznaliśmy i zaprzyjaźniliśmy. Dowiedzieliśmy się, że Przyszłość w Londynie także cofnęła się w tym samym czasie do przeszłości po raz pierwszy. Podobno Czasy tak mają.
Rozmawiali jeszcze przez dwie godziny. Opowiadali o swoich najdziwniejszych podróżach, zabawnych i przerażających sytuacjach. Colette czuła się niesamowicie. Po raz pierwszy rozmawiała z osobami, które były w takiej samej sytuacji, co ona. Rozumieli ją, ponieważ przechodzili przez to samo. Może jednak miała więcej niż dwóch przyjaciół?
– Pora na podróż, kochanie! – Stella klasnęła w dłonie. – Cieszę się, że dołączysz do nas.
– Ja także. – Colette bolały już usta od uśmiechu, ale to był dobry ból. Szczęśliwy. Po raz pierwszy od dawna czuła się naprawdę podekscytowana na myśl o podróży. Zwłaszcza, że zmielili jej skrytkę, by znajdowała się w pobliżu tej należącej do Noëla.
Chłopak wyjął rozpiskę, którą dostał od GT, by sprawdzić, do jakich czasów mogą bezpiecznie się przenieść.
– Co powiecie na słoneczne popołudnie dwudziestego piątego czerwca 1908 roku? Będziemy musieli się namęczyć z ciuchami, ale możemy iść do ogrodu Luksemburskiego i miło spędzić czas.

Zgodziły się, bo czemu nie? Colette miała tylko nadzieję, że nie wydarzy się nic złego.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapraszam do nowej zakładki Słowniczek + Prawa GT, gdzie można odświeżyć sobie pamięć, jeśli chodzi o wiele pojęć. Będę uzupełniała ją na bieżąco. Następny rozdział: 25.02
Pozdrawiam, Gabsone nene.

niedziela, 28 stycznia 2018

Czas: 13


Wspomnienie numer 5:
– Spójrz, jesteśmy bardzo do siebie podobni – powiedział ojciec do swojej malutkiej córeczki.
Stali razem przed wielką, drewnianą szafą, na której drzwiczkach znajdowało się lustro.
W tym wspomnieniu Vira mogła mieć z pięć lat. Był coraz lepszy w określaniu jej wieku.
Przekrzywiła głowę, przyglądając się odbiciu.
Pięciolatka, ubrana w fioletową sukieneczkę i czerwone rajstopy z dwoma kiteczkami na głowie i klęczący obok niej mężczyzna w błękitnej koszulce i ciemnych dżinsach.
– Nie – powiedziała, przeciągając literę e. – Ty jesteś starym facetem, a ja małą dziewczynką!
Zaśmiał się, obejmując ją ramieniem.
– Nie o to mi chodziło. Wiesz, że Jean-Louise przypomina mamę. Ma takie same jasne włosy i podobne rysy twarzy. Po mnie odziedziczył tylko kolor tęczówek, tak samo zresztą jak ty. – Dotknął jej oczu w odbiciu lustra, na co dziewczynka się uśmiechnęła. – Za to ty jesteś jak ja. Masz ciemne włosy i-
– I rysuję jak ty! – Przerwała mu, wykręcając się w jego ramionach, by przytulić się do piersi mężczyzny.
– Dokładnie tak. To nas łączy, prawda? A co najbardziej lubisz rysować? – Jako ojciec dwójki dzieci musiał być przyzwyczajony do takich gwałtownych zmian tematu.
– Oczy! – odpowiedziała z wielkim entuzjazmem.
Tata Viry puścił córkę, wstał i przyniósł kartki oraz kredki, i położył je na podłodze. Zaczęli razem rysować, śmiejąc się i wciąż ze sobą rozmawiając.
– A czy ostatnio zabrałaś coś, co do ciebie nie należało, moja mała żabciu? – spytał w pewnym momencie, patrząc na nią uważnie. Próbował brzmieć surowo, jednak uśmiech na jego wargach zdradzał, że wcale się nie gniewał.
Elvire próbowała kłamać, że wcale nie, ale w końcu się przyznała.
– Zabrałam stary aparat ze skrzyni na strychu – wymamrotała. – Ale to dlatego, że nikt go nie używał!
– Gdzie teraz jest?
– U mnie pod łóżkiem…
– Przynieś go – rzekł spokojnie i poczekał, aż spełniła polecenie. Wziął aparat w dłonie. – W sumie to chciałem dać ci go na urodziny, jak będziesz starsza.
– Naprawdę?! – Klasnęła w dłonie i podskoczyła w miejscu. – Dziękuję!
– Ale to nie zmienia faktu, że nie powinnaś sama go brać. – Nie potrafił się na nią długo gniewać. Zwłaszcza, gdy wyglądała na naprawdę skruszoną, ale równocześnie szczęśliwą. – Dostałem go jeszcze przed twoimi narodzinami. To w sumie dziwna sprawa. Miałem dać go mojemu dziecku, gdy podrośnie. Po twoich narodzinach pomyślałem, że bardziej pasowałby do ciebie niż do Louise’a.
Przytuliła aparat do piersi, przyrzekając, że się nim zaopiekuje.
~~*~~*~~*~~
– Znowu gorączkuje. Już nie wiem, co z nią robić. Może powinniśmy jednak zabrać ją do szpitala? – przekonywała po raz kolejny Thérese, gdy szykowały się rano do pracy.
– To by było najbardziej rozsądne – zaczął Noël i westchnął, widząc, że Colette zamierza się z nim kłócić. – Rozumiem, rozumiem. Żadnych szpitali.
Lacroix kiwnęła głową i zaczęła wkładać pantofle. W sumie polubiła już pracę – chociaż może bardziej się do niej przyzwyczaiła. Naprawdę cieszyła się na kolejny dzień spędzony w towarzystwie milczącego pana Rollanda, kochanej Dory i jej małej córeczki, na którą wszyscy wołali Papillon, a nawet wybuchowej Lou. Nie spodziewała się tego, ale zdążyła się odrobinę do nich przywiązać.
– Dasz radę się nią zaopiekować? Leki zostawiłam na szafce nocnej, dawaj jej dużo wody, nie może się odwodnić. Co jeszcze…?
Thérese zamyśliła się. Ostatnio to ona najbardziej opiekowała się Virą i nie chciała zostawiać dziewczyny. Z natury troszczyła się o innych, dlatego za kilka lat zdecyduje się na pracę jako położna. Colette oczywiście nie zamierzała zdradzać jej przyszłości. Niby fajnie wszystko wiedzieć, ale tak naprawdę życie traciło wtedy na przyjemności, jeśli z góry znało się jego przebieg.
– Spróbuj ją nakarmić owsianką. Musi jeść. Tak strasznie schudła. – Załamała dłonie i przygryzła dolną wargę. – Jakby coś się działo, to dzwoń do kawiarni. Od razu postaram się przyjść. Dobrze?
– Spokojnie. Poradzę sobie. – Noël uśmiechnął się uspokajająco i położył dłoń na ramieniu Thérese. – Nie martw się tak bardzo.
– Trzymam cię za słowo. – Chciała już wyjść za Colette, która stała za progiem, kiedy sobie o czymś przypomniała. – Widział ktoś Stellę? – spytała, marszcząc brwi.
– Poszła na randkę wczoraj wieczorem i jeszcze nie wróciła – usłużnie wyjaśnił Noël.
Wszyscy westchnęli, kręcąc głowami. To było dla niej bardzo typowe.
– Idźcie już, bo się spóźnicie.
Pożegnali się i dziewczyny wyszły na ulicę. Skierowały się do kawiarni, rozmawiając po drodze o Virze i o tym, że się o nią martwiły. Colette nie powiedziała swojej babci o teorii Elvire – to by ją za bardzo załamało. Nie wiedzieć czemu, ale nie odczuwała już tak wielkiej nienawiści do tej ordynarnej dziewczyny. W pewnym momencie zaczęła się o nią troszczyć i przyzwyczajać do niektórych dziwactw Viry. Dało się ją znieść i nawet sensownie z nią porozmawiać. Jednak postanowiła sobie, że po powrocie do teraźniejszości urwie z nią kontakt. Tak będzie najlepiej dla nich obu.
~~*~~*~~*~~
Usłyszała, że Noël zamknął się w toalecie i puścił wodę do wanny. Najpierw sprawdził, czy spała. Oczywiście dał się nabrać. To była szansa Viry. Teraz miała jakoś z trzydzieści minut na wykonanie swojego planu. Musiała wykorzystać to, że w mieszkaniu została tylko ich dwójka.
Po cichu zsunęła się z łóżka, opatulając się szlafrokiem Stelli. Na sobie miała o wiele za dużą piżamę Noëla; koszule nocne nie przypadły dziewczynie do gustu. Do kieszeni schowała bawełnianą chusteczkę – jedyną czystą, która jej została – i założyła ciepłe kapcie należące chyba do Thérese. Noga Viry była już praktycznie sprawna. Wciąż bolała, ale babcia Colette niedawno zdjęła szwy, gdyż rany się zagoiły. Paskudna blizna została, ale co poradzić? Dobrze, że w ogóle żyła. Tylko ile jeszcze pożyje?
Nie lubiła takich depresyjnych myśli. Może powinna bardziej się sobą przejść i zacząć panikować, ale jakoś nie widziała w tym sensu. Albo pogodzić się z losem i zupełnie załamać. Czuła się strasznie na samą myśl, że – jeżeli nie wróci do teraźniejszości – zostało jej kilka dni życia. Czy w takiej sytuacji dało się myśleć pozytywnie?
Musiała przytrzymywać się ścian, kiedy powolnie zaczęła kierować się do pokoju Noëla. Zamierzała go przeszukać – dopóki jeszcze choć odrobinę była w stanie się ruszać. Tak strasznie schudła! Żebra wyraźnie się odznaczały – mogła przejechać po nich palcami jak po strunach. I ani trochę nie czuła głodu, co najbardziej ją dziwiło. Uwielbiała jeść!
Zmęczyła się przeraźliwie, gdy w końcu weszła do pokoju chłopaka; musiała przytrzymać się framugi drzwi, by nie upaść.
Pokój wyglądał tak jak dwa pozostałe w tym mieszkaniu – był średnich rozmiarów, z tapetami, które w tym przypadku miały barwę butelkowej zieleni. Naprzeciwko drzwi stało dwuosobowe łóżko ze schludnie zaścieloną, błękitną pościelą, obok niego dwie szafki nocne z lampkami. W pokoju znajdowały się jeszcze: szafa, biurko z krzesłem, regał na książki oraz bordowy szezlong. Nie posiadał żadnych szczególnych ozdób, ramek na zdjęcia i panował w nim wyjątkowy porządek.
Zaczęła od masywnego, drewnianego biurka, w którym nie znalazła nic ciekawego. W jednej z szuflad były jakieś notatki w obcym języku, puste kartki i wieczne pióro z atramentem. W następnej znajdowały się karty do gry, szachy wraz z szachownicą, pudełko zapałek oraz przybory do golenia. Odłożyła to wszystko na miejsce.
Wciąż słyszała lejącą się wodę, więc miała jeszcze trochę czasu. Tym razem otworzyła szafę, w której wisiały garnitury, koszule i płaszcz. W szufladach znalazła pozostałe części garderoby. Nic ciekawego.
Zakaszlała w rękaw i wydmuchała nos w wyciągniętą chusteczkę. Strasznie się pociła i czuła się bardzo słabo, ale teraz nie mogła zrezygnować. Zajrzała pod łóżko, gdzie leżała skórzana walizka. Z trudem udało się Elvire ją wyciągnąć. Była na czterocyfrowy kod. Zastanowiła się przez chwilę. Może data urodzenia Noëla? W sumie to nie wiedziała, kiedy się urodził, ani nawet ile miał lat. Dziewiętnaście, tak jak Stella i Thérese? Był starszy, młodszy? Dlaczego wcześniej się o to nie spytała?
Spróbowała prostych jeden, dwa, trzy, cztery. Nie zadziałało. Później cztery zera, cztery jedynki i przy czterech dwójkach – o dziwo – dała się otworzyć.
Uśmiechnęła się promiennie i zajrzała do walizki. Zamarła. Wyciągnęła z niej przedmiot, który zdecydowanie nie powinien znaleźć się w posiadaniu Noëla. Obejrzała go z każdej strony. Wszystko się zgadzało. Każde wyżłobienie, nazwa zapisana w cyrylicy, numer serii, ciąg cyfr wyryty we wnętrzu zdejmowanej obudowy…
Wcześniej zamierzała przeszukać pokój w tajemnicy. Teraz jednak postanowiła się z tym nie kryć i czekać na chłopaka. Potrzebowała wyjaśnień. Usiadła na łóżku, trzymając w dłoniach ułożonych na udach znaleziony przedmiot.
– Vira? – Usłyszała, jak ją woła.
Nic nie odpowiedziała.
Wszedł do pokoju. Targały nią tak silne uczucia, że tym razem jego wygląd, uroda nie zrobiły na niej wrażenia, chociaż prezentował się nienagannie w białej koszuli i czarnych, garniturowych spodniach.
– Tutaj jesteś. Coś się stało? Nie powinnaś wsta-
Zamarł, widząc otworzoną walizkę i siedzącą na łóżku Virę. Powoli się do niej zbliżył.
– Coś się stało? – Próbował się uśmiechnąć, ale zupełnie mu to nie wyszło. W jego oczach widziała panikę.
– Och, oczywiście, że nie – powiedziała z sarkazmem, przerywając, by zakaszleć. – Znalazłam tylko w twoich rzeczach mój aparat. To się stało.
– Nie wiem, o czym mówisz…
– Nie kłam. To jest zbyt wielki zbieg okoliczności. – Zgięła się w pół od kolejnego ataku kaszlu i wyciągnęła rękę, by pokazać, że ma się nie zbliżać. – Od początku wiedziałam, że coś ukrywasz. Teraz zaakceptuję tylko prawdę. Inaczej mówię dziewczynom, że okazałeś się zboczeńcem i próbowałeś mnie zgwałcić. Zobaczysz, jak szybko stąd znikniemy.
Chłopak zamarł, patrząc na nią z szeroko rozwartymi oczami. Zastanawiał się, czy mówiła poważnie i słusznie musiał dojść do wniosku, że tak.
– Czekam – powiedziała, mając nadzieję, że szybko zacznie mówić. Czuła się strasznie źle i nie wiedziała, jak długo uda jej się zachować jasność umysłu. Bardzo chciała się już położyć.
– Tak, to jest twój aparat! – wykrzyknął w końcu, robiąc krok w kierunku dziewczyny. – Posłuchaj, było po prostu sporo zbiegów okoliczności i postanowiłem go kupić, żeby ci go dać. I tyle.
– Kłamiesz – powtórzyła. Miała gdzieś, że mógł uznać ją za wariatkę, ale wyraźnie widziała w jego oczach, że nie mówił całej prawdy. – Wygląda na to, że nasze drogi się rozejdą. Wychodzę.
Wstała i próbowała zrobić kilka kroków, jednak dziewczynie zakręciło się w głowie i zaczęła lecieć do przodu. Noël szybko złapał ją w ramiona. Próbowała mu się wyszarpnąć, jednak nie miała na to sił.
– Puść mnie, Łaciata Krowo, bo pożałujesz. – Głos Viry był tak słaby, że zupełnie nie brzmiało to jak groźba.
– Chyba prędzej zemdlejesz, niż zrobisz mi krzywdę, Little Frog. – Posadził ją na łóżku, wciąż przytrzymując ramieniem, by nie upadła. – Wytłumaczę ci wszystko. Dobrze?
– Tylko jeśli powiesz prawdę – mruknęła i oparła głowę na jego ramieniu. Nie potrafiła samodzielnie utrzymać pozycji siedzącej. Miała nadzieję, że wytrzyma jeszcze parę minut. Przekręciła się tak, by na niego spojrzeć. – I patrz mi w oczy przez cały czas. Będę wiedziała, jeśli skłamiesz.
Zmarszczył brwi i westchnął, ale złapał spojrzenie niebieskich tęczówek dziewczyny.
– Odpowiedź jest bardzo prosta, jeśli się nad nią zastanowisz. Cierpię na tę samą przypadłość co Colette.
– Och – szepnęła, zdając sobie sprawę, co miał na myśli. – Jesteś podróżnikiem w czasie? I wiesz o Colette? Dlaczego nic nie powiedziałeś?!
– Ponieważ pochodzę z waszej teraźniejszości i dostałem zadanie od GT. Miałem was chronić, nie zdradzając wam mojej tożsamości. Podróżnicy w czasie nie powinni wiedzieć o sobie nawzajem. Z powodu niepokoju, jaki Colette odczuwała, miałem być przydzielony jako jej towarzysz podróży. Jednak zniknęła, zanim organizacja ją o tym poinformowała. Dlatego Amita przysłała mnie tutaj, żebym i tak się wami zaopiekował. Przybyłem miesiąc przed waszym pojawieniem się, by przygotować sobie tutaj miejsce do pracy, zdobyć odpowiednie znajomości, znaleźć mieszkanie i tak dalej. Po powrocie do teraźniejszości, ty zostałabyś odsunięta od całej sprawy, a ja podróżowałbym z Colette. W odróżnieniu od niej potrafię bronić siebie i innych. Chociaż tak strasznie zawiodłem, kiedy zaatakował nas ten foraminis.
– Znasz nawet nazwę dziury – mruknęła nieprzytomnie, próbując przetworzyć usłyszane informacje. Pociągnęła nosem i zakaszlała.
Zaśmiał się delikatnie, ogarniając wilgotne włosy z czoła Elvire. Znowu musiała gorączkować.
– Dokładnie tak. Teraz przechodzimy do trudniejszej części, po której być może nie będziesz chciała mnie już znać. Ale powinnaś o tym wiedzieć. Raczej… staram się unikać dotykania innych ludzi. To ma związek z moją cechą.
Spojrzała na niego zdziwiona. Przecież Virę bez przerwy dotykał. Nawet teraz trzymał ją praktycznie w ramionach. Ale kiedy teraz o tym myślała, to dotyczyło tylko Elvire – od innych dziewczyn trzymał się raczej na bezpieczną odległość.
– Wśród setki podróżników w czasie jest pewna trójka, którą określa się jako Czasy. Przeszłość, Teraźniejszość i Przyszłość. Urodzeni rok po roku. Cechą Przyszłości jest to, że ma wizje przyszłości, Teraźniejszości, że potrafi czytać w myślach, a Przeszłości… No właśnie. To trochę skomplikowane.
– Czyli jesteś Przeszłością. – Zamrugała, by skupić na nim wzrok. Mówił prawdę. Widziała to.
Pokiwał głową i westchnął.
– Kiedy kogoś dotknę, widzę czyjeś wspomnienia, czyli poznaję przeszłość tej osoby. To działa w dość przypadkowy sposób. Dotykam człowieka i zostaję wciągnięty, jako obserwator, w jego wspomnienie. Czasami trwa to nawet kilka minut, innym razem są to tylko mignięcia jakichś obrazów, twarzy, ale w teraźniejszości zajmuje to tylko kilka sekund. Nie wyłączam się, ani nic takiego. Podobno nawet nie widać, kiedy się to ze mną dzieje.
– Czyli… teraz widzisz moje wspomnienia? – spytała. Przeszkadzało to Virze, czy raczej nie? Musiała się nad tym zastanowić, a wydawało się to być zbyt męczącą czynnością.
– I tak, i nie. Z tobą jest o tyle ciekawiej i przyjemniej, że nie wciągasz mnie za każdym razem w swoje wspomnienia. Czasami sama mi coś pokazujesz, kiedy bardziej się odprężysz, innym razem ściślej się chronisz. Dlatego lubię ciebie dotykać. Po prostu czekam, aż mnie czymś zaskoczysz, a nie zaatakujesz, jak to się dzieje z innymi.
Nie mogła przetworzyć tak wielu informacji naraz. Potrzebowała się przespać, a potem o tym pomyśleć. Ale musiała poruszyć jeszcze dwie kwestie.
– To o co chodzi z tym aparatem? – Opuściła głowę, nie mogąc dłużej utrzymać jej w górze. Miała nadzieję, że teraz nie zacznie znowu kłamać.
– Och. To w sumie głupie. – Podrapał się po czubku nosa wolną ręką, wyraźnie rozbawiony i zakłopotany. – Przechodziłem ostatnio obok sklepu z aparatami i zobaczyłem ten model na wystawie. Tak się złożyło, że w twoim ostatnim, dłuższym wspomnieniu, ojciec dawał ci identyczny aparat, mówiąc, że ktoś mu go podrzucił, zanim się urodziłaś. Pomyślałem sobie, że może to ja byłem tą osobą lub mógłbym nią być lub miałem nią być. Wiem, że to głupie, ale nie mogłem się powstrzymać. Masz szesnaście lat, prawda?
Kiwnęła słabo głową, mimo że miały z Colette udawać starsze. Jednak wychodziło na to, że Noël znał prawdę. Chyba naprawdę było z nią kiepsko, bo nawet nie poczuła zwykłego bólu na wspomnienie o ojcu.
– Ja mam osiemnaście, więc musiałem go dostarczyć dwa lata przed twoimi narodzinami i przynajmniej kilka dni przed moimi. Podróżnik w czasie nie może cofać się w zakresie trwania swojego życia. Wiedziałaś o tym?
Pogłaskał Virę po głowie, gdy powoli zaczęła usypiać. Poczuła, jak układa ją w łóżku i podjęła ostatni wysiłek, by zadać jeszcze jedno pytanie.
– A ta narzeczona? Ona jest w teraźniejszości, tak?
Zamknęła oczy, gdyż dłużej nie potrafiła utrzymać ich otwartych. Usłyszała westchnienie chłopaka, gdy przykrywał Virę kołdrą.
– Opowiem ci o tym, jak wrócimy do teraźniejszości. Przyrzekam. Tylko nie umieraj mi do tego czasu.
Zasnęła, chociaż naprawdę bardzo chciała pozostać przytomna i jeszcze z nim porozmawiać.
~~*~~*~~*~~
Po tym, jak Vira usnęła w łóżku Noëla, praktycznie w ogóle się nie budziła. Mamrotała coś przez sen, dawała się poić wodą, czasami nawet nakarmić, ale nie było z nią kontaktu. Po trzech dniach wszyscy zaczęli wariować i panikować, ale Colette na szczęście poczuła, że w końcu może wrócić do teraźniejszości. Miały niewiele czasu, a ona musiała się jeszcze z kimś spotkać…
Minęło dokładnie dwadzieścia dni, odkąd pojawiły się dwudziestego ósmego września w 1951 roku. Vira praktycznie walczyła o życie, a ona zachowywała się jak skończona egoistka, idąc na spotkanie z Aeterem. Ale obiecała, że się z nim zobaczy. To musiało być ważne. Poświęci na to tylko kilka minut i wróci do mieszkania, by zabrać Elvire do teraźniejszości.
Otworzyła drzwi kluczem, który znalazła w zarośniętej doniczce obok ganka i weszła do opuszczonego domku, w którym kiedyś znajdowała się jakaś niewielka kawiarnia, restauracja lub może lodziarnia. Wskazywały na to stare, przegniłe stoliki, z których odchodziła niebieska farba oraz połamane krzesła. W rogu pomieszczenia zauważyła też pusty kontuar, nad którym wisiała jedna, przekrzywiona półka. To było dość dziwne miejsce na spotkanie, ale Aeterowi zależało na osobności.
– Już jestem – powiedziała, wchodząc głębiej do domku, tak naprawdę niczego się nie obawiając.
Był środek dnia, w okolicy znajdował się spory parking, na którym widziała kilka osób; specjalnie zostawiła otwarte drzwi. Wierzyła, że nic się jej nie stanie. Ta naiwność zgubiła Colette.
Poczuła, jak ktoś uderzył ją w głowę. Straciła przytomność, osuwając się na podłogę.
Obudziła się i naprawdę czuła się bardzo zdezorientowana, gdy zobaczyła, że została związana. Leżała na ziemi, a nad nią, jakby nigdy nic, stał Aeter. Jak zwykle wyglądał przystojnie w garniturze, choć tym razem jego białe włosy były wyjątkowo rozczochrane.
– Co się dzieje? – spytała, czując ból głowy. Chyba odrobinę sepleniła.
– Och, obudziłaś się. To nic osobistego. – Zamyślił się na chwilę. – Nie, jednak to bardzo osobista sprawa. Ale nie dotyczy ciebie. Muszę pozbyć się pewnego problemu w postaci twojej przyjaciółki, ale nie martw się. Tobie nic się nie stanie.
Zamrugała głupio powiekami, patrząc na niego, nic nie rozumiejąc.
– Myślałam, że Immor nie mogą wtrącać się w sprawy ludzi. – Spróbowała uwolnić się z więzów, ale tylko obtarła sobie nadgarstki do krwi.
Chłopak pochylił się nad nią, uśmiechając się paskudnie.
– A kto ci powiedział, dziewczynko, że jestem Immor?
Zamarła, analizując ich poprzednie spotkania. Od razu założyła, że był nieśmiertelną istotą, widząc jego białe włosy i jasną cerę, ale on…
– Masz ciemne oczy – szepnęła, blednąc. Immor zawsze mieli białe tęczówki. Jak mogła o tym zapomnieć? – Oszukałeś mnie. Nie rozumiem tego.
– Nic nie musisz rozumieć. I tak o mnie zapomnisz. Musimy się tylko upewnić, że nie będziesz mogła zabrać Viry do waszej teraźniejszości i że tutaj umrze. – Usiadł na obdartym krześle, krzyżując nogi w kostkach.
Dziewczyna zaczęła panikować. Nigdy nie radziła sobie za dobrze w takich sytuacjach, dlatego też nie potrafiła przejść nawet przez najprostsze lekcje samoobrony. Vira była stracona. I to wszystko jej wina. Powinna od razu się z nią cofnąć. Zaczęła płakać, nic nie mogąc na to poradzić. Nie chciała, by Elvire umarła i to w dodatku z powodu bezmyślnej decyzji Colette.
– W takim razie możesz mi wszystko wytłumaczyć, jeśli i tak o tym zapomnę. – Próbowała przestać płakać. To było upokarzające. Musiała być dzielna i coś wymyślić.
– Masz mnie za jakiegoś bezmyślnego złoczyńcę? Nie będę się w to bawił. Siedź cicho. Zresztą i tak nikt ciebie nie usłyszy w tym pokoju. Jesteśmy w betonowej piwnicy.
Postukał w ścianę, z której nie wydobył się żaden dźwięk. Pokój był niewielki, bez okien, z jednolicie szarymi ścianami i podłogą. Zauważyła tylko drewniane schody w rogu, które musiały prowadzić na parter.
Minuty boleśnie mijały, a Colette mogła obserwować to tylko, patrząc na zegarek na nadgarstku Aetera, który miał czelność wyjąć książkę i zacząć czytać!
Próbowała jeszcze parę razy wciągnąć chłopaka w rozmowę, ale on uparcie ją ignorował. Co robić? Jak mogła wyjść z tej sytuacji?
Ratunek nadszedł dość nieoczekiwanie. Na schodach pojawiła się znajoma blondynka, która ukucnęła i pomachała do nich.
– No cześć! – powiedziała, uśmiechając się jak szalona.
Rzuciła się w bok, gdy Aeter porwał się na równe nogi i oddał do niej strzał z pistoletu, trafiając w miejsce, w którym przed chwilą się znajdowała.
– Strzelę do Colette! – wykrzyknął, odwracając się, by w nią wycelować.
Nie zdążył tego uczynić, gdyż Stella rzuciła się na niego, chwytając jego nogi. Upadł, niestety nie wypuszczając z dłoni broni. Kiedy próbował ponownie oddać strzał, oberwał od Noëla, który niepostrzeżenie dostał się do pomieszczenia za Stellą. Kopniak chłopaka wymierzony w dłoń Aetera, wytrącił mu pistolet, który potoczył się po podłodze. Wyglądało na to, że nie był on za dobry w walce. Po kilku sekundach szamotania się, został unieruchomiony przez Stellę i Noëla.
– Udało się! – wykrzyknęła z niedowierzaniem Valery, tylko odrobinę sapiąc.
Siedziała na nogach chłopaka, kiedy Noël przytrzymywał jego ręce na klatce piersiowej Aetera.
– Jesteś szalona, że tak po prostu tutaj zeszłaś – mruknął, zastanawiając się chyba, czy najpierw pozbawić go przytomności i dopiero potem związać.
Aeter wciąż szarpał się, plując na nich i przeklinając.
– Mówiłam ci, że element zaskoczenia zadziała. On czytał sobie książeczkę. I w dodatku znał jej zakończenie. Wyobrażasz sobie?! Zaspojlerował mi swoimi myślami całą powieść. Nie żebym zamierzała ją przeczytać, ale chyba chciałam obejrzeć ekranizację i-
– Co? – Colette wytrzeszczyła na nich oczy. – Uwolnijcie mnie!
Nagle wydarzyło się coś niewiarygodnego. Colette obudziła się i zdała sobie sprawę, że była związana. Zaczęła się szarpać.
– Co się dzieje?
Rozejrzała się po pomieszczeniu i ujrzała siedzących nieruchomo Stellę i Noëla. Znajdowali się w jakiejś dziwnej piwnicy. Colette po raz pierwszy widziała ten pokój.
– Hej, to wy mnie związaliście? Zwariowaliście?! – wydarła się na nich, sprawiając, że w końcu drgnęli.
– Co my tutaj robimy? Mieliśmy uratować Colette, ale nie pamiętam przed kim… – wymamrotała Stella, masując się po czole. – Och, ona tutaj jest. Kto ciebie związał, kochanie?
– Myślałam, że wy mi to powiecie!
Popatrzyli po sobie ze zdziwieniem. Co się działo? Co oni tutaj robili? Lacroix miała się chyba z kimś spotkać, ale zupełnie nie potrafiła sobie przypomnieć z kim.
– To naprawdę dziwne – mamrotał Noël, rozwiązując Colette. – Ale nieważne. Musisz lecieć do Viry, przywieźliśmy ją samochodem, który Stella ukradła jednemu ze swoich chłopaków i wracać do teraźniejszości.
Wytrzeszczyła na niego oczy.
– To ty wiesz…? – sapnęła.
Pokiwał głową.
– Tak. Jestem Przeszłością, a Stella Teraźniejszością. Nie mamy czasu ci tego teraz tłumaczyć. Pogadamy w naszych czasach…
Zerknął na schody, po których zaczął ktoś schodzić. Zupełnie nie wiedzieli, kogo się spodziewać. Powinni się bać? Bronić? Chyba bardziej nie mógł ich zaskoczyć widok białowłosej piękności, której spojrzenie, tej samej barwy tęczówek, zmroziło ich. Ubrana była w brązowe barwy, w strój odpowiedni do tej epoki – dopasowany płaszcz oraz rozkloszowaną spódnicę. Najbardziej dziwne było to, że w swoich szczupłych ramionach niosła, jakby nic nie ważyła, Elvire.
– Bardzo narozrabialiście, podróżnicy w czasie – powiedziała zimnym głosem, zatrzymując się przed nimi.
Wciąż siedzieli lub klęczeli na podłodze, więc pospiesznie się podnieśli.
– Ona nadal żyje! – wykrzyknęła Colette i nie wiedząc czemu, zaczęła szlochać.
Vira spokojnie spała w ramionach nieznajomej.
– Jej tutaj nie powinno być. Gdyby umarła, wydarzyłyby się złe rzeczy. Weź ją. – Podała dziewczynę Noëlowi, a potem zdjęła z siebie długi płaszcz, układając go na podłodze. – Połóż ją – nakazała.
– Jesteś Immor. Och, nie słyszę twoich myśli. Jesteś białą pustką jak inne Czasy. To naprawdę przyjemne. – Stella wyglądała na równocześnie wystraszoną i podekscytowaną. Przyjrzała się swojej rozdartej bluzeczce. – Jak to się stało? – wymamrotała, marszcząc brwi.
– Nazywam się Lete, ale nie mamy teraz czasu na rozmowy. – Uklękła przy nieprzytomnej Virze. – Musicie wracać, ale nie możecie uczynić tego normalnie – zwróciła się do Colette.
– Nie rozumiem – wymamrotała, rozmasowując sobie obolałe nadgarstki. Skąd wziął się ten guz na jej głowie?
– Sprawię, że wrócisz do czasów przed poznaniem tej dziewczyny, a jej usunę wspomnienia…
– Nie! – wykrzyknęła równocześnie cała trójka.
– Nie macie nic do gadania. – Wzrok Lete był strasznie obojętny. – Wrócisz na jeden dzień przed przybyciem Elvire do akademii Mirandel i w tej wersji wydarzeń nie będziesz musiała cofnąć się z nią do tych czasów, ponieważ to się już wydarzyło. Ty zachowasz wspomnienia. Nikt inny w twojej teraźniejszości nie będzie pamiętał, że zniknęłyście. Ale musicie od razu ruszać. Pomogę wam w tym. Za to wasza dwójka – zwróciła się do Noëla i Stelli, którzy patrzyli na nią teraz z mieszaniną złości i bezradności w oczach – normalnie wróci do swoich czasów, kiedy będziecie chcieli.
– Czyli Colette powróci do czasów przed poznaniem Viry i będzie wtedy nas znała, ale my jej nie. Dopiero jak my z teraźniejszości cofniemy się do 1951 roku i po kilku dniach wrócimy, to będziemy posiadali te wszystkie wspomnienia. Zgadza się? – Noël próbował to zrozumieć. Był w tym o wiele lepszy od Colette.
– Czyli mogłaś wcześniej się pojawić i zabrać Virę do teraźniejszości. Wtedy nie musiałaby się tak męczyć. – Stella chyba zastanawiała się, czy zaatakować Immor, chociaż pewnie i tak nic by to nie dało.
– Oczywiście, że nie. Do tego i tak było potrzebne odblokowanie się Colette. Sama nie mogłabym tak ingerować w wasze życia, ani wam pomagać. Znacie zasady. – Spojrzała na nich tak, jakby to oni oszaleli.
– Nie będzie nas pamiętała, tak? I nawet nie możemy się z nią pożegnać, bo jest nieprzytomna? – W oczach Stelli pojawiły się łzy. Pociągnęła nosem i ukradkiem próbowała je otrzeć. – To niesprawiedliwe. Jest naszą przyjaciółką.
Lete milczała. Nic nie mogli wyczytać z beznamiętnej twarzy.
Colette ponownie zaczęła płakać, a Stella do niej dołączyła. Noël też wyglądał tak, jakby był na granicy łez. Zaciskał mocno pięści, patrząc na Virę. Po chwili z trudem się uspokoili.
– Macie pięć minut. Ruszajcie. – Immor uklękła koło Viry, kładąc dłoń na jej piersi i wyciągnęła rękę do Colette.
– Pożegnajcie się za nas z Thérese i opowiecie jej, co się wydarzyło. I odnajdźcie mnie, kiedy wrócicie do teraźniejszości. Będę w akademii Mirandel.
Uśmiechnęła się do nich przez łzy i chwyciła zimną, bladą dłoń Lete. Zamknęła oczy i skupiła się na powrocie do swoich czasów. Pod powiekami zobaczyła wybuch jasnego światła i po chwili zniknęły.
~~*~~*~~*~~
Otworzyła oczy. Podniosła się z podłogi i rozejrzała. Znajdowała się w bibliotece, w akademii Mirandel, głęboko ukryta za regałami. Na stole leżała książka oraz torebka, należące do Colette. Wyciągnęła telefon, sprawdzając datę. Wszystko się zgadzało. 2015 rok. Następnego dnia pojawi się Vira.
Miała na sobie inne ubrania. Wciąż posiadała swoją ulubioną marynarkę, za co była bardzo wdzięczna, ale zniknęła rozkloszowana spódniczka, zastąpiona zwyczajną, krótką. Także pantofle zmieniły się w jej czarne baleriny.
Zostało kilka minut do obiadu. Jeśli dobrze pamiętała, to teraz powinien pojawić się…
– Hej, Col.
Jakby na żądanie dziewczyny zmaterializował się przed nią Urbi. Cudowny, uśmiechnięty od ucha do ucha, blondwłosy chłopak. Znała w nim wszystko. Jego oczy, mimikę twarzy, bliznę w kształcie trójzębu na podbródku, dołeczek w lewym policzku, rzemyk na szyi. Tak bardzo za nim tęskniła!
– Urbi – szepnęła, wpadając mu w ramiona.
Chłopak zdziwił się, ale odpowiedział na jej uścisk. Mocno się w niego wtuliła, wdychając znajomy zapach. Nie wiedzieć kiedy, zaczęła płakać.
– Hej, spokojnie. Coś się stało? Nie płacz. – Kołysał Colette w swoich ramionach, głaszcząc ją po głowie. – Albo płacz sobie. Każdy czasami potrzebuje sobie popłakać, prawda? Tylko wyjaśnij mi, dlaczego płaczesz.
Powoli zaczęła się uspokajać. Odsunęła się równie niechętnie co on. Otarła łzy z policzków i uśmiechnęła się odrobinę radośnie, odrobinę smutno.
– Miałam dziwny sen, że zostaliśmy rozdzieleni na długi czas. W sumie to był koszmar.
– Och, nie dziwię się. To musiało być straszne. – Wzdrygnął się, ale za chwilę się do niej wyszczerzył. – Chyba musisz mnie niesamowicie kochać, jeśli tak bardzo przeżyłaś naszą rozłąkę.
Automatycznie wywróciła oczami, prychając.
– Tak jak napisałaś w tym wierszu – dodał po chwili.
Colette nie mogła uwierzyć własnym oczom, gdy Urbi wyciągnął z plecaka – który upadł na podłogę, gdy się na niego rzuciła – notatnik, który zdecydowanie należał do niej. Chłopak nie powinien nawet o nim wiedzieć, a co dopiero ruszać.
– Czytałeś go?! – wydarła się, wyrywając swoją własność z jego rąk.
– No tak. – Zmarszczył brwi i podrapał się po karku z zakłopotania. – Zostawiłaś go ostatnio u mnie, kiedy się uczyliśmy. Większości nie zrozumiałem, bo jest zapisana jakimiś cyframi, ale…
Na chwilę przestała słuchać chłopaka. To wszystko było nie tak. To nie miało miejsca poprzednim razem. Urbi przyszedł do niej i razem poszli na obiad. Dlaczego wydarzenia uległy zmianie?
– … i chciałem ci tylko powiedzieć, że bardzo cię kocham i cieszę się, że czujesz do mnie to samo. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego walczysz z tym uczuciem. Przecież możemy mieć wspólną przyszłość, ja naprawdę…
Zrobił krok w jej stronę, ale ona się cofnęła. Zobaczyła ból w jego oczach, ale nic nie mogła na to poradzić. Odwróciła się na pięcie i uciekła, zalewając się łzami.
~~*~~*~~*~~
W tym samym czasie ciemnowłosa dziewczyna obudziła się z drzemki w hotelowym pokoju. Obok niej leżał notes, w którym zapisała jakieś głupoty. Wstała, przeciągając się. Powinna się zbierać. Wujek spóźniał się od godziny. Może już na nią czekał?
Nieświadoma minionych wydarzeń Elvire Grenouille po raz pierwszy, ale tak naprawdę kolejny, ruszyła, by spotkać się ze swoim wujkiem, a później pojawić się w akademii Mirandel.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tam-tam-taaaaam!!!
Ktoś się tego spodziewał? Urbi i Vira stracili wspomnienia. Aeter okazał się zły, ale w sumie dlaczego? Noël i Stella także są podróżnikami w czasie – ktoś się domyślał tego? Planowałam to od początku i jest to konieczne dla dalszego przebiegu akcji, więc… tak miało być :D.
Piszcie, co myślicie (jeśli ktoś tutaj w ogóle jest i czyta XD).
Kolejny rozdział 11.02.

Pozdrawiam Was, Podróżnicy w Czasie!